Jak nie pisać o narodzie

Będzie krótko, bo książce moim zdaniem nie warto poświęcać większej uwagi. Marek Migalski w pracy Naród urojony, Wydawnictwo Liberte, Łódź 2017, ss.185 postanowił odpowiedzieć na pytanie czym jest naród i dlaczego uwiódł wyobraźnię milionów ludzi. Ex polityk, blisko swego czasu związany z Prawem i Sprawiedliwością, nagle odkrył socjologię narodu i nacjonalizmu, ale najwyraźniej zabrakło mu czasu, żeby ją zrozumieć i przemyśleć. Intelektualne niedostatki nadrabia natomiast neoficką gorliwością: tak jak wcześniej ochoczo służył nacjonalistycznej ideologii, tak teraz bezrefleksyjnie, ale za to z zapałem krytykuje pojęcie narodu.

Migalski_okladka_sklep1
Książkę kupiłem z nadzieją, że nie tyle wniesie coś nowego do prowadzonej od dziesięcioleci dyskusji na temat narodów i nacjonalizmów, ile przynajmniej będzie solidnym popularnonaukowym opracowaniem, które można na przykład zadać studentom. Niestety książka nie ma ani naukowego (choć próbuje robić takie wrażenie: przypisy, bibliografia, dwie recenzje samodzielnych pracowników naukowych), ani popularnonaukowego charakteru. Nie widzę w niej żadnych oryginalnych pomysłów, żadnej nowej systematyzacji czy problematyzacji, a tylko dość nieudolne i miejscami opaczne streszczenie stanu wiedzy sprzed kilkunastu, jeżeli nie kilkudziesięciu lat, odwołujące się do kilku klasycznych prac (zwłaszcza Benedicta Andersona, Michaela Billiga, Ernesta Gellnera, A. D. Smitha).

Kilka uwag, aby nie być gołosłownym: ujmowanie narodu jako czegoś urojonego bardzo niewiele mówi. Z socjologicznego punktu widzenia rzeczywiste w swoich konsekwencjach, jest to co ludzie uważają za rzeczywiste, a przedmiotem analiz są społeczne procesy reifikacji rzeczywistości. W książce takich analiz nie znajdziemy. Migalski za uporczywe powtarza, że naród to rzeczywistość urojona w przeciwieństwie na przykład do etni (grup etnicznych), plemion czy ludów, które określa nie wiadomo dlaczego mianem realnych, a nawet naturalnych. W dodatku definicja narodu niczego nie wyjaśnia, ponieważ na tautologiczny charakter. Jeżeli naród to grupa ludzi, która uważa się za naród, to należałoby wyjaśnić: za co się w takim razie uważa? Co różni świadomość (tożsamość) narodową od innych typów świadomości społecznej, stanowiąc o jej specyfice? Zresztą o badaniach na temat tożsamości społecznej w książce nie ma prawie nic, a w kontekście przynależność do grup mowa o instynkcie „grupolubności”.

Książka zawiera też sporo sprzeczności: raz narody ujmowane są jako nowoczesne, sztuczne i fałszywe (cokolwiek to znaczy), z drugiej strony czytamy, że początki większości narodów europejskich giną jeszcze w prehistorycznych czasach. Migalski deklaruje przywiązanie do modernizmu, co prawda umiarkowanego, ale jednak, a równocześnie w pracy pobrzmiewa ewolucjonistyczne przekonanie o ciągłości (od hordy, plemiona, ludy do narodów – autor powołuje się nawet na Lewisa Morgana). Czytamy, że pojawienie się myślenia w kategoriach narodowych to wynik sekularyzacji, innym razem, że myślenie narodowe i religijne współistniały.

W pracy są również błędy i nieścisłości, np. czytamy, że do XIX wieku królowie Anglii zmuszani byli do corocznego leczenia swoich poddanych przez nakładanie rąk – ten opis bardziej pasuje do królów Francji (w Anglii tego typu praktyki ustały w dobie Cromwella, choć kontynuowali je na wygnaniu Stuartowie, o czym pisze Marc Bloch w książce „Królowie cudotwórcy”), eksperyment Milgrama, inaczej niż sugeruje przypis, nie dotyczył wpływu grupy, lecz autorytetu itd.

Listę wad można by ciągnąć i szczegółowo omawiać, ale nie widzę sensu. Szkoda czasu, zwłaszcza, że dostępne są inne popularne, nieporównywalnie lepiej osadzone we współczesnej nauce niż książka Migalskiego, opracowania na temat narodu i nacjonalizmu: A. D. Smith, „Nacjonalizm. Teoria, historia, ideologia”, Craig Calhoun, „Nacjonalizm”.

Spór o Grossa

Nie ma chyba naukowca w Polsce, który wywoływałby większe emocje i długotrwałe dyskusje niż Jan Tomasz Gross. Paweł Dobrosielski w książce pt „Spory o Grossa. Polskie problemy z pamięcią o Żydach” (Instytut Badań Literackich, Warszawa 2017) postanowił przyjrzeć się recepcji pism autora Sąsiadów. Przedmiotem jego analizy są wypowiedzi elit symbolicznych (dziennikarzy, naukowców, polityków, duchownych itd.): teksty naukowe i publicystyczne, zapisy spotkań otwartych, wywiady radiowe i telewizyjne, listy otwarte – funkcjonujące w ogólnopolskim obiegu komunikacyjnym. W duchu Michela Foucaulta bada swoistą logikę wytwarzania sensownych tekstów na temat Grossa.

dobros

Dobrosielskiego zatem interesuje nie tyle dokładna rekonstrukcja tego, co powiedziano  Grossie, ile krytyczne studium warunków możliwości mówienia i reguł wytwarzania dyskursu holokaustowego w Polsce. Na podstawie analizy tego co mówiono o autorze Strachu, stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i po co to powiedziano, dlaczego sformułowano to w ten a nie inny sposób, jakie jawne bądź ukryte motywy kryją się za wyborem takiej, a nie innej figury retorycznej. Książka nie traktuje zatem o Grossie, ani tym bardziej o przeszłości, sprawcach i ofiarach Zagłady: nie dowiemy się z niej jak to naprawdę było z „Polakami” i „Żydami” w czasie II wojny światowej. Daje natomiast wgląd w użycia i nadużycia współczesnego dyskursu dotyczącego obrzeży Zagłady. Trzeba od razu dodać, że to wgląd bardzo przekonujący. Dobrosielski pisze bardzo klarownie, wnikliwie i logicznie.

Dyskusję na temat książek Grossa autor problematyzuje wyróżniając cztery spory dotyczące odpowiednio: liczb, kategorii, metod i postaw. I tak, zgodnie z przyjętą metodologią, Dobrosielski nie próbuje ustalić kto ma rację, zrekonstruować faktyczną liczbę sprawców i ofiar, lecz docieka jakie funkcje pełnią różne retoryczne strategie powoływania się na statystykę. Na przykład: za nawoływaniem do „aptekarskiego” precyzyjnego liczenia ofiar, któremu paradoksalnie niekiedy towarzyszy przekonanie, że nigdy nie poznamy dokładnej liczby, kryje się dążenie do dezawuacji Grossa i pomniejszenia znaczenia polskich zbrodni na Żydach. Z kolei często przywoływana kategoria „niektórzy” powoduje rozmycie tematu oferując pozorne rozumienie, pozwala uciec od trudnych pytań: raz bywa tak, raz inaczej, w każdym społeczeństwie niektórzy są „źli”, inni „dobrzy”, więc w sumie nie ma o czym rozmawiać.

Podobnie autor postępuje z trzema pozostałymi tematami (kategoriami, metodami, postawami). Nie będę jednak streszczał książki: nie wiem zresztą czy potrafiłbym tak przejrzyście przedstawić jej problematykę jak sam autor. Chciałem jedynie zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, uderza brak refleksyjności w debacie wokół Grosa jeżeli chodzi o stosowanie społecznych kategorii, zwłaszcza etnicznych i narodowych. Jak przekonująco dowodzi Dobrosielski niemal wszyscy komentatorzy, a także sam Gross posługują się kategoriami w sposób bardzo dowolny i mało spójny, w dodatku naiwnie zakładając, że kryją się za nimi łatwe do odróżnienia, posiadające wyraźne granice grupy społeczne. W debacie zupełnie zignorowano dorobek współczesnych studiów nad nacjonalizmem, które wiele zrobiły, aby podważyć potoczne przekonania co do oczywistości narodowych i etnicznych identyfikacji. Po drugie, chociaż historycy komentujący Grossa podzieli się na jego zwolenników i przeciwników, to wszystkich łączy brak zrozumienia metodologicznych założeń pisarstwa Grossa. Dobrosielski zdaje się potwierdzać to o czym sam pisałem śledząc reakcje historyków na Strach, aczkolwiek jego analizy są bardziej dociekliwe i systematyczne: dominuje tutaj myślenie o historiografii przez pryzmat jeszcze dziewiętnastowiecznego modelu erudycyjno-genetycznego (czy pozytywistycznego jak chce Dobrosielski). Choć omawiając spory metodologiczne mam wrażenie, że autor dość łagodnie obszedł się z Grossem, którego prace pod względem metodologicznym nie są zbyt wyrafinowane, by wspomnieć raczej bezkrytyczne odwoływanie się do koncepcji gęstego opisu.

Jedna z głównych konkluzji książki to pokazani tendencji do polaryzacji debaty: albo jesteś, za Grossem, albo przeciwko. Równocześnie wśród dyskutantów dominuje przekonanie o ograniczonej pojemności pamięci zbiorowej: w tym samym czasie może pomieścić tylko jedną interpretację przeszłości. Autor proponuje wyjście z tego wygodnego dla obu stron klinczu  wychodząc poza dotychczasowe ramy dyskusji, na przykład stawiając nowe pytania np. dotyczące tego jak kategoryzujemy kategorie narodowe i etniczne. Przede wszystkim odwołując się do koncepcji pamięci wielokierunkowej proponuje, aby myśleć o pamięci jako inkluzyjnej, otwartej, dopuszczającej współistnienie różnych interpretacji przeszłości.

Jak trafnie zauważa Dobrosielski spór o Grossa, to właściwe spór o status Polski jako wyobrażonej wspólnoty narodowej. W książce zabrakło mi pogłębienia tego wątku, powiązania sporów o Grossa z polskimi ideologiami tożsamości narodowej, które tym sporom nadają w dużej mierze sens. Trudno na przykład zrozumieć oporu wobec tez Grossa bez odniesienia do martyrologicznej wizji polskości wzmocnionej propagandą historyczną PRL, która koncentrowała się niemal wyłącznie na cierpieniu Polaków (co doskonale pokazują np. książki Marcina Zaremba, „Komunizm, legytimizacja, nacjonalizm” czy Genevieve Zubrzycki, „Krzyże w Auschwitz”). Mówiąc o Grossie, komentujący mówili o narodzie polskim poruszając się w ramach wyznaczonych również przez współczesne polskie nacjonalistyczne dyskursy (przydatna mogłaby tu być kategoria uwikłanej pamięci, „entangled memory„), którym myślę można by poświęci więcej uwagi (autor wspomina jedynie o dominacji etnicznej koncepcji narodu w debacie).

Nie do końca również przekonuje mnie zarysowana implicite w książce koncepcja pamięci zbiorowej (choć być może wynika to z tego, że w kilku miejscach nie potrafiłem odróżnić zdania autora od referowanego stanowiska) jako nazbyt statyczna i hierarchiczna. Autorowi zdarza się reifikowanie pamięci: książka nie analizuje pracy pamięci, a raczej praktyki pamięci wybranych aktorów społecznych. Trudno też zgodzić się, że media ogólnopolskie to pas transmisyjny do mas, takie sformułowanie sugeruje odwołanie do teorii kultury i komunikacji masowej z jej wizją homogenicznego i pasywnego zbioru odbiorców. A określenie wernakularnego obiegu komunikacyjnego jako źródła myślenia magicznego i stereotypów stoi w sprzeczności z analizami samego autora, które przecież pokazują, że wypowiedzi niektórych przedstawicieli elit niekiedy różnią się od komentarzy przysłowiowych internetowych trolli tylko tym, że są pozbawione wulgaryzmów.

Niebezpieczne bezpieczeństwo

Od kilkunastu lat w krajach Unii Europejskiej obserwujemy wzmożoną skłonność do traktowania imigracji, zwłaszcza z państw trzecich w kategoriach bezpieczeństwa narodowego. Imigranci postrzegani są jako zagrożenie dla państwa i narodu: rzekomo zabierają pracę tubylcom lub wyłudzają zasiłki obciążając nadmiernie system pomocy socjalnej, nie chcą się integrować i popełniają przestępstwa. Zamachy terrorystyczne przeprowadzane przez islamskich fundamentalistów wzmocniły tę tendencję i doprowadziły do powstania całej sieci instytucji i praktyk kontroli. Państwa starają się w rozmaity sposób ograniczać napływ „niepożądanych” imigrantów, równocześnie poddając nadzorowi osiadłe już mniejszości imigranckie, zwłaszcza muzułmańskie. Fakt, że terroryści na ogół urodzili się i wychowali w Europie wzbudził obawy, co do stopnia integracji muzułmańskich mniejszości i ich podatności na radykalizację.

O ile istnieje spora literatura na temat polityki sekurytyzacji imigracji (a więc traktowania jej jako kwestii bezpieczeństwa, co przejawia się np. militaryzacji granic zewnętrznych UE, podpisywaniu umów z państwami trzecimi o deportacji, zwiększonej liczbie deportacji i detencji itd.), o tyle mniej wiadomo na temat jej konsekwencji z punktu widzenia członków mniejszości imigranckich, zwłaszcza kobiet. Dobrze więc, że Tania Saeed w książce Islamophobia and Securitization: Religion, Ethnicity and the Female Voice, Palgrave, London 2016, pp.235, postanowiła przyjrzeć się temu, jak wygląda codzienne życie kobiet nieustannie podejrzewanych o skłonności do radykalizmu i poddanych różnym formom intensywnej kontroli zarówno formalnej, jak i nieformalnej. Książka powstała na podstawie pogłębionych wywiadów z 40 z kobietami, należącymi do mniejszości pakistańskiej w Zjednoczonym Królestwie. Wywiady odbyły się między 2010 a 2012 rokiem. Kobiety miały od 19 do 28 lat, studiowały lub ukończyły angielski uniwersytet i pracowały zawodowo w Wielkiej Brytanii. Wszystkie były muzułmankami, aczkolwiek różniły się stopniem religijności i zakresem przestrzegania tradycyjnych nakazów, zwłaszcza jeżeli chodzi o normy dotyczące ubioru. Książka prezentuje zatem wyniki badań jakościowych, których ze względu na niereprezentatywną próbę nie można generalizować na całą muzułmańską populację. Nie o to zresztą w takich badaniach chodzi: nie mają na celu pomiaru wpływu jednego czynnika na drugi czy rozkładu postaw w społeczeństwie, lecz rekonstrukcję intersubiektywnego świata badanych, znaczenia jakie sami przypisują otaczającej ich rzeczywistości.

Punkt wyjścia Saeed to analiza obrazu muzułmanina w dyskursie publicznym w Zjednoczonym Królestwie. Odwołując się do Edwarda Saida autorka argumentuje, że ten obraz trzeba widzieć w szerszym historycznym kontekście jako kontynuację orientalistycznego dyskursu, który przeciwstawiał racjonalny i cywilizowany Zachód emocjonalnemu i dzikiemu Bliskiemu Wschodowi. Zgodnie z tą logiką mężczyzna muzułmanin najczęściej bywa przedstawiany jako skłonny do przemocy irracjonalny radykał. Obraz kobiety muzułmanki oscyluje natomiast między dwoma biegunami: bezwolną, pasywną ofiarą męskiej dominacji, która potrzebuje pomocy i niebezpieczna religijna fanatyczka gotowa zabijać w imię islamu. Ten ostatni stereotyp upodabniający obraz muzułmanki do muzułmanina umocnił się w reakcji na proces Saminy Malik w 2007 roku – pierwszej osoby skazanej na podstawie ustawy o terroryzmie. Chociaż liczba muzułmanek zaangażowanych w działalność terrorystyczną jest bardzo niewielka, kilkadziesiąt w skali całej Europy, to w cieniu podejrzeń znalazły się wszystkie muzułmańskie kobiety w Wielkiej Brytanii.

Jednak sekurytyzacja to nie tylko dyskurs podejrzeń i zagrożeń, lecz również, jak słusznie argumentuje autorka, system kontroli i nadzoru na przykład na uniwersytetach, które zobligowane są do raportowanie odpowiednim służbom wszelkich podejrzanych zachowań wśród studentów. W obliczu dominującego dyskursu i systemu nadzoru w codzienne życie muzułmanek naznaczone jest stygmatyzacją – dziwi, że autorka nie odwołuje się tutaj do koncepcji piętna Ervinga Goffmana, co pozwoliłoby jej na bardziej wnikliwą analizę sposobów zarządzania piętnem. Analizując doświadczenia swoich rozmówczyń Saeed argumentuje, że są one szczególnie podatne na stygmatyzację: są piętnowane podwójnie nie tylko z powodu swojej religii ale również etniczności, jako muzułmanki i jako osoby pochodzące Pakistanu stereotypowo przedstawianego jako niebezpieczny i zacofany kraj (w przeciwieństwie na przykład do Arabii Saudyjskiej). Rozmówczynie Saeed mówią o stałej presji społecznej, konieczności udowadniana na każdym kroku swojego umiarkowania religijnego, ciągłym monitorowaniu swojego zachowania czy aby wypowiedziane słowa czy zachowania nie są zbyt radykalne. Wskazują na powracające obawy przed fałszywymi oskarżeniami, które powodują. że czują się niepewnie i nie mają poczucia bezpieczeństwa, powoduje, że niekiedy ograniczają swoją aktywność na różnych polach, np. niechętnie angażują się w kampanie społeczne na rzecz Pakistanu. Autorka nie tylko opisuje różne formy presji, lecz także pokazuje w jakich sposób kobiety próbują się jej przeciwstawiać, wychodząc poza stereotyp biernej muzułmanki.

Podsumowując, książka w sposób przejrzysty analizuje politykę sekurytyzacji, pokazując jej koszty psychologiczne dla członków mniejszości. Warto książkę przeczytać: odwraca o 180 stopni potoczne przekonanie, demonstrując w jakim stopniu państwo przyjmujące stanowi zagrożenie dla imigrantów (a nie vice versa). Książka sugeruje również, że polityka sekurytyzacji jest przeciwskuteczna: zamiast przeciwdziałać radykalizacji, może tworzyć podatny grunt pod nią. Traktując mniejszościowe grupy jako z gruntu podejrzane i wymagające nadzoru utrudnia mniejszościom integrację i identyfikację ze społeczeństwem przyjmującym. Polityka kontroli i nadzoru wywołuje poczucie izolacji i alienacji, co może czynić członków mniejszości bardziej podatnymi na skrajną retorykę. Co więcej, rząd brytyjski usprawiedliwiając nadzwyczajne środki chętnie odwołuje się do hasła obrony brytyjskiego sposobu życia, brytyjskich wartości i instytucji, równocześnie jednak sam ten sposób życia podważa. Rozbudowa systemu kontroli i nadzoru podkopuje bowiem brytyjski liberalny system polityczny, ograniczając zwłaszcza wolność słowa i równość obywateli wobec prawa. Niestety książka nie daje żadnych wskazówek jak pogodzić integracje mniejszości ze skutecznym przeciwdziałaniem terroryzmowi.