Kiedy wybuchła II wojna światowa?

Przyzwyczailiśmy się do 1 września 1939 jako daty wybuchu II wojny światowej. Atak III Rzeszy na II RP jako wydarzenie rozpoczynające wojnę świetnie się też wpisuje w ideologię narodowej wiktymologii. Można do znudzenia powtarzać w rocznicowych przemówieniach i publicystyce, że byliśmy pierwszą ofiarą totalitarnej agresji, że cierpieliśmy jak żaden inny naród. Najczęściej tego typu głosy stanowią nie tyle opis zamkniętej przeszłości, ile również  implicite, jeżeli nie otwarcie, wyrażają pewne roszczenie hinc et nunc. Że jako pierwszej ofierze należą się jakieś swoiste względy czy uprzywilejowany status, np. mamy szczególne moralne prawo do promowania własnej narracji na temat II wojny światowej.

Jednak jeżeli potraktować określenie II wojna światowa poważnie, jeżeli serio potraktować wojnę jako konflikt o charakterze światowym i założyć, że wydarzenia na innych kontynentach miały równą wagę, co w Europie, to początku II wojny światowej można szukać nieco wcześniej. Nie chodzi mi o zastąpienie jednego narodowego punktu widzenia innym np. czeskim, litewskim czy francuskim. Nie chcę też szukać początków długotrwałych procesów, które przyczyniły się do wojny (na przykład gospodarczych) czy analizować kolonialnej genezy Holocaustu. Chodzi o wydarzenie, które miało bezpośredni związek z II wojną. Było pierwszym i trwałym, a nie tylko chwilowym i tymczasowym, naruszeniem międzynarodowego ładu (których było przecież wiele w całym okresie międzywojennym); konfliktem zbrojnym, stanowiącym zapowiedź próby budowania nowego porządku, który przekształcił się w trwałą wojnę.

Jeżeli spojrzeć na II wojnę z tej perspektywy, to najlepszym kandydatem na datę wyznaczającą początek tego konfliktu jest 7 lipca 1937 roku. Wówczas Japonia zaatakowała Chiny. Chociaż Japonia formalnie nie wypowiedziała wojny, to de facto rozpoczęła totalną i ludobójczą wojnę, czego najbardziej znanym przejawem była masakra w Nankinie na przełomie 1938 i 1939 roku, w której zginęło według różnych szacunków od 40 do 500 tys. mieszkańców stolicy Chin. Chociaż jak wspominałem naruszeń porządku międzynarodowego nie brakowało wcześniej, to jednak atak Japonii godzący w gwarantowaną przez traktat dziewięciu z 1922 roku integralność Chin, przeobraził się w przedłużającą się wojnę, która zakończyła się dopiero we wrześniu 1945 roku, stając się pierwszą fazą II wojny światowej. Japońska agresja na Chiny stanowiła pierwszą trwałą próbę stworzenia nowego porządku, o którym mówił Pakt Trzech z 1940 roku. Ten nowy porządek miał zastąpić stały ład, który wyznaczały traktaty podpisane po I wojnie światowej w Wersalu i Waszyngtonie.

Chociaż w polskim życiu politycznym, a nawet w polskiej historiografii taka teza może się wydawać ekstrawagancka, to ma ona swoich zwolenników wśród historyków z innych krajów, którzy mam wrażenie częściej potrafią wyjść poza wąskie narodowe ramy. Można przypomnieć, że już w 1964 roku brytyjski historyk Geoffrey Barraclough w książce „Introduction to Contemporary History” (przetłumaczonej na język polski zresztą) pisał, że to Japończycy rozpoczęli II wojnę światową. Nie sądzę co prawda, aby w kraju, w którym historiografię często myli się z opowiadaniem narodowych bajek, ktoś się za bardzo przejął tym, co piszę. Niemniej warto czasem przypomnieć, że Polska, czy nawet Europa, to nie pępek świata.

Niesocjologiczna socjologia

Mam wrażenie,  że dyskusje wokół wykazu czasopism koncentrują się wokół punktacji polskich periodyków. A mnie zainteresowały topowe socjologiczne czasopisma, które wyceniono na 200 punktów (poniżej ich lista). Przyznam, że o niektórych słyszę pierwszy raz, a wielu innych nigdy nie kojarzyłem z socjologią. Tak na moje oko około połowa czasopism w kategorii 200-punktowców uznanych za socjologiczne ma z tą dyscypliną nauki mało lub bardzo niewiele wspólnego.

Jedna z wad tej reformy to zmuszenie badaczy do myślenia w kategoriach dyscyplin – ale jeżeli już to musimy robić to róbmy to z głową. Co mają na przykład takie pisma jak Agronomy for Sustainable Development czy  Land Degradation & Development wspólnego z socjologią? Albo dlaczego w gronie socjologicznych znalazły się periodyki politologiczne takie jak np. American Journal of Political Science? A jeżeli pisma politologiczne zostały uznane za socjologiczne, to dlaczego pisma socjologiczne nie zostały sklasyfikowane jako politologiczne, skoro problematyka obu dyscyplin się częściowo pokrywa? Widać tutaj brak koordynacji pracy poszczególnych zespołów.

Inkluzywna lista czasopism przypisanych do socjologii (czy każdej innej dyscypliny) miałaby sens, jeżeli zostałby utrzymany przepis o limicie dopuszczającym zgłoszenie do ewaluacji w danej dyscyplinie maksymalnie 20% artykułów naukowych opublikowanych w czasopismach, którym w wykazie czasopism przypisano inną dyscyplinę niż ewaluowana. Jednak tego przepisu nie ma w ostatecznej wersji rozporządzenia. Można zgłosić artykuł opublikowany w czasopiśmie z jakiejkolwiek innej dyscypliny, pod warunkiem, że ma związek z badaniami prowadzonymi w ewaluowanej dyscyplinie (choć trzeba przyznać, że nie jest to zbyt precyzyjne sformułowanie).

Rzecz jasna w wielu niesocjologicznych czasopismach, które znalazły się wśród topowych 200-punktowych socjologicznych czasopism można spotkać socjologiczne artykuły. W wielu przypadkach zresztą trudno wytyczyć granicę między dyscyplinami. Ale jak pisałem, to stanowi problemu, ponieważ jeżeli artykuł ma związek z badaniami socjologicznymi można go zgłosić do ewaluacji w socjologii bez względu na przynależność dyscyplinarną czasopisma. Natomiast włączenie wielu (socjolodzy okazali się tutaj wyjątkowo inkluzywni) pism spoza dyscypliny „zaburzyło” punktację i hierarchię pism stricte socjologicznych. Na przykład czymś dziwacznym wydaje mi się, że na liście czasopism socjologicznych British Journal of Political Science ma 200 punktów, natomiast British Journal of Sociology – 140 czy że Tesol Quaterly ma 200 punktów, a European Sociological Review – 140 punktów itd. Te dwa ostatnie mają przecież dla socjologii znacznie większe znaczenie. Takich przykładów jest znacznie więcej. Słowem, mam wrażenie, że lista topowych socjologicznych czasopism to jakiś mało strawny groch z kapustą.

Czasopima przypisane do socjologii, którym przyznano 200 punktów:

  1. ADMINISTRATIVE SCIENCE QUARTERLY
  2. Agronomy for Sustainable Development
  3. AMERICAN JOURNAL OF POLITICAL SCIENCE
  4. AMERICAN JOURNAL OF SOCIOLOGY
  5. AMERICAN POLITICAL SCIENCE REVIEW
  6. AMERICAN SOCIOLOGICAL REVIEW
  7. ANNALS OF STATISTICS
  8. Anthropocene Review
  9. ANTIPODE
  10. BRITISH JOURNAL OF POLITICAL SCIENCE
  11. COMPARATIVE POLITICAL STUDIES
  12. CRIMINOLOGY
  13. CULTURAL GEOGRAPHIES
  14. Differences-A Journal of Feminist Cultural Studies
  15. GENDER & SOCIETY
  16. GOVERNANCE-AN INTERNATIONAL JOURNAL OF POLICY ADMINISTRATION AND INSTITUTIONS
  17. HAU-Journal of Ethnographic Theory
  18. History and Anthropology
  19. JOURNAL OF CONFLICT RESOLUTION
  20. JOURNAL OF CONSUMER RESEARCH
  21. JOURNAL OF ORGANIZATIONAL BEHAVIOR
  22. JOURNAL OF PEACE RESEARCH
  23. JOURNAL OF PEASANT STUDIES
  24. JOURNAL OF PERSONALITY AND SOCIAL PSYCHOLOGY
  25. JOURNAL OF PUBLIC ADMINISTRATION RESEARCH AND THEORY
  26. JOURNAL OF QUANTITATIVE CRIMINOLOGY
  27. JOURNAL OF RESEARCH IN CRIME AND DELINQUENCY
  28. JOURNAL OF SERVICE RESEARCH
  29. JOURNAL OF SOCIOLINGUISTICS
  30. Journal of Statistical Software
  31. JOURNAL OF THE AMERICAN STATISTICAL ASSOCIATION
  32. JOURNAL OF THE ROYAL STATISTICAL SOCIETY SERIES B-STATISTICAL METHODOLOGY
  33. Journal of Travel Research
  34. LAND DEGRADATION & DEVELOPMENT
  35. LANDSCAPE AND URBAN PLANNING
  36. LANGUAGE IN SOCIETY
  37. Law & Policy
  38. NATURE
  39. NEW MEDIA & SOCIETY
  40. PARTY POLITICS
  41. PHILOSOPHY & PUBLIC AFFAIRS
  42. POETICS
  43. POLITICAL BEHAVIOR
  44. POST-SOVIET AFFAIRS
  45. Probability Surveys
  46. PUBLIC ADMINISTRATION REVIEW
  47. PUBLIC OPINION QUARTERLY
  48. Regulation & Governance
  49. Research in Social Stratification and Mobility
  50. SCIENCE
  51. SCIENCE EDUCATION
  52. Signs and Society
  53. SOCIAL FORCES
  54. Social Issues and Policy Review
  55. SOCIAL NETWORKS
  56. SOCIOLOGICAL METHODS & RESEARCH
  57. SOCIOLOGICAL THEORY
  58. SOCIOLOGY OF EDUCATION
  59. SOCIOLOGY OF RELIGION
  60. Studies in Science Education
  61. Survey Methodology
  62. SYNTHESE
  63. TESOL QUARTERLY
  64. THEORY AND SOCIETY
  65. WORLD POLITICS
  66. Annales
  67. Annual Review of Sociology
  68. Annual Review of Statistics and Its Application
  69. Crime and Justice

Produktywność, efektywność i produktywizacja badaczy

Ukazał się nowy numer Niezbędnika Akademickiego z moim krótkim komentarzem na temat raportu prof. Emanuela Kulczyckiego. W zasadzie raport to tylko pretekst, żeby zastanowić się nad językiem używanym coraz częściej do opisu akademickiej rzeczywistości, czy raczej konstruowania redukcjonistycznego i wąskiego obrazu tej rzeczywistości. Inaczej mówiąc, nie chodzi mi o ten konkretny raport tylko o bardziej rozpowszechnioną tendencję przedstawiana działalności naukowej za pomocą metaforyki produkcji. Rzecz jasna nie chodzi tylko o sam sposób mówienia o nauce, lecz o fakt, że on kształtuje i odzwierciedla instytucjonalne praktyki zarządzania nauką.

Jednym z przejawów tego redukcjonizmu jest koncentrowanie się na ostatnim i najbardziej wymiernym elemencie procesu badawczego, mianowicie na publikacjach w dodatku na ogół rozumianych dość tradycyjnie: artykuł lub monografia, a najlepiej artykuł w czasopiśmie ujętym w odpowiedniej bazie danych. Jednak zauważmy niektórych subdyscyplinach (np. antropologia wizualna) wyniki badań prezentuje się również w innej formie niż tekst pisany – np. w postaci filmu etnograficznego. W Polsce nie jest to zbyt rozpowszechniona praktyka, ale warto o niej wspomnieć i zastanowić się jak uwzględniać tego typu działalność badawczą w ankietach dorobku.

Trzeba również podkreślić, że badania to nie tylko analiza danych i przedstawienie swoich analiz w postaci publikacji. Upraszczając i nie wchodząc w szczegóły, praca naukowa to także konceptualizacja problematyki badań, opracowanie metodologii, dotarcie do badanych i zbieranie danych. Wyrwane z tego kontekstu badawczego skupianie się na publikacjach niewiele mówi o produktywności, ponieważ pomija te inne etapy procesu badawczego. Takie mechaniczne zestawienia ignorują nie tylko odmienności między dziedzinami i dyscyplinami, ile zróżnicowanie między poszczególnymi typami badań nawet w tej samej dyscyplinie. Dyscypliny społeczne i humanistyczne są bowiem wieloparadygmatyczne, czy raczej jak sugerował Thomas Kuhn przed-paradygmatyczne i cechują się dużym wewnętrznym zróżnicowaniem przejawiającym się w sporach dotyczących tak fundamentalnych kwestii jak natura rzeczywistości społecznej czy szeroko rozumiana metoda badań, by wspomnieć różne wcielenia dyskusji wokół problemu verstehen versus erklären. Nawet w tej samej dyscyplinie proces badawczy rozumiany jako całość może cechować się, w zależności od subdyscypliny czy problematyki, bardzo różną intensywnością na różnych etapach badań, czego nie oddaje skupianie się na samych publikacjach. Można w tym kontekście wspomnieć chociażby o socjologii, w której prowadzi się zarówno intensywne etnograficzne badania terenowe, niekiedy trwające wiele lat (np. szeroko dyskutowana książka Alice Goffman pt „On the Run. Fugitive Life in an American City, Chicago University Press, 2014 to efekt sześciu lat obserwacji uczetniczącej), jak i ilościowe analizy łatwo dostępnych danych zastanych.

Co jednak ważniejsze, sama metafora produkcji w odniesieniu do działalności badawczej budzi wątpliwości. Jak uczył George Lakoff i Mark Johnson metafory to tyle językowe ozdobniki, ile konceptualne ramy, które organizują nasze widzenie rzeczywistości i przetwarzanie informacji. Metaforyka produkcji utrwala i upowszechnia specyficzny sposób mówienia i pisania o nauce, którego początki mają swoje źródło poza światem akademickim. Często mowa w tym kontekście o kulturze audytu, która kolonizuje świat akademicki wciskając go w konceptualne ramy charakterystyczne dla biznesowych korporacji z ich nastawieniem na mierzalne i kwantyfikowalne wyniki. Z tej perspektywy badacz to nie tyle ciekawy świata i bezinteresowny poszukiwacz, ile „producent”, którego rozlicza się z konkretnego i mierzalnego „research output”.

To redukowanie działalność badawczej tylko do jednego jej etapu i to dość specyficznie rozumianego ma szereg negatywnych konsekwencji, o których moim zdaniem za mało się mówi. Wspomijmy chociażby o tendencji do myślenia w kategoriach publikowalności i przewidywalności, co może skłaniać do podejmowania mało ryzykownych badań. Inaczej mówiąc, skoro naukowiec ma być produktywny i efektywny, musi się wykazać w określonym czasie określoną liczbą publikacji o określonej wadze punktowej, to po co podejmować trudne przełomowe badania, które mogą zakończyć się niepowodzeniem i są obarczone ryzykiem, że nie przyniosą publikacji? Podobnie jest z grantami, których formularze są niekiedy tak szczegółowe, że trzeba wpisywać cała masę informacji, których przed przystąpieniem do badań często nie sposób jeszcze wiedzieć. W zasadzie, żeby zaprojektować tak szczegółowo badania grantowe… trzeba by już je wcześniej przeprowadzić. Wspomiana wcześniej Goffman w trakcie swoich sześcioletnich badań kilka razy zmieniała tematykę i problemy badawcze – jednak obawiam się, że taka elastyczność, nie wspominając o długości badań, stanie się luksusem dostęnym bardzo nielicznym. Większość poddana presji „produktywizacji” zmuszona będzie „produkować” niewiele wnoszące przyczynki. Słowem, metafora produkcji i produkcyjności wciska w naukę w bardzo sztywny gorset, w którym pozostaje niewiele miejsca na nieprzewidywalność, niepowodzenie, „nieproduktywne” myślenie, „niewydajne” czytanie prac spoza swojej specjalizacji, podejmowanie trudnych i ryzykownych tematów, eksperymentowanie i wyobraźnię. Słowem…. na twórcze myślenie, któremu z reżimem produktywności i efektywności nie zawsze po drodze.

Moje uwagi mogą się wydać zbyt jednostronne, ale też nie jest to artykuł naukowy więc pozwalam sobie na pewną retoryczną przesadę, żeby zwrócić uwagę na konieczność głębszej i krytycznej refleksji nad znaczeniem takich kategorii jako „produktywność”, „efektywność” czy „jakość” w kontekście działalności naukowej. Zdaje sobie sprawę z z potrzeby jakiejś formy „mierzenia” czy oceny działalności badaczy choćby ze względu na wymogi polityki naukowej i dystrybucji środków finansowych. Ale nie można poświęcać wolności i bezinteresowności naukowych dociekań na rzecz urzędniczej logiki i potrzeb ministerstwa.

Konstytucja dla Nauki: reforma inna niż wszystkie?

Moim skromnym zdaniem ogłoszona 18 stycznia 2019 roku lista wydawnictw to groch z kapustą, przypomina puzzle układane z zamkniętymi oczami. Wbrew zapowiedziom ministerstwa wykaz wydawnictw ma niewiele wspólnego z promowaniem jakości, nie wspominając o umiędzynarodowieniu. I nie przekonują mnie argumenty, że każda lista będzie miała braki i nigdy nie zadowoli wszystkich. W ten sposób można usprawiedliwić każdą fuszerkę. Chirurg mógłby przeprowadzać na przykład operację wycięcia wyrostka robaczkowego w kanale ściekowym, bo przecież – broniłby się – nie mamy możliwości zapewnienia stuprocentowej sterylności, więc co za różnica czy będzie to ściek czy szpital. Inaczej mówiąc, to że każda lista będzie niedoskonała, nie znaczy, że ta konkretna lista nie jest zbyt niedoskonała i że nie może być lepsza. A lista, na której obok solidnych międzynarodowych i polskich wydawnictw znajdują się sklepy z dewocjonaliami, całkowicie lokalne wydawnictwa czy wydawnictwa publikujące pseudonaukowe prace nie jest dobra: przeczy deklaracjom ministerstwa, założeniom reformy i generalnie ma anty-jakościowy charakter.

Ale mniejsza o wykaz wydawnictw. Trudno, jest jaki jest. Jednak ministerstwo ad nauseam podkreślało, że Konstytucja dla Nauki to reforma inna niż wszystkie inne: szeroko konsultowana ze środowiskiem, procedowana w duchu otwartości, przejrzystości i dialogu z przedstawicielami świata nauki. To może przynajmniej lista odwołuje się do jasnych i przejrzystych kryteriów oraz została sporządzona w transparentny sposób? Jako że oficjalne dokumenty były dość enigmatyczne i ogólnikowe, wystąpiłem do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z kilkoma wnioskami o udostępnienie informacji publicznej. Niestety wyjaśnienia niewiele wyjaśniały, ale dowiedziałem się m.in. dwóch rzeczy.

Po pierwsze, że na poziomie 2 (monografie za 200 punktów lub za 300 punktów w zależności od dziedziny) mogły znaleźć się tylko takie wydawnictwa, które na Publication Forum (tzw. lista fińska) były klasyfikowane na Poziomie 2 lub 3 lub były klasyfikowane w Norwegian Register for Scientific Journals, Series and Publishers (tzw. lista norweska) na Poziomie 2.  Łatwo sprawdzić, że znalezienie się na poziomie 2 lub 3 na liście fińskiej lub na poziomie 2 na liście norweskiej nie było warunkiem wystarczającym, aby wydawnictwo zostało umieszczone na poziome 2 na liście polskiej, np. Polity Press: lista fińska – 3, lista norweska – 2, polska lista – 1, Berghahn Books: lista fińska – 2, lista norweska – 2, polska lista – 1, Hart Publishing: lista fińska – 2, lista norweska – 2, polska lista – 1. Ale już na przykład Taylor and Francis: lista fińska – 2, lista norweska – 1, polska lista – 2. Podobnych przykładów można podać więcej: nie widzę w tym umieszczaniu wydawnictw na poziomie 2 listy polskiej większej logiki. Jakie jeszcze zatem kryteria zdecydowały o umieszczeniu wydawnictwa na poziome 2 polskiej listy?

Po drugie, z przesłanej odpowiedzi na mój wniosek o udzielenie informacji publicznej wynikało, że minister nauki dopisał bliżej nieokreśloną liczbę wydawnictw po konsultacjach z jakimiś niezidentyfikowanymi przedstawicielami środowiska naukowego do listy przygotowanej przez Zespół ds. wydawnictw. Jakie wydawnictwa zatem dopisał minister, jakimi kryteriami się kierował i z jakimi przedstawicielami środowiska naukowego się konsultował? W środowisku akademickim krążą różne plotki z trzeciej i czwartej ręki o jakie wydawnictwa chodzi i o jakich przedstawicieli, ale nie ma sensu powtarzać niesprawdzonych informacji.

Wyjaśnienia ministerstwa generowały więc tylko nowe pytania. Wystąpiłem zatem z trzema kolejnymi wnioskami o udzielenie informacji publicznej, aby uzyskać dane, na postawie których mógłbym sobie wyrobić zdanie jak tworzono wykaz wydawnictw. Poprosiłem o informacje dotyczące: 1) protokołów posiedzeń Zespołu ds. wydawnictw, 2) pierwszego projektu listy wydawnictw przygotowanej przez Zespół ds. wydawnictw, 3) przedstawicieli środowiska naukowego, z którymi konsultował się minister uzupełniając początkowy wykaz wydawnictw. We wszystkich trzech przypadkach odpowiedź ministra brzmiała tak samo: dane, o które wnioskuję nie stanowią informacji publicznej w rozumieniu ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej. Nie jestem prawnikiem, więc mogę się mylić, ale pytania, zwłaszcza 1) i 2) jak najbardziej dotyczą informacji o charakterze publicznym (zresztą inne ministerstwa tego rządu udostępniają protokoły z posiedzeń zespołów doradczych – a taki charakter miał Zespół ds. wydawnictw).

I tak w praktyce wyglądają ministerialne deklaracje o transparentności prac nad Konstytucją dla Nauki: konsultacje tylko z wybranymi, niejasne zasady, arbitralność i niechęć do udzielania informacji. W zasadzie, przyglądając się sposobowi przygotowywania i wdrażania tej tzw. reformy, nie powinno mnie to dziwić.

 

Polityka kryzysu migracyjnego w Polsce

Tym razem będzie nietypowo, ponieważ piszę o swojej własnej książce pt. The Everyday Politics of Migration Crisis in Poland. Between Nationalism, Fear and Empathy, która ukazała się właśnie w wydawnictwie Palgrave Macmillan. Nie mam zamiaru recenzować sam siebie. Spróbuję natomiast przybliżyć główne tezy książki, żeby potencjalny czytelnik mniej więcej wiedział czego się po niej spodziewać. Może post skłoni kogoś do sięgnięcia po książkę, a może wręcz przeciwnie odwiedzie od tego zamiaru i dzięki temu zaoszczędzi nieco czasu i pieniędzy, bo praca niestety do tanich nie należy (chociaż paskudni rosyjscy piraci w imię chorej idei otwartej nauki już zadbali, by każdy miał do niej wolny dostęp). Siłą rzeczy obraz książki w krótkiej notce mogę zarysować jedynie bardzo grubą kreską, nie wchodząc w szczegóły i niuanse mojej argumentacji, ani nie pokazując jak wiele zawdzięczam studiom innych badaczy (zainteresowanych odsyłam do wstępu, a także do spisu literatury w książce).

pal k
Moje studium ma charakter jakościowy: nie odwołuje się do analiz opartych na losowej próbie, które można uogólnić na całe polskie społeczeństwo. Chociaż próba jak na badania ilościowe jest duża (pierwotne plany zakładały przeprowadzenie kilku studiów przypadku), to ze względu na nielosowy dobór nie ma charakteru reprezentatywnego. Zwolennicy badań ilościowych mogą książkę potraktować jako materiał przydatny do formułowania hipotez, które następnie dają się testować za pomocą metod kwantytawnych. Jednak przyjmuję, podobnie jak wielu innych badaczy, że analizy jakościowe mają samoistną wartość: dają bowiem głęboki wgląd w to, jak sami badani interpretują rzeczywistość społeczną. Upraszczając można powiedzieć, że o ile badania ilościowe sprowadzają zachowania (czy sposób myślenia) do relacji kilku wyrażonych w postaci liczbowej zmiennych, o tyle badania jakościowe oferują bogaty w detale opis tego, jak sami ludzie nadają sens swoim zachowaniom i otaczającemu ich światu.

Odwołując się do wywiadów częściowo ustrukturyzowanych moja książka ma na celu analizę jak ludzie w Polsce nadawali sens kryzysowi migracyjnemu. Uznałem jednak, że trudno rozpatrywać tę kwestię abstrahując od szerszego kontekstu, a więc od samego kryzysu migracyjnego i dyskursu politycznego i medialnego. Rekonstruując ten kontekst w książce argumentuję, że nie było żadnego kryzysu migracyjnego, mieliśmy natomiast do czynienia z kryzysem ochrony praw uchodźców. Do tego kryzysu ochrony praw uchodźców przyczyniła się sama UE swoją mało zdecydowanymi i niespójnymi działaniami. Wbrew obiegowym opiniom polityka unijna wcale nie polegała na otwarciu drzwi na uchodźców i migrantów. Przeciwnie, od kilkudziesięciu lat UE prowadzi działania, których istotę dobrze ujmuje określenie „twierdza Europa” (fortress Europe). Przejawem tej polityki jest na przykład outsourcing i offshoring kontroli granicznej, a także blokowanie uchodźcom możliwości legalnego wjazdu do EU, co wpycha ich w ręce przemytników oferujących nielegalną i niebezpieczną podróż przez Morze Śródziemne (obecnie to najbardziej śmiertelna granica na świecie). W odpowiedzi na tzw. kryzys migracyjny UE, o czym z dumą mówił Donald Tusk, zacieśniła również współpracę z autorytarnymi krajami takimi jak na przykład Turcja czy Libia, które łamią prawa człowieka.

Jednak równocześnie UE zaproponowała program relokacji tych uchodźców, którzy w Europie już się znaleźli, aby odciążyć przede wszystkim Grecję i Włochy. Wbrew obecnej retoryce PiS nie było początkowo większych różnić między dwoma największymi polskim partiami. Rząd Ewy Kopacz z ociąganiem i niechęcią zgodził się na jednorazową relokację. PiS natomiast sugerował, że będzie respektować zobowiązania poprzedniego rządu. Z czasem retoryka PiS uległa radykalizacji: w książce pokazuję jak ta partia ewokowała antyislamskie (mające znamiona kulturowego rasizmu, a niekiedy biologicznego) oraz antyniemieckie wątki w celu mobilizacji poparcia i konsolidacji swojej władzy. Szczególnie zadowolony z tych analiz powinien być minister Jarosław Gowin. Nie tylko przybliżam światu sytuację w Polsce, ale również wspominam o nim samym: jak dzielnie własną piersią chciał bronić polskie niemowlęta przed hordami barbarzyńskich uchodźców.

Większa część książki dotyczy analizy wywiadów pod kątem stosunku do uchodźców oraz planu relokacji. Punkt wyjścia to opisanie rozumienia polskości, co stanowi ważne tło poglądów na temat uchodźców. W książce rozróżniam różne typy rozumienia polskości, pokazując tendencję do wykluczającego rozumienia narodu polskiego (odwołującego się nie tyle do etniczności, ile specyficznego rozumienia kultury), dającego się łatwo zmobilizować przeciwko różnym obcym postrzeganym jako kulturowo odmienni. W świetle badań sondażowych (zob. np. CBOS) nie dziwi, że w wielu wywiadach uchodźcy (utożsamiani z Syryjczykami, Arabami, muzułmanami) pojawiają się przede wszystkim jako zagrożenie dla polskiego narodu czy wręcz dla jego istnienia. W książce przyglądam się dokładnie różnym wymiarom tego zagrożenia, śledząc rozmaite sposoby esencjalizowania i naturalizowania różnic kulturowych/religijnych, które przybierają formę kulturowego i biologicznego rasizmu (islamofobii) – rzadko jednak otwarcie deklarowanego. O ile wcześniejsze studia pokazywały podobieństwa między islamofobią a antysemityzmem, argumentuję, że równie istotne, a może ważniejsze, są również analogie z anty-cyganizmem.

Oprócz wrogości wobec uchodźców wyróżniam również postawy przychylne i ambiwalentne. Postawy przychylne (welcomers) przybierały trzy postacie, które określam mianem: dyskursu otwartych granic (mówiąc w skrócie: każdy powinien mieć swobodę przemieszczania się) dyskursu wielokulturowości (Polsce dobrze zrobi nieco więcej kulturowej różnorodności) i dyskursu humanitarnego (trzeba pomóc ludziom w potrzebie). Nie było głosów opowiadających się za przyjęciem uchodźców, które odwoływały się do nakazów religijnych. Jeżeli w wywiadach pojawia się kwestia katolicyzmu, to w kontekście wyznacznika polskości, a przede wszystkim jako element zagrożonej polskości przez obcych. Nie pojawił się również argument pragmatyczny, np. przyjmijmy uchodźców, ponieważ jako państwo zobowiązaliśmy się prawnie do tego. W pewnym sensie niektórzy welcomers przypominali przeciwników przyjmowania uchodźców, tj. wiązali z uchodźcami wizję daleko idących zmian społecznych (np. Polska stanie się wielokulturowa). Mianem postaw ambiwalentnych określiłem głosy ludzi wahających się, nie mających zdania lub zgadzających się na przyjazd uchodźców pod pewnymi warunkami, które w dużej mierze pokazywały, że patrzyli na muzułmanów głównie przez pryzmat zagrożenia. Jednym w warunków akceptacji uchodźców była zwłaszcza bliskość religijna (chrześcijanie), a także na przykład praca (człowiek wartościowy to taki, który pracuje), a także normalność – bliżej nieokreślona, a więc zawsze podatna na zakwestionowanie.

Podsumowując, jak pisałem wcześniej, to bardzo rudymentarne streszczenie pomijające z jednej strony wiele szczegółów, a z drugiej wiele moich interpretacji. A wartość książki – myślę – leży przede wszystkim w szczegółach, na przykład wiwysekcji wypowiedzi o anty-islamskim charakterze, których nie można redukować tylko do biernej reprodukcji prawicowego politycznego dyskursu (duże znaczenie mały teź źródła transnarodowe – negatywne stereotypy krążące w sieciach migracyjnych). W przeciwieństwie do badań w Miastku, nie znalazłem większych (cokolwiek to znaczy w tym kontekście) różnic klasowych: bardzo różne dyskursy pojawiały się w wypowiedziach ludzi o rozmaitym statusie i odmiennej sytuacji ekonomicznej. Jedyne, co rzuca się w oczy: welcomers to na ogół ludzie z wyższym wykształceniem (biorąc pod uwagę nielosową próbę nie wspominałbym o tym, ale o podobnej zależności mówią inne badania, np. sondaże CBOSu). Moja książka sugeruje raczej, że kluczowe znaczenie dla stosunku wobec muzułmańskich uchodźców ma kwestia postrzegania różnic kulturowych, która w dużym stopniu jest niezależna od statusu społeczno-ekonomicznego. Sposób postrzegania różnic kulturowych wiąże się natomiast ze sposobem rozumienia narodu polskiego i szerszym strukturalnym kontekstem państwa narodowego z jego logiką symbolicznego i materialnego dzielenia ludzi na „nas” i „onych”.

Setna rocznica uzyskania niepodległości

Co roku jedenastego listopada do znudzenia słyszę, że Polska po 123 latach niewoli odzyskała niepodległość w 1918 roku. Określenie „Polska odzyskała” na dobre zadomowiło się również w historiografii. Mało kto zastanawia się nad jego sensem, który jest dyskusyjny z dwóch przynajmniej względów.

Po pierwsze, sugeruje, że Polacy własnym, zbiorowym wysiłkiem zdobyli niepodległość. Choć trudno ignorować starania polskiego ruchu niepodległościowego, to nie miał on jednak charakteru powszechnego. Wychowani na patriotycznych czytankach często zapominamy albo nie wiemy, że większość społeczeństwa polskiego, którą stanowili chłopi, do niepodległości podchodziła bardzo sceptycznie lub wręcz jej nie chciała. Znacznie większy wpływ na powstanie II Rzeczpospolitej miała korzystna sytuacja geopolityczna: mocarstwa rozbiorowe przegrały wojnę lub początkowo pogrążyły się w rewolucyjnym chaosie, co stworzyło przestrzeń dla powołania polskich niezależnych instytucji.

Po drugie i co ważniejsze, określenie „Polska odzyskała” zakłada ahistoryczne wyobrażenie przeszłości: istnienie niezmiennego podmiotu dziejów – narodu polskiego, który niegdyś stracił niepodległość (nota bene ta ostatnie pojęcie również rozumiane jest ahistorycznie, a przecież jego znacznie zmieniało się na przestrzeni wieków), a potem ją odzyskał. Jednak niepodległość utraciła nie Polska, lecz Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie. I nie tylko o różne nazwy chodzi, lecz przede wszystkim o to, co się kryje za tymi nazwami. Nowożytne państwo stanowiło coś w rodzaju „federacji folwarków”. Rządziła nim wieloetniczna szlachta, którą definiował status prawny i społeczny, a nie przynależność etniczna. Szlachta uważała, że ma inne pochodzenie i inną kulturę niż – jak dziś byśmy powiedzieli – „etnicznie polscy”, chłopi. Twierdziła, że podbiła „obcych” chłopów, żeby na nią pracowali. Nie próbowała narzucać chłopom wspólnej narodowej kultury, przeciwnie: upowszechnianie się wspólnej kultury (np. naśladowanie przez chłopów szlachty) uważała za zagrożenie swojej pozycji. Inne różnice między nowożytną a współczesną Polską pokazuje inwokacja z „Pana Tadeusza”. Mickiewicz, który odwołując się jeszcze do nowożytnych kategorii, pisał w języku polskim o Litwie, miał na myśli terytoria, które należą obecnie do Białorusi.

Sami chłopi nie uważali się za Polaków, lecz myśleli o sobie głównie kategoriach „tutejszości”. Jeszcze na początku XX wieku wielu z nich nie chciało niepodległości, ponieważ bali się, że Polacy przywrócą pańszczyznę. Proces unarodowienia chłopów zakończył się dopiero wraz z początkiem II wojny światowej. Dopiero okupacyjna polityka III Rzeszy spowodowała, że wszyscy chłopi chcąc nie chcąc poczuli wagę narodowych identyfikacji. Co prawda niektórzy historycy lubią pisać o polskiej świadomości narodowej już w średniowieczu. Jednak źródła historyczne, na które mogą się powołać, zostały wytworzone przez bardzo wąskie grupy społeczne i trudno na ich podstawie orzekać, co myślała w przeważającej mierze chłopska i niepiśmienna populacja. A jeszcze na początku XX wieku na przykład w Królestwie Polskim 70% ludności nie potrafiło czytać i pisać! Badania historyków społecznych i antropologów kulturowych dotyczące okresu, w którym zaczynają się pojawiać masowe źródła, pokazują, że dla chłopów naród przez długi czas pozostawał abstrakcją, odległą od zwykłych, codziennych doświadczeń.

Dziś natomiast bezwiednie zakłada się ciągłość polityczną między nowożytną polsko-litewską szlachecką Rzeczpospolitą a współczesnym polskim państwem narodowym. Jednocześnie pomija się inną możliwą ciągłość: zapomina się o Księstwie Warszawskim, czy o pierwszym w zasadzie nowoczesnym państwie polskim – Królestwie Polskim. Słowem: nie było ani 123 lata niewoli, ani „odzyskania” niepodległości. Polska raczej uzyskała niepodległość oraz zbiorowym wysiłkiem, choć nie tak powszechnym, jak zakładają opowieści pisane w duchu polityki historycznej, zdołała ją do 1939 roku utrzymać. Ale to już trochę inna historia…

Do poczytania na setną rocznicę niepodległości:

Kamusella, T. The Un-Polish Poland, 1989 and the Illusion of Regained Historical Continuity (2017).
Kizwalter, T. O nowoczesności narodu. Przypadek Polski (1999)
Łuczewski, M. Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej (2012)
Mażewski, L. Rzeczpospolita jeden i pół. O narodzinach, istnieniu i upadku państwa polskiego w latach 1806-1831 (2012).
Snyder, T. Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999 (2006).
Stomma, L. Antropologia kultury wsi polskiej w XIX w. (1986).
Zajączkowski, A. Szlachta polska. Kultura i struktura (1993).

 

Jak katolicy chcieli zniszczyć Stany Zjednoczone

W dniu 19 maja 1927 w Bath w stanie Michigan doszło do największej szkolnej masakry w historii Stanów Zjednoczonych. Farmer Andrew Kehoe wysadził w powietrze szkołę zabijając 44 osoby w tym 38 dzieci. Następnie popełnił samobójstwo.

Szybko znaleźli się ludzie doszukujący się głębszych przyczyn tego masowego morderstwa ukrywanych rzekomo przez mainstreamową prasę. Ich uwagę zwrócił fakt, że Kehoe był wychowany jako katolik, a jako dorosły przez pewien czas chodził do Kościoła. Chociaż Kehoe zerwał więzi z Kościołem katolickim, to mówiono i pisano nim jako „rzymskim katoliku” czy „katoliku Kehoe”. Wpisywało się to w rozpowszechniony w Stanach Zjednoczonych antykatolicyzm, który stanowił jeden z fundamentów amerykańskiej tożsamości narodowej. Jeszcze w okresie przedrewolucyjnym za miarę bycia dobrym angielskim purytaninem uważano negatywny stosunek do Kościoła katolickiego. Purytańscy koloniści pamiętali bowiem o prześladowaniach protestantów za panowania Bloody Mary, spisku prochowym czy powstaniu jakobitów.

katolicki spisek

W XIX wieku katolicyzm zaczęto utożsamiać z kolejnymi grupami imigrantów, najpierw Irlandczykami i Niemcami, następnie Włochami i Polakami. Imigranckie grupy były bardzo różnorodne i niejednokrotnie skonfliktowane. Jednak spora część Amerykanów widziała w nich monolit: obcy etniczne i religijnie katolicy zagrażający podstawowym amerykańskim wartościom. Argumentowano bowiem, że katolicy, nawet jeżeli deklarowali się jako Amerykanie, to tak naprawdę nie chcieli się na asymilować. Katolicy wyznawali wartości całkowicie odmienne od amerykańskich: mieli dziwaczne pełne przesądów wierzenia i rytuały, które nie znajdowały potwierdzenia w Biblii, struktury Kościoła katolickiego były nieprzejrzyste i niedemokratyczne. Nie szanowali kobiet, czego symbol stanowiły okutane od stóp do głów zakonnice. Co więcej, katolicy próbowali nachalnie nawracać innych na swoją wiarę, w dodatku byli lojalni wobec zewnętrznej władzy papiestwa.

Specjalną niechęć budziły zakony. Zamknięte i izolowane od otoczenia instytucje rozbudzały wyobraźnię amerykańskich protestantów. Znaczną popularnością cieszyły się opowieści o młodych kobietach, które rzekomo porywano do klasztorów, gdzie były wykorzystywane seksualnie przez lubieżnych księży. Na kanwie takich opowieści Maria Monk w 1836 roku napisała utrzymaną w konwencji wspomnień książkę pt. Awful Disclosures of Maria Monk, or, The Hidden Secrets of a Nun’s Life in a Convent Exposed, która stała się jednym z największych bestsellerów wydanych w Stanach w XIX wieku.

Pod koniec XIX wieku antykatolicyzm uzyskał podstawy naukowe w postaci teorii rasowych głoszących wyższość prawdziwych Amerykanów, tj. White Anglo-Saxon Protestants, których przeciwstawiono zdegenerowanym imigrantom z Europy Południowej i Wschodniej. Do zagrożenia kulturowego, doszło zagrożenie biologiczne. W konsekwencji w 1924 roku przyjęto ustawy ograniczające imigrację z tych części Europy. Chciano zapobiec mieszaniu się ras, co doprowadziłoby do degeneracji amerykańskiego narodu, a być może także do przejęcia władzy przez katolików w Stanach Zjednoczonych.

Antykatolicyzm od początku bowiem widział w katolikach również zagrożenie polityczne. Katolików oskarżano o realizowanie jakiegoś ukrytego i niebezpiecznego planu ukutego w Watykanie. Obawiano się na przykład, że katolicy są bardziej płodni niż protestanci: że w przyszłości zdominują liczebnie protestantów. Gdy uzyskają przewagę liczebną wybiorą katolickiego prezydenta, który wprowadzi katolicką teokrację i podporządkuje Stany Zjednoczone papieżowi. Zanim to jednak nastąpi katolicy będą powoli niszczyć Amerykanów, wysadzając na przykład szkoły i mordując dzieci, czego przykładem był watykański agent Andrew Kehoe.

Więcej:

Paul Blanshard, American Freedom and Catholic Power (1950).

Peter Knight (ed.), Conspiracy Theories in American History: An Encyclopedia (2003)