Antarktyczny patrol: ocal biały kontynent

Cynthia Miller-Idriss, The Extreme Gone Mainstream. Commercialization and Far Right Youth Culture in Germany, Princeton University Press, Princeton and Oxford 2017, ss. 278.

Skrajnie prawicowa i neo-nazistowska młodzież może się kojarzyć subkulturą skinheadów i ze sceną muzyczną Rock Against Communism (RAC): osobnikami z ogolonymi głowami, ciężkimi wysokimi butami, wojskowymi kurtkami i podwiniętymi nogawkami jeansów. Cynthia Miller-Idriss w swojej nowej książce przygląda się przeobrażeniom skrajnie prawicowej kultury młodzieżowej w Niemczech, pokazując, że ten obraz ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. Autorka skupia się na niemieckich firmach odzieżowych (np. na powstałym w 2002 roku Thor Steinar), które oferując modną i dobrej jakości odzież promującą równocześnie radykalnie nacjonalistyczną i rasistowską ideologię. Dzięki zerwaniu ze skinowską estetyką i rezygnacji z otwartej pochwały nazizmu firmy w trakcie ostatnich kilkunastu lat wkroczyły do mainstreamu i stały się atrakcyjne dla młodzieży, która nie identyfikuje się i nie chce być postrzegana przez pryzmat radykalnej subkultury. Wykorzystując bogate archiwum zdjęć nazistowskiej i neonazistowskiej ikonografii, a także odwołując się do 62 wywiadów z niemieckim uczniami oraz nauczycielami ze szkół zawodowych Cynthia Miller-Idriss analizuje specyfikę nowego typu skrajnie prawicowej symboliki, przyczyny popularności prawicowych marek wśród młodzieży, a także funkcje i konsekwencje noszenia odzieży z radykalnym przekazem.

Książka koncentruje się na pięciu kwestiach. W pierwszej kolejności autorka analizuje różnego rodzaju kody i zawoalowane przekazy. Niektóre są stosunkowe proste do rozszyfrowania (na przykład 88 oznaczające dwie ósme litery alfabetu, co stanowi skrót od Heil Hitler czy oparty podobonej logice kod 18) inne są zupełnie nieczytelne dla osób, które nie znają historii III Rzeszy. Niektóre przekazy wyglądają zupełnie niewinnie i na pierwszy rzut nie mają radykalnie politycznego wydźwięku. Na przykład koszulka Antarktyczny patrol może się kojarzyć z ochroną środowiska, jednak kontekst (inne koszulki tej marki, sama marka) sugeruje, że przekaz ma rasistowski charakter.

ocal bialy kontynent

Druga kwestia analizowana przez autorkę to motywy z nordyckiej i germańskiej mitologii pojawiające się często na odzieży prawicowych marek. Te mitologiczne wątki nawiązują do mitu pochodzenia Niemców od starożytnych Germanów i Skandynawów, tym ostatnim z kolei przypisuje się aryjskie początki. W ten sposób prawicowe marki promują rasistowskie idee bez uciekania się do explicite rasistowskich haseł. Trzeci problem to obrazy przemocy i śmierci obecne na nacjonalistycznej odzieży, które pełnią podwójną funkcję: sygnalizują gotowość ich nosicieli do użycia przemocy, a także komunikują wrogość do grup postrzeganych jako obce i wrogie, na przykład do imigrantów czy mniejszości seksualne. Czwarty temat to transnarodowy wymiar symboliki nacjonalistycznej odzieży. Logika maksymalizacji zysku prowadzi firmy odzieżowe do poszukiwania nowych rynków zbytu. Aby dotrzeć do odbiorców z innych krajów firmy wykorzystują również ekstremistyczne symbole spoza niemieckiego kontekstu. Ostatnia kwestia to wizerunek męskości promowany przez firmy odzieżowy. Jak pokazuje autorka dominują tutaj obrazy hipermęskości (np. muskularnych nordyckich bogów), co związane jest z kultem siły i przemocy. Jak sugeruje autorka młodzieży z klasy robotniczej często niedostępne są inne wyznaczniki sukcesu w społeczeństwie, więc kompensują je sobie przesadnie podkreślaną męskością.

Autorka pokazuje, że popularność tego typu odzieży wynika przede wszystkim z dwóch przyczyn. Po pierwsze, odzież zaspokajania potrzebę przynależności do grupy i ekspresji tożsamości. Równocześnie jednak noszenie tego typu odzież kształtuje tożsamość młodzieży, pozwala na eksperymentowanie i „wypróbowywanie” jednej z opcji tożsamościowych, zwłaszcza, że jej noszenie nie spotyka się ze społeczną niechęcią. W przeciwieństwie do „munduru” skinheadów nowy typ odzieży nie rzuca się w oczy, jej przekaz jej zrozumiały jedynie dla wtajemniczonych, hasła nie są ostentacyjnie rasistowskie czy nazistowskie. Jednak noszenie odzieży skrajnie prawicowych marek z ich radykalnymi hasłami  normalizuje rasizm, przemoc, ksenofobię i może stanowić pierwszy krok do radykalizacji i przystąpienia do ekstremistycznych grup politycznych. Po drugie, autorka sugeruje, że rasistowska odzież cieszy się popularnością, zwłaszcza wśród młodzieży z klasy robotniczej, która czuje się marginalizowana i pozbawiana możliwości awansu społecznego. Dla tych młodych ludzi noszenie rasistowskiej odzieży to sposób na wyrażenie swojej frustracji, gniewu i sprzeciwu wobec mainstreamowych instytucji społecznych, a także środek prowokowania ludzi, którzy mają nad nimi władzę.

Podsumowując, książka stanowi interesujący wkład w studia nad ekstremizmem, które zbyt często koncentrują się analizie oficjalnych ideologii lub poparcia wyborczego. Cyntia Miller-Idriss pokazuje natomiast znaczenie kulturowego wymiaru ekstremizmu oraz jego emocjonalny oddźwięk. Słusznie również argumentuje, że zwalczanie ekstremizmu wśród młodzieży nie może polegać tylko na propagowaniu wiedzy i krytyce skrajnych ideologii, lecz również musi brać pod uwagę emocjonalne potrzeby tej grupy. Pewna słabość książki to dość wąski zakres, tj. koncentracja na odzieży, a przecież radykalne idee wyrażana są na przykład także przez muzykę, tatuaże czy różnego gadżety, czego zresztą autorka zdaje sobie sprawę i postuluje dalsze badania. Cynthia Miller-Idriss ma również ambicje teoretyczne, np. argumentuje, że trzeba spojrzeć na towary z nowej perspektywy: że są one nie tylko częścią systemu ekonomicznego, który produkuje i reprodukuje społeczne nierówności, lecz również niosą ze sobą kulturowe znaczenia, emocje i wartości. Jednak trudno te teoretyczne wnioski uznać za jakoś szczególnie odkrywcze. Wielu badaczy wskazywało na podobne mechanizmy pisząc o związkach kultury i ekonomii, konsumpcji znaczeń kulturowych czy markach jako symbolach stylu życia. Chociaż teoretyczna część książki wydaje się raczej słaba, to praca jako studium przypadku warta jest uwagi.

Demokratyczna rewolta?

Roger Eatwell, Matthew Goodwin, National Populism. The Revolt Against Liberal Democracy, London: Pelican 2018, ss. 344.

Eatwell i Goodwin postawili sobie ambitny cel wyjaśnienia przyczyn rosnącej popularności w świecie zachodnim partii typu Zjednoczenie Narodowe, Alternatywa dla Niemiec, Fidesz, Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, polityków pokroju Donalda Trumpa czy niechęci do UE (Brexit). Autorzy łączą ze sobą dość różne partie, polityków i zjawiska określając je wspólnym mianem narodowego-populizmu, który trzeba odróżnić od faszyzmu i neofaszyzmu czy skrajnej prawicy. Nie zgadzają się z katastroficznym tonem niektórych komentatorów piszących o odrodzeniu faszyzmu. Dość przekonująco wykazują szereg różnic między faszyzmem (neofaszyzmem) a narodowym populizmem. Na przykład przypominają, że narodowo-populistyczni ideolodzy nie odwołują się do kultu wodza czy idei imperialnej ekspansji. Nie można również – podkreślają Eatwell i Goodwin – utożsamiać analizowanego zjawiska ze skrajną prawicą, ponieważ narodowi populiści zrezygnowali z antysemityzmu i rasistowskiej retoryki. Jednak autorzy bagatelizują kwestię niechęci wobec muzułmanów. Rzecz charakterystyczna, że w ogóle nie poświęcają uwagi islamofobii (samo pojęcie pojawia się tylko raz w ich książce), a przecież piszą o partiach mobilizujących swoje poparcie odwołując się do retoryki strachu i zagrożenia ze strony muzułmanów. Ignorują także w zasadzie dyskusję na temat zmieniającej się natury rasizmu, który z biologicznego przekształcił się w mniej oczywisty i widoczny subtelny, banalny czy kulturowy i selektywny rasizm.

populism 1

 

Szukając odrębności narodowego-populizmu Eatwell i Goodwin zwracają uwagę na połączenie antyestablishmentowej („my” prości ludzie versus „oni” skorumpowane elity) i nacjonalistycznej retoryki (obrona interesów i kultury narodowej), które łączą się ze specyficznym rozumieniem demokracji. Otóż autorzy przekonują, że narodowi populiści nie odrzucają demokracji, lecz jedynie występują przeciwko jej liberalnej wersji. Narodowi populiści atakują demokratyczne instytucje przedstawicielskie i koncentrację władzy w rękach elit dążąc – zdaniem autorów książki – do pogłębienia demokraci bezpośredniej dającej więcej władzy woli ludu. O ile faktycznie tego typu partie odwołują się do woli powszechnej (a raczej do woli narodu), to jednak nie zawsze rozumieją ją w sposób demokratyczny. Można wspomnieć chociażby Prawo i Sprawiedliwości z jego polityką konsolidacji i centralizacji władzy, ograniczania społeczeństwa obywatelskiego i marginalizacji opozycji. Polityce PiS nie towarzyszy żadne wzmacnianie instytucji demokracji bezpośredniej na modłę szwajcarską. Trump również nie doszedł do władzy pod hasłami umacniana demokracji bezpośredniej, a zwolennicy Brexitu chociaż wspominają o pewnych reformach (np. likwidacji Izby Lordów) równocześnie nie chcą drugiego referendum, ponieważ przeczyłoby to… zasadom demokracji. Trudno pogodzić z tezą o pogłębianiu demokracji retorykę prawa i zagrożenia porządku dającą priorytet bezpieczeństwu kosztem praw obywatelskich. Narażone na łamanie są zwłaszcza prawa mniejszości imigranckich (czasem również seksualnych), które są podejrzewane i oskarżane o brak lojalności wobec państwa i wrogość wobec narodowej tradycji. Autorzy biorą demokratyczną retorykę narodowych populistów za dobrą monetę nie próbując krytycznie zastanowić się co się za nią kryje: czy kreowanie atmosfery zagrożenia, ograniczenie praw obywatelskich, demontaż konstytucyjnej kontroli nie może przerodzić się łatwo w autorytarne rządy sprawowane rzekomo w imię woli powszechnej?

Główna część książki dotyczy próby wyjaśnienia przyczyn poparcia dla narodowych populistów: kto i dlaczego głosuje na tego typu partie i polityków.  Wbrew popularnej opinii autorzy dowodzą, że nie można redukować poparcia dla narodowych populistów do białej klasy robotniczej czy grup ekonomicznie wykluczonych. Chociaż te grupy stanowią ważną część elektoratu narodowych populistów, to jednak nie jedyną i nie one decydują o ich sile wyborczej. Na przykład za Emily Ekins autorzy National Populism przypominają, że na Trumpa głosowało kilka typów wyborców: 1) Staunch Conservatists (zagorzali konserwatyści) – moralni tradycjonaliści, lojalni Republikanie, często należący do klasy średniej, umiarkowanie wykształceni, 2) Free Marketeers (wolnorynkowcy) –  członkowie klasy średniej, posiadający własne domy i wysokie dochody. W sumie te dwie grupy dały Trumpowi ponad połowę głosów. Kolejne kategorie wyborców to: 3) Preservationists (zachowawczy wyborcy) – cechują się niskimi dochodami (poniżej 50 tys. $ na gospodarstwo) i na ogół brakiem wyższego wykształcenia, 4) Anti-Elites (antyelitarni wyborcy) – mają wyższe dochody niż poprzednia kategoria ale są niezadowoleni ze swojego statusu, 5) Disengaged (niezaangażowani) – niewielka grupa, mało wiedząca o polityce i o mało wyraźnych preferencjach. Podobnie ma się rzecz z narodowymi populistami w Europie, na których głosują bardzo różnorodni wyborcy – nie da się zredukować do jednego typu.

Autorzy dość przekonująco argumentują, że nie można wyjaśnić poparcia dla narodowo-populistycznych partii w kategoriach głosów protestu czy reakcji na kryzys ekonomiczny w 2008 roku. Jedna ze słabości dyskusji nad przyczynami poparcia – piszą – to koncentrowanie się na ostatnich niedawnych wydarzeniach. Jak sugerują wynika to z naiwnej wiary, że wraz z polepszającą się sytuacją ekonomiczną poparcie dla partii narodowo-populistycznych spadnie i sytuacja wróci do status quo ante. A przecież jak trafnie zauważają ludzie nie tylko wąsko rozumianą ekonomiczną racjonalnością, lecz biorą również pod uwagę kwestii tożsamościowe czy kulturowe. Jeżeli spojrzymy z dłuższej perspektywy czasowej – argumentują Eatwell i Goodwin – to dostrzeżemy 4 De, czyli cztery „prawomocne niepokoje” stojące u źródeł głosowania na narodowych populistów: distrust (brak zaufania), destruction (zniszczenie), deprivation (deprywacja), dealignment (osłabienie identyfikacji jednostek z partiami politycznymi). I tak autorzy pokazują malejący od dziesięcioleci poziom zaufania do polityków i demokratycznych instytucji mający swoje uzasadnienie w rosnącym wyobcowaniu polityków ze społeczeństwa pod względem dochodów, wykształcenia czy zawodu (na przykład w 2014 roku połowa kongresmanów, po równo Demokraci i Republikanie, to milionerzy). Do wzrostu nieufności – argumentują Eatwell i Goodwin – przyczynił się również proces integracji europejskiej, który miał odgórny i mało przejrzysty charakter prowadząc do powstania ponadnarodowych instytucji odległych od zwykłego obywatela. Pojęcia zniszczenia autorzy używają w kontekście rosnącej proporcji imigrantów w zachodni społeczeństwach, która wywołuje ich zdaniem uzasadnione obawy o przetrwanie narodowych i kulturowych tożsamości. Natomiast deprywacja odnosi się do rosnących nierówności społecznych, spadku dochodów niższych grup społecznych, a także do coraz większego braku bezpieczeństwa pracy do czego przyczynia się automatyzacja i globalizacja. Nie chodzi jednak tylko o same nierówności, lecz również o utratę wiarę w przyszłość przez różne grupy społeczne, a także o przekonanie, że pewnym grupom powodzi się niezasłużenie lepiej niż innym, zwłaszcza imigrantom i różnego rodzaju mniejszościom, których państwo wspiera ignorując potrzeby większości obywateli. Następuje również osłabienie więzi jednostek z partiami politycznymi, co częściowo wynika ze zmian w strukturze społecznej, np. kurczenia się klasy robotniczej, a częściowo również z ignorowania przez tradycyjne partie wspomnianych wcześniej społecznych trosk. Rośnie liczba niezdecydowanych wyborców, którzy coraz częściej głosują na narodowych populistów umiejętnie wpisujących się w społeczne oczekiwania.

Eatwell i Goodwin dużo wysiłku wkładają w to, aby przekonać, że obawy wyborców mają realne podstawy. Jednak niekiedy niezbyt wyraźnie rozróżniają dwie kwestie: społeczną percepcję zachodzących zmian czy różnych polityk, a analizę samych zmian czy polityk. Na przykład analiza postrzegania procesu integracji europejskiej jako oderwanego od życia obywateli przeradza się w krytykę samej integracji. Jednak autorzy nie zauważają, że integracja europejska wiązała się z presją na decentralizację i regionalizację wielu państw członkowskich i powstanie instytucji bliżej obywateli (warunek korzystynia ze środków ramach polityki spójności). Podobnie na przykład jeżeli chodzi o obawy przed imigrantami, co trzeba przyznać zauważają niekiedy sami autorzy, które wywołane są nie przez rzeczywistą politykę imigrancką (państwa kontrolują imigrację i co więcej w rosnącym stopniu traktują imigrantów w kategoriach zagrożenia bezpieczeństwa) czy faktyczną liczbą imigrantów, lecz mają także swoje źródło w zupełnie wymyślonych lękach (czego przykładem może być reakcja polskiej prawicy na tzw. kryzys migracyjny). Autorzy analizują, by tak powiedzieć stronę popytową popularności narodowych populistów pokazując, że poparcie dla nich stanowi odzwierciedlenie autentycznych społecznych trosk. Nie zauważają jednak, że sami narodowi populiści, a także politycy z innych opcji politycznych, media produkują niektóre z tych trosk, czego przykładem może być wspólne chyba niemal wszystkim mainstreamowym partiom patrzenie na migrantów przez pryzmat bezpieczeństwa narodowego. Co więcej sami autorzy posługują się czasem językiem, który legitymizuje narodowo-populistyczny ogląd świata pisząc chociażby „nielegalnych imigrantach”, „kryzysie uchodźczym” itd. (czy reprodukując bezwiednie przekonanie, że Zjednoczone Królestwo to nie jest Europa). To właśnie taka retoryka – obecna w mediach, przemówieniach polityków czy publicystyce nie tyle odzwierciedla, ile kształtuje wyobrażenia sprzyjające na przykład kryminalizacji migrantów i postrzegania ich w kategoriach kłopotu czy zagrożenia.

Chociaż niektóre kwestie, zwłaszcza migracji autorzy nadmiernie uprościli, to jednak ich główną tezę warto potraktować poważnie. Otóż przekonują oni, że sukcesy partii narodowo-populistycznych to nie chwilowa aberracja, lecz zjawisko, które ma głębokie i długotrwałe społeczne podłoże. Nie można się spodziewać, że narodowi populiści szybko znikną ze sceny politycznej, ponieważ za ich poparciem stoją rzeczywiste i realne problemy, którymi nie radzą sobie liberalne demokracje. Wydaje się mało prawdopodobne, aby te problemy zniknęły same z siebie wraz z poprawą koniunktury ekonomicznej. Słowem, jeżeli liberalne demokracje nie zrobią nic z rosnącymi nierównościami, alienacją klasy politycznej i brakiem zaufania do polityków to może się spełnić znacznie czarniejszy scenariusz niż przewidują autorzy National Populism.

Iluzja liberalnego nacjonalizmu

Yeal Tamir, Why Nationalism, Princeton University Press, Princeton and Oxford 2019, ss.205.

Liberalni komentatorzy z niepokojem piszą o erupcji populizmu, rasizmu i ksenofobii w zachodnich demokracjach. Niektórzy z przerażeniem snują historyczne analogie do lat 30. XX wieku nawołując do mobilizacji progresywnych ruchów, aby zatrzymać pochód irracjonalizmu i uchronić świat przed ponowną katastrofą. Yeal Tamir sugeruje, że liberalni analitycy niepotrzebnie panikują. Jej zdaniem renesans nacjonalizmu – bo z tym w istocie mamy to czynienia – to nie tyle irracjonalny atak na demokrację, ile racjonalna obrona swoich interesów przez „bezbronne” czy „bezradne” klasy społeczne. Autorka argumentuje, że rosnąca fala nacjonalizmu to wyraz sprzeciwu tych klas wobec oderwanych od problemu zwykłych ludzi elit i ich programu globalizacji. Proces globalizacji zaszedł bowiem zbyt daleko prowadząc do atrofii więzi społecznych, alienacji, skrajnego indywidualizmu i pauperyzacji niższych klas. Główna teza książki brzmi, że to liberałowie, społeczni demokraci i wszyscy postępowcy chcąc ratować demokrację nie powinni widzieć wroga w nacjonalizmie, a raczej sprzymierzeńca: muszą przejąć i oswoić nacjonalizm i wykorzystać go do liberalnych i demokratycznych celów. Słowem, potrzebujemy liberalnego nacjonalizmu.

why
Pojęcie liberalnego nacjonalizmu może wydawać się oksymoronem, zwłaszcza w języku polskim. Autorka odwołuje się tutaj do ugruntowanego we współczesnej socjologii narodu rozumienia nacjonalizmu jako poczucia tożsamości narodowej stanowiącego podstawę organizacji życia politycznego. Za takimi autorami jak Liah Greenfeld, Ernest Gellner czy Benedict Anderson pokazuje w jaki sposób państwo narodowe stało się główną instytucją polityczną nowoczesności. Tamir przypomina dobrze znany z literatury historycznej i socjologicznej obraz podkreślając przede wszystkim pozytywne funkcje państwa narodowego. Chociaż nie zapomina o paskudnym obliczu nacjonalizmu, na przykład wspominając, że stanowił ważny element faszyzmu i nazizmu, to koncentruje się głównie na jego jasnych stronach. Podkreśla, że państwo narodowe radykalnie zmieniło relacje między rządzonymi a rządzącymi: poddani stali się obywatelami dysponującymi politycznymi, a z czasem również społecznymi prawami. Zbyt często się zapomina – pisze Tamir – że demokracja liberalna – powstała jako państwo narodowe, które stanowiło główną instytucję odpowiedzialną za redystrybucję dóbr i zmniejszanie nierówności społecznych.

Liberalizm i nacjonalizm uzupełniały się: ten drugi dawał jednostkom poczucie wspólnotowości, wyznaczał granicę wspólnoty i uzasadniał ponadklasową solidarności i poświecenie na rzecz dobra wspólnego. Nacjonalizm dostarczał jednostkom silnej tożsamości kulturowej, która nadawała sens ich wyborom. Jednak miejscami obrona nacjonalizmu przez autorkę idzie zbyt daleko i jest mało zrozumiała nie tylko w świetle liberalnych założeń, ale i współczesnej socjologii narodu. Na przykład ilustrując znaczenie kontekstu narodowego Tamir przytacza znaną wypowiedź Josepha de Maistre: „Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan etc.; wiem nawet, dzięki Monteskiuszowi, że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu; jeśli istnieje, to nic o tym nie wiem” (s.43). Jednak „Włoch” czy „Francuz” jest podobną abstrakcją jak „człowiek” w świetle koncepcji przywoływanych przez autorkę w książce, np. teorii społecznej tożsamości. De Maistre po prostu bezrefleksyjnie uznał kategoryzację ludzi ze względu na przynależność narodową za ważniejszą niż inne kategoryzacje na przykład uniwersalne czy odmienne partykularne kategoryzacje. W tym cytacie sprawiającym wrażenie prostej obserwacji nie ma nic oczywistego. Inaczej mówiąc, w książce brakuje wyjaśnienia dlaczego to kontekst narodowy, w przeciwieństwie do innych społecznych kontekstów, powinien mieć nadrzędny charakter jako wyznaczający sens ludzkiemu życiu.

Tamir wyjaśnia, że sojusz między liberalizmem a nacjonalizmem w ostatnich dziesięcioleciach uległ osłabieniu za sprawą globalizacji. Nie jest jednak jasne kogo autorka wini za ten stan rzeczy: raz pisze o liberałach, innym razem o elitach czy neoliberalizmie. Niekiedy zdaje się przejmować prosty populistyczny schemat przeciwstawiając zwykłych ludzi bliżej nieokreślonym globalistom. Jedno jest natomiast pewne: zdaniem autorki globalizacja doprowadziła do powstania asymetrycznej sytuacji, z której korzystają głównie wąskie bogate elity cieszące się możliwościami jakie daje świat bez granic. Elity nie ponoszą żadnych kosztów globalizacji przerzucając je na niższe klasy społeczne, które nie mają środków żeby przenosić się z miejsca na miejsce. Niemobilne klasy społeczne doświadczają bezrobocia, bo zakłady bankrutują lub przenoszą się tam, gdzie koszty pracy są niższe. Muszą radzić sobie z niepewnością i ryzykiem utraty statusu. Zmagają się z kryzysem tożsamości narodowych spowodowanym coraz większą liczbą kulturowo odmiennych imigrantów. Nieuprzywilejowane klasy – argumentuje dalej Tamir – borykają się z rosnącą marginalizacją, ponieważ państwa w ramach polityki wyrównywania szans więcej uwagi poświęcają „the line jumpers” (s.169): kobietom, imigrantom, tubylcom. Nic dziwnego, że w tej sytuacji biali mężczyźni z klasy robotniczej – bo to oni zdaniem autorki są głównymi ofiarami globalizacji – popierają polityków odwołujących się do nacjonalistycznej retoryki. Głosowanie na partie obiecujące wzmocnienie państwa narodowego – to zdaniem Tamir – całkiem racjonalna opcja wynikająca z rzeczywistych problemów, które liberałowie powinni potraktować poważnie.

Gwoli ścisłość trzeba dodać, że autorka wyróżnia jeszcze jeden nacjonalizm, mianowicie separatyzm charakterystyczny dla obecnego okresu kryzysu państwa narodowego. W przeciwieństwie jednak do nacjonalizmu bezbronnych ten typ nie cieszy się jej sympatią. Odwołując się głównie do przykładu Katalonii Tamir argumentuje, że separatyzm to ruch bogatych, którzy uznali, że secesja im się ekonomicznie opłaca. Słowem, separatyzm to przejaw braku społecznej solidarności z innymi mniej zasobnymi regionami państwa. Jednak autorka upraszcza sprawę redukując przyczyny separatyzmu do ekonomicznej kalkulacji, a zaniedbując na przykład tak podkreśloną przez siebie w innych miejscach potrzebę uznania, sensu czy kontroli zbiorowego losu. Poza tym nie wszystkie ruchy secesjonistyczne rozwijają się w bogatszych regionach, by wspomnieć Bretanię czy nawet Szkocję. Trzeba również dodać, że na przykład szkoccy nacjonalistyczni liderzy mają nadzieję, że secesja pozwoli na prowadzenie bardziej społecznie progresywnej polityki niż jest to możliwe obecnie, gdy Szkocja stanowi część Wielkiej Brytanii. W Szkocji bowiem Partia Konserwatywna cieszy się znacznie mniejszą popularnością niż w Anglii. Znowu mamy więc uproszczenie: trudno zarzucać szkockim nacjonalistom brak solidarności, przeciwnie, uważają, że rząd powinien prowadzić bardziej aktywną politykę społeczną, a Szkocja powinna zostać w Unii Europejskiej.

Główny problem z książką Tamir to liczne i zbyt daleko posunięte uproszczenia. Miejscami, jak już wspominałem, język autorki nie przypomina analizy, lecz retorykę nacjonalistycznych partii, które przedstawiają się jako reprezentanci wykluczonych choć de facto przyciągają wyborów z różnych grup społecznych. Na przykład autorka pisze o tym, że imigranci w Europie Zachodniej się nie integrują, choć badania pokazują tendencję do kulturowej integracji. Krytykuje politykę otwartych granic, jednak żadne chyba państwo na świecie takiej polityki nie prowadzi. Przeciwnie, jeszcze nigdy na świecie nie zbudowano tylu murów granicznych. Zarówno zachodnie partie prawicowe, jak i mainstreamowa lewica prowadzą politykę sekurytyzacji i kryminalizacji migracji, która uderza głównie w migrantów z mniej uprzywilejowanych grup i krajów. Autorka pisze o uzasadnionych obawach przed imigrantami, ignorując przypadki anty-imigranckiej paniki takie jak na przykład w Polsce. W tym jednym z najbardziej homogenicznych krajów UE perspektywa przyjęcia kilku tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu wywołała zupełnie niewspółmierne reakcje: mainstreamowi politycy mówili o końcu europejskiej cywilizacji, muzułmańskiej inwazji i zagrożeniu istnienia narodu polskiego.

Nie jest jasne na czym miało by polegać przejęcie nacjonalizmu przez liberałów czy społecznych demokratów. Abstrahując już od tego, że lewica nigdy nie będzie w grze o naród tak autentyczna jak nacjonaliści, to apoteoza państwa narodowego w obliczu globalnych problemów nie wydaje się sensowna. Redystrybucja w skali państwa nie zlikwiduje ogromnych różnic między globalną Północą a Południem. Państwa narodowe nie rozwiążą w pojedynkę problemu globalnego ocieplenia i jego skutków, na przykład w postaci klimatycznych uchodźców. Prowadzona polityka ochrony narodowych granic w imię bezpieczeństwa narodowego wpycha migrantów w ręce przemytników i naraża na niebezpieczeństwo (w Morzu Śródziemnym ginie rocznie kilka tysięcy migrantów), prowadzi do powstania podklasy nieudokumentowanych pozbawionych praw pracowników. Na czym miałaby polegać liberalna odpowiedź? Jeszcze większej kontroli? Trzeba nie tyle powrotu do nacjonalizmu, jakiegoś złotego okresu państwa narodowego, ile wypracowania nowych transnarodowych i globalnych form solidarności, nie tyle zastępujących, ile istniejących obok narodowych.

Podsumowując, Tamir zupełnie mnie nie przekonała, zarówno jeżeli chodzi o diagnozę sytuacji, jak i proponowane rozwiązania. Co więcej, moim zdaniem książka zawiera tyle uproszczeń i jest tak słabo udokumentowana, że dziwię, że przeszła proces recenzyjny w renomowanym wydawnictwie. Lektura nieobowiązkowa

Średnio nowe spojrzenie na „odrodzenie” Polski

Jochen Böhler, Wojna domowa. Nowe spojrzenie na odrodzenie Polski, przekład Robert Sudół, Znak, Kraków 2018, ss. 397.

W swojej ostatniej książce niemiecki historyk postanowił się przyjrzeć jak powstawała II Rzeczpospolita. Chociaż na ten temat budowy powstały już setki prac, Böhler argumentuje, że dominuje w nich wyidealizowana opowieść o bohaterskich czynach zjednoczonego narodu polskiego. Znamy tę lukrowaną narrację więc nie ma sensu jej tutaj w całości powtarzać. Oczywiście wielu badaczy pisało już bardziej sceptycznie o wydarzeniach z lat 1918 – 1921, jednak – jak zauważa trafnie Böhler – ich studia są rozproszone i znane głównie specjalistom. Krytyczne prace ani nie zmieniły znacząco syntetycznego obrazu budowy II RP, ani nie miały większego wpływu na wyobraźnię społeczną. Częściowo wynika to z faktu, że nie dostarczały jakiejś alternatywnej całościowej narracji. Böhler obiecuje, że jego książka naprawi to niedopatrzenie

Niestety nie do końca ten zamiar mu się udał: „Wojna domowa” nie tyle oferuje nowatorskie spojrzenie, ile miesza świeże interpretacje z miejscami bezrefleksyjną i tradycyjną historiografią. Zacznijmy jednak od rzeczy stosunkowo interesujących, podważających wspomnianą wcześniej patriotyczną opowieść o heroizmie Polaków, którzy o niczym innym nie marzyli jak tylko o niepodległości. W tym kontekście trzeba podkreślić pięć kwestii.

Po pierwsze, Böhler nie zakłada, że tożsamość narodowa to rzecz naturalna i oczywista: że każdy ma jasno określoną przynależność narodową, a narody to realne grupy społeczne o wyraźnych granicach, łatwo odróżnialne i niejako z natury zdolne do zbiorowego działania. Poważnie podszedł do ustaleń współczesnej socjologii narodu, która uczy, że naród to dynamiczny proces społecznej konstrukcji, a nie statyczny demograficzny fakt. Dzięki tej teoretycznej świadomości unika snucia schematycznej opowiastki o starciach między narodami, lecz pokazuje, że konflikty toczyły się również o kryteria przynależności narodowej, które dalekie były od jednoznaczności. Po drugie, nie ma w książce bezrefleksyjnego założenia, że państwo narodowe to rzecz godna pochwały i z definicji lepsza (cokolwiek to znaczy) od poprzedzających je imperiów. Pozwala to autorowi dostrzec skalę przemocy towarzyszącej procesowi powstawania państwa polskiego, której nie usprawiedliwia i nie lekceważy jak wielu historyków ślepo wpatrzonych w rzekomo wyższe narodowe racje niepodległościowych działaczy. Po trzecie, Böhler bardzo krytycznie podchodzi do kwestii społecznego zasięgu polskiej tożsamości narodowej. Przypomina, że większość potencjalnych Polaków stanowili chłopi, którzy generalnie nie myśleli w kategoriach narodowych. W efekcie polskie władze miały problem z mobilizacją chłopskiej populacji do walki o granice. Nawet sytuacja zagrożenie istnienia państwa nie wywołała w chłopach patriotycznego entuzjazmu. Po czwarte, książka pokazuje, że wojny o granice nie przypominały konwencjonalnych starć regularnych armii. Narzuca się raczej skojarzenie z Hobbesowskim stanem natury, wojny wszystkich ze wszystkimi. Dużą rolą odgrywały oddziały paramilitarne, które wsławiły się rabunkami i mordami na cywilach (chociaż dzielnie dotrzymywało im kroku polskie wojsko, np. terroryzując Żydów). Po piąte, z książki wyłania się obraz braku jedności, sprzecznych celów i interesów różnych polskich ośrodków władzy i stronnictw, które niekiedy z większą energią zwalczały siebie nawzajem niż zaborców. Konflikty między stronnictwami przekładały się również na konflikty w tworzonym polskim wojsku. Sytuacja niejednokrotnie – jak przekonuje autor – groziła wybuchem wewnętrznych walk. Nawet w obliczu bolszewickiego zagrożenia Polacy nie potrafili ze sobą sprawnie współpracować.

Narrację spaja pojęcie środkoweuropejskiej wojny domowej – i tutaj zaczynają się moje wątpliwości. Powiedziałbym raczej, że opisywane konflikty miały różny charakter: jedne przypominały regularną wojnę, inne walki partyzanckie, powstanie czy wojnę domową. Nie widzę sensu szukania jakiejś jednej etykiety zacierającej różnice między konfliktami, w dodatku odwołując się do słabo uzasadnionej w tym kontekście kategorii „środkowoeuropejskiej” (pod tym względem w książce panuje chaos: raz mowa o Europie Środkowo-Wschodniej, czasem o Europie Środkowej, a w indeksie pojawia się jeszcze Europa Centralna – jak są jednak definiowane, tego nie wiemy). A charakterystyczny dla opisywanych konfliktów udział organizacji paramilitarnych to zjawisko znacznie szersze, nie ograniczone do Europy Środkowej.

Co ważniejsze, autor dość tradycyjnie podchodzi do historii Polski podkreślając przede wszystkim jej ciągłość. Pisze rutynowo o utracie przez Polskę niepodległości w konsekwencji zaborów czy o ponad stuletniej nieobecności na mapie Europy. Nie zastania się nad kwestią kontynuacji w kontekście różnic między rzeczpospolitą szlachecką a polskim państwem narodowym czy nad historycznym sensem pojęcia niepodległość. W dodatku autor posługuje się niekiedy nieco archaicznym. Na przykład w książce napotykamy biologiczne metafory, określenia sugerujące niezmienność czy podkreślające polski punkt widzenia: narodzenie się świadomości narodowej, odtworzenie narodu, Kresy Wschodnie czy tytułowe odrodzenie Polski (choć to ostatnie określenie to zasługa tłumacza, który tak przełożył słowo „reconstruction”). Dziwi również dlaczego Böhler, który przecież z taką energią argumentuje, że wojny o granice to w istocie wojna domowa, uparcie nazywa konflikty na Górnym Śląsku „powstaniami” (nawet niektórzy polscy historycy używają tutaj określenia wojna domowa). Trzeba również skorygować pomyłkę: autorem klasycznego już w polskiej socjologii narodu rozróżnienia ojczyzna prywatna/ojczyzna ideologiczna nie jest Jan Molenda, lecz Stanisław Ossowski, a samo rozróżnienie to raczej typologia, a nie schemat rozwojowy.

Podsumowując, spodziewałem się większego krytycyzmu. Niemniej książka zdecydowanie warta przeczytania. Zawodowi historycy pewnie będą kręcić nosem: nie znajdą w pracy raczej nowych faktów, Böhler rzadko bowiem sięga do niezbadanych wcześniej źródeł, co nie znaczy, że nie mogą odnieść z pracy pożytku. Nowe (choćby i połowicznie) interpretacje mówią często więcej o rzeczywistości (i wymagają większej wiedzy, pomysłowości i zdolności analitycznych) niż płynące z głównym nurtem kolejne analizy kolejnych źródeł przynoszące kolejne szczegółowe uzupełnienia znanego wszystkim obrazu, który jedynie odzwierciedla potoczne i zdroworozsądkowe przekonania.

Pogrom kielecki, czyli nędza (prawicowej) historiografii

Chociaż powstało już wiele prac – zarówno naukowych, jak i publicystycznych – na temat pogromu, prowadzone było również śledztwo IPN, to książka Joanny Tokarskiej-Bakir wyróżnia się pod wieloma względami. Przede wszystkim autorka przeanalizowała nowe, nieznane lub niewykorzystane dotąd źródła. Zdumiewa, że historycy i prokuratorzy w tak niewielkim stopniu interesowali się ustnymi relacjami ocalałymi z pogromu Żydów. Przeoczenie wynika zapewne z tradycyjnego i bezrefleksyjnie przyjmowanego założenia, że materia pracy historyka to wytworzone przez instytucje dokumenty, rzekomo bardziej obiektywne niż ustne przekazy. Nie powstała praca na temat pogromu, która miałaby szerszą podstawę źródłową. Wydaje się mało prawdopodobne, aby odkryto jakieś nowe materiały, które zmieniłyby obraz tego, co wydarzyło się w 1946 roku w Kielcach. Aczkolwiek, jak zauważa autorka, nadal niedostępne pozostają archiwa kościelne, co nie dziwi biorąc pod uwagę stosunek Kościoła do Żydów.

pod klatwa z

Tokarska-Bakir odrzuca tradycyjną „wydarzeniówkę” koncentrującą się na szczegółowych, genetycznych wyjaśnieniach przyczyn pogromu, odtwarzających chronologicznie przebieg wydarzeń. Po części rezygnację z takiego podejścia wymusza sam materiał badawczy. Z analizowanych źródeł nie wyłania się bowiem żaden spójny obraz, pełno tu luk i niejasności (np. zagadka rzekomego polskiego żołnierza zabitego w czasie pogromu). Zamiast uporządkowanej linearnej opowieści pisanej z punktu widzenia wszechwiedzącego narratora otrzymujemy polifoniczną panoramę zajść. Autorka ukazuje mordowanie Żydów z perspektywy różnych aktorów: ofiar, sprawców, świadków, instytucji takich jak Kościół, wojsko, Urząd Bezpieczeństwa, Milicja Obywatelska czy władze wojewódzkie. Na pierwszy plan wysuwa się jednak przejmujący głos ocalałych z pogromu, który dotychczas ginął w obiektywizującym i dystansującym języku prac historycznych lub w ogóle nie był brany pod uwagę.

Chociaż nie można odtworzyć dokładnie przebiegu pogromu, to autorka argumentuje, że da się wykluczyć niektóre scenariusze. Przede wszystkim analiza źródeł pozwala- na odrzucenie interpretacji spiskowej, w myśl której pogrom to prowokacja komunistycznych służb bezpieczeństwa. Ależ to oczywiste – chciałoby się powiedzieć. Przecież do podobnych wniosków doprowadziło już śledztwo Instytut Pamięci Narodowej. Jednak prawicowi historycy nie przyjęli tych ustaleń do wiadomości, forsując uporczywie tezę o spisku. Taką sugestię można znaleźć chociażby w drugim tomie pracy pt. „Wokół pogromu kieleckiego” (2008) wydanej przez ten sam IPN, który prowadził śledztwo. Natomiast stronie księgarni IPN przy opisie innej książki „Reflections on the Kielce pogrom”(2006) czytamy, że „zajścia antyżydowskie w Kielcach (1946) były prowokacją sowiecką, zorganizowaną dla odwrócenia uwagi Zachodu od sfałszowanego referendum w Polsce i od niewygodnej dla Rosji debaty nad Katyniem w czasie Procesu Norymberskiego” (swoją drogą akurat w tej książce takich sugestii nie ma). Niedawno o komunistycznej prowokacji mówił również premier Mateusz Morawiecki, podważając ustalenia oficjalnego państwowego urzędu. Premier, jako że studiował historię na Uniwersytecie Wrocławskim, powinien znać pierwszą monografię pogromu wydaną w 1998 roku przez wrocławską historyczkę Bożenę Szaynok, która również nie znalazła dowodów na ubecką prowokację wydarzeń kieleckich.

Tokarska-Bakir definitywnie odrzuca spiskowe pseudo-wyjaśnienia, przekonująco dowodzi że w źródłach nie ma żadnego śladu rzekomego planu bezpieki. Antropolożka, zainspirowana analizami Diany Vaughan, która badała katastrofę promu kosmicznego Challenger, argumentuje, że pogrom to efekt splotu bardzo różnych czynników: niekompetencji władz, niechęci do interwencji ze strony Kościoła i Urzędu Bezpieczeństwa, tradycyjnego ludowego antysemityzmu (znajdującego wyraz w fantazjach o Żydach porywających chrześcijańskie dzieci na macę), łatwego do mobilizacji zasobu doświadczenia, jakim było wojenne mordowanie Żydów, strachu przed powrotem właścicieli przejętych „pożydowskich” kamienic, a także obawy przed „panoszeniem się Żydów”. Autorka szczegółowo omawia  w jakim stopniu poszczególni aktorzy podzielali te doświadczenia, przekonania i emocje. Jeżeli szukać formuły wyjaśniającej okoliczności przyczyny pogromu, to nie byłaby to teoria spiskowa, lecz raczej – jak argumentuje autorka – „teoria chaosu”, która zakładałaby, że nieprzewidziany i niekontrolowany ciągu zdarzeń może prowadzić do nieoczekiwanych konsekwencji.

Autorka kreśli znacznie bardziej złożony obraz niż prosta dychotomia, którą często można spotkać w pracach prawicowych historyków i wydawnictwach IPN: „dobre” niepodległościowe podziemie popierane przez polskie społeczeństwo versus „zły” i obcy komunistyczny aparat władzy. Uwypukla znaczenie sieci znajomości, pokrewieństwa, wzajemności, które często przecinały  się z politycznymi sympatiami, a nawet łączyły ludzi z przeciwnych obozów politycznych. Społeczność Kielc przypominała społeczeństwo sycylijskie rządzone przez mafię: relacje oparte na bezpośrednich więzach, sieciach klientystycznych koncentrowały się wokół ludzi, którzy mieli dostęp do różnych zasobów, zwłaszcza mienia pożydowskiego („sukcesorskiego”). Szczególnie interesujące jest opisanie sposobu funkcjonowania aparatu przymusu, zwłaszcza trudniącej się szabrem Milicji Obywatelskiej, która odegrała kluczową rolę w zainicjowaniu pogromu, uwiarygodniając plotkę o porwaniu.

Milicjanci, jak również żołnierze WP, brali czynny udział w pogromie, natomiast ubecy i  Rosjanie początkowo nie próbowali przeciwdziałać mordom. Ten fakt w połączeniu z poleganiem na wygodnym schemacie, wystarczył prawicowym historykom i publicystom do uznania, że w grę musi wchodzić celowe i zaplanowane działanie „czerwonych” władz. Nie przyszło im  do głowy że władza centralna w niewielkim stopniu kontrolowała prowincję, zwłaszcza lokalną milicję. Nikt również nie sprawdził dokładnie, kim byli pracownicy kieleckiego aparatu przymusu. Badania Tokarskiej-Bakir uwidoczniły natomiast, że w milicji pracowało wielu ludzi związanych z przedwojennymi organizacjami nacjonalistycznymi, np. Obóz Narodowo Radykalny, a także partyzantów z Narodowych Sił Zbrojnych  (ale również  Batalionów Chłopskich, Armii Krajowej i Armii Ludowej), którzy mieli już na sumieniu zabijanie Żydów. Nic dziwnego, że milicjanci nie tylko nie próbowali zapobiec pogromowi, lecz sami przyczynili się do jego wybuchu, wręcz palili się do bicia i rabowania Żydów. Ale dlaczego nie reagowali ubecy i Rosjanie? Ubeków było niewielu, a Rosjanie nie udzieli im wsparcia, ponieważ bali się tłumu i nie chcieli się mieszać w polskie sprawy.

Książka pokazuje, wbrew patriotycznym czytankom, że za pogromem nie stała wszechmoc komunistycznego aparatu przymusu. Przeciwnie: w chwili kryzysu ten aparat okazał się wyjątkowo słaby, a decydująca okazała się spontaniczna reakcja tłumu na, jakbyśmy dziś powiedzieli, fake news, który trafił na podatny antysemicki grunt. Zdumiewa jak wielu ludzi, z różnych warstw społecznych, uwierzyło w absurdalną opowieść o „bejlisach”, jak niekiedy nazywano Żydów, (np. Z. Broński „Uskok”, Pamiętniki, IPN, Warszawa 2004, s.225). Do dziś zresztą w bajki o Żydach-krwiopijcach wierzy ponad 20% Polaków

Stefan Bandera: życie i mit

Ukazał się właśnie przekład książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe pt. „Stepan Bandera. The Life and Afterlife of a Ukrainian Nationalist. Fascism, Genocide, Cult.” (Stuttgart, 2014). Podtytuł wprowadza od razu w główną tezę pracy. Autor argumentuje bowiem, że Stefan Bandera odegrał kluczową rolę w radykalizacji i faszyzacji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). W latach 30. XX wieku OUN zaczął podkreślać swoje pobratymstwo z faszystowskimi Włochami i nazistowskimi Niemcami. Po części mogło to wynikać z instrumentalnych względów: przywódcy OUN mieli nadzieję, że polityka Mussoliniego, a zwłaszcza Hiltera podważająca porządek wersalski stwarza szansę na budowę ukraińskiego państwa. Jednak Rossoliński-Liebe przekonująco pokazuje, że przywódcy OUN (zarowno OUN-M, jak i OUN-B), w tym również Bandera, podzielali wiele idei charakterystycznych dla faszyzmu (również w jego nazistowskiej wersji): biologiczny rasizm, zasadę wodzostwa, kult przemocy i masowy terror.

Bandera.okladka

Naziści zawiedli oczekiwania ukraińskich nacjonalistów odnośnie utworzenia państwa ukraińskiego na wzór Pierwszej Republiki Słowackiej czy Niepodległego Państwa Chorwackiego. Ukraińscy nacjonaliści z zadowoleniem przyjęli natomiast nazistowską politykę eksterminacji Żydów. Nacjonaliści ukraińscy, widząc okazję do „pozbycia” się „rasowo” obcej ludności, wzięli czynny udział w każdym etapie Zagłady. Organizowali lub uczestniczyli w pogromach Żydów zachęcając do tego również lokalną ludność, asystowali Eisentsgruppen przy masowych rozstrzeliwaniach, pomagali likwidować getta i wyłapywali Żydów ukrywających się w lasach (paradoksalnie zdarzało się, że Żydzi szukali schronienia w nazistowskich obozach pracy, a nawet dawali łapówki, aby się do nich dostać). Doświadczenia nabyte w mordowaniu Żydów ukraińscy nacjonaliści wykorzystali przy „czyszczeniu” Wołynia i Galicji Wschodniej z Polaków (a także Żydów, Czechów i tych Ukraińców, których uważali za zdrajców). Rossoliński-Liebe argumentuje, że rzezi wołyńskiej nie można interpretować w kategoriach wojny polsko-ukraińskiej, wojny chłopskiej czy spontanicznego odwetu ukraińskich chłopów: była to zaplanowana akcja mająca swoje źródło w ludobójczej ideologii OUN, która kształtowała się pod dużym wpływem Bandery. Sam Bandera zosatal aresztowany przez Niemców na początku wojny z ZSRR i nie mógł osobiście kierować masakrami, ale – argumentuje autor – nie tylko wiedział o nich i je akceptował, lecz popierał jako zgodne z jego koncepcją „Ukraińskiej Narodowej Rewolucji”.

Autor traktuje Bandere nie tylko jako postać z krwi i kości, lecz również jako symbol, który obrósł bardzo różnymi znaczeniami. I tak na przykład analizuje radziecką propagandę, ktora nie bacząc na różnice między odmiennymi nurtami, wszystkich zwolenników suwerennego państwa ukrainskiego określała mianem demonizowanych banderowcow, czyli faszystów i imperialistów na usługach III Rzeszy. Najwięcej miejsca poświęca jednak ukraińskim nacjonalistom, którzy jeszcze za jego życia zrobili z Bandery mityczną postać będącą przedmiotem kultu, symbol oporu wobec ZSRR i niepodleglej Ukrainy. Niektórzy nacjonalistyczni apologeci wprost twierdzili, że o Banderze można pisać jedynie w konwencji w hagiografii. Nawet sam Rossoliński-Liebe, mimo całego swojego krytycyzmu, chyba uległ tej manierze, przytaczając opowieści jak młody Bandera sam się karał i ćwiczył odporność na ból na okoliczność ewentualnych tortur w czasie przesłuchania (na przykład wkładał place między drzwi krzycząc do siebie: przyznaj się i zaraz odpowiadał sam sobie: nie przyznam się!), co przywodzi na myśl opis umartwień znanych z żywotów świętych. Równocześnie ukraińscy nacjonaliści zaprzeczali (i nadal zaprzeczają) jakimkolwiek związkom Bandery i OUN z faszyzmem, ludobójstwem, antysemityzmem, odwołując sie do schematów, które brzmią jak wyjęte z ust polskich nacjonalistów: ukraińscy nacjonaliści nie mogli być faszystami, bo faszyzm pochodził z Włoch, a nacjonaliści rozwijali rodzime tradycje, nacjonaliści nie mordowali Żydów, tylko ich ratowali, w rzeczywistości sami Żydzi wydawali swoich rodaków Niemcom, a w ogóle Żydzi byli komunistami i prześladowali naród ukraiński, który przecież ucierpiał jak żaden inny w trakcie II wojny światowej.

Niestety część poświęcona symbolice Bandery to najsłabsza część książki. Chociaż we wstępie autor odwołuje sie do Geertza i gęstego opisu, to nie widać, aby robił z tej koncepcji jakikolwiek użytek. W zasadzie opis i wymienianie kolejnych przykładów zastępuje tutaj analizę. W pewnym stopniu nadmierna opisowość to wada całej książki, w której pełno mało istotnych szczegółów, a także powtórzeń (książka liczy ponad 900 stron!). Praca nie straciłaby na wartości, gdyby cechowała się dużo większą zwięzłością. Autorowi brakuje wyraźnie antropologicznych, a także socjologicznych narzędzi: na przykład niewiele dowiadujemy się na temat społecznego zasięgu kultu Bandery, nie licząc omówienia różnic między znaczeniem jakie Banderze przypisuje się w zachodniej i wschodniej Ukrainie (gdzie wciąż stawia się pomniki Stalinowi). Na marginesie również dodajmy, że trudno się zgodzić z sugestią, że pojęcie integralny nacjonalizm to zimnowojenna kategoria ukuta w instrumentalnych celach, aby „zatrzeć” faszystowskich charakter różnych anty-komunistycznych ruchów. Autor zdaje się również nie wiedzieć, że pojęcie integralnego nacjonalizmu wprowadził do nauki nie John Armstrong w latach 50. XX w, lecz jeszcze w latach 30. XX w Carlton .J.H. Hayes. W dodatku Hayes wiązał integralny nacjonalizm z faszyzmem.

Na koniec zauważmy, że brak głębszych analiz społecznej recepcji i oporu wobec symboliki Bandery nie przeszkadza jednak autorowi w sugerowaniu szerokiego rozpowszechnia kultu Bandery. Rossoliński-Liebe zdaje się zakładać, że to tylko jedna strona głębszej niebezpiecznej tendencji: zdominowana ukraińskiej sfery publicznej przez dwa przeciwstawne ekstremizmy: z jednej strony nacjonalistyczny, z drugiej post-sowiecki, co pozostawiania nie tylko niewiele miejsca na język demokracji i społeczeństwa obywatelskiego, ale i pokojową koegzystencję dwóch różnych wspólnot pamięci. Jednak jak pokazuje sam autor, słychać również glosy wyłamujące się z tej binarnej logiki, by wspomnieć odpowiedź rady miejskiej Użhorodu na sugestię postawienia pomnika przywódcy OUN-B: „nie podzielamy fascynacji osobą i próby idealizowania obywatela Cesarstwa Austro-Wegierskiego Stefana Bandery. Jesteśmy obwodem wielonarodowym i uważamy agitowanie za jakimkolwiek działaniami radykalnymi za oburzające” (s.493, za wersja angielską). Siła tych głosów pozostaje jednak jeszcze do zbadania.

Jak nie pisać o narodzie

Będzie krótko, bo książce moim zdaniem nie warto poświęcać większej uwagi. Marek Migalski w pracy Naród urojony, Wydawnictwo Liberte, Łódź 2017, ss.185 postanowił odpowiedzieć na pytanie czym jest naród i dlaczego uwiódł wyobraźnię milionów ludzi. Ex polityk, blisko swego czasu związany z Prawem i Sprawiedliwością, nagle odkrył socjologię narodu i nacjonalizmu, ale najwyraźniej zabrakło mu czasu, żeby ją zrozumieć i przemyśleć. Intelektualne niedostatki nadrabia natomiast neoficką gorliwością: tak jak wcześniej ochoczo służył nacjonalistycznej ideologii, tak teraz bezrefleksyjnie, ale za to z zapałem krytykuje pojęcie narodu.

Migalski_okladka_sklep1
Książkę kupiłem z nadzieją, że nie tyle wniesie coś nowego do prowadzonej od dziesięcioleci dyskusji na temat narodów i nacjonalizmów, ile przynajmniej będzie solidnym popularnonaukowym opracowaniem, które można na przykład zadać studentom. Niestety książka nie ma ani naukowego (choć próbuje robić takie wrażenie: przypisy, bibliografia, dwie recenzje samodzielnych pracowników naukowych), ani popularnonaukowego charakteru. Nie widzę w niej żadnych oryginalnych pomysłów, żadnej nowej systematyzacji czy problematyzacji, a tylko dość nieudolne i miejscami opaczne streszczenie stanu wiedzy sprzed kilkunastu, jeżeli nie kilkudziesięciu lat, odwołujące się do kilku klasycznych prac (zwłaszcza Benedicta Andersona, Michaela Billiga, Ernesta Gellnera, A. D. Smitha).

Kilka uwag, aby nie być gołosłownym: ujmowanie narodu jako czegoś urojonego bardzo niewiele mówi. Z socjologicznego punktu widzenia rzeczywiste w swoich konsekwencjach, jest to co ludzie uważają za rzeczywiste, a przedmiotem analiz są społeczne procesy reifikacji rzeczywistości. W książce takich analiz nie znajdziemy. Migalski za uporczywe powtarza, że naród to rzeczywistość urojona w przeciwieństwie na przykład do etni (grup etnicznych), plemion czy ludów, które określa nie wiadomo dlaczego mianem realnych, a nawet naturalnych. W dodatku definicja narodu niczego nie wyjaśnia, ponieważ na tautologiczny charakter. Jeżeli naród to grupa ludzi, która uważa się za naród, to należałoby wyjaśnić: za co się w takim razie uważa? Co różni świadomość (tożsamość) narodową od innych typów świadomości społecznej, stanowiąc o jej specyfice? Zresztą o badaniach na temat tożsamości społecznej w książce nie ma prawie nic, a w kontekście przynależność do grup mowa o instynkcie „grupolubności”.

Książka zawiera też sporo sprzeczności: raz narody ujmowane są jako nowoczesne, sztuczne i fałszywe (cokolwiek to znaczy), z drugiej strony czytamy, że początki większości narodów europejskich giną jeszcze w prehistorycznych czasach. Migalski deklaruje przywiązanie do modernizmu, co prawda umiarkowanego, ale jednak, a równocześnie w pracy pobrzmiewa ewolucjonistyczne przekonanie o ciągłości (od hordy, plemiona, ludy do narodów – autor powołuje się nawet na Lewisa Morgana). Czytamy, że pojawienie się myślenia w kategoriach narodowych to wynik sekularyzacji, innym razem, że myślenie narodowe i religijne współistniały.

W pracy są również błędy i nieścisłości, np. czytamy, że do XIX wieku królowie Anglii zmuszani byli do corocznego leczenia swoich poddanych przez nakładanie rąk – ten opis bardziej pasuje do królów Francji (w Anglii tego typu praktyki ustały w dobie Cromwella, choć kontynuowali je na wygnaniu Stuartowie, o czym pisze Marc Bloch w książce „Królowie cudotwórcy”), eksperyment Milgrama, inaczej niż sugeruje przypis, nie dotyczył wpływu grupy, lecz autorytetu itd.

Listę wad można by ciągnąć i szczegółowo omawiać, ale nie widzę sensu. Szkoda czasu, zwłaszcza, że dostępne są inne popularne, nieporównywalnie lepiej osadzone we współczesnej nauce niż książka Migalskiego, opracowania na temat narodu i nacjonalizmu: A. D. Smith, „Nacjonalizm. Teoria, historia, ideologia”, Craig Calhoun, „Nacjonalizm”.

Spór o Grossa

Nie ma chyba naukowca w Polsce, który wywoływałby większe emocje i długotrwałe dyskusje niż Jan Tomasz Gross. Paweł Dobrosielski w książce pt „Spory o Grossa. Polskie problemy z pamięcią o Żydach” (Instytut Badań Literackich, Warszawa 2017) postanowił przyjrzeć się recepcji pism autora Sąsiadów. Przedmiotem jego analizy są wypowiedzi elit symbolicznych (dziennikarzy, naukowców, polityków, duchownych itd.): teksty naukowe i publicystyczne, zapisy spotkań otwartych, wywiady radiowe i telewizyjne, listy otwarte – funkcjonujące w ogólnopolskim obiegu komunikacyjnym. W duchu Michela Foucaulta bada swoistą logikę wytwarzania sensownych tekstów na temat Grossa.

dobros

Dobrosielskiego zatem interesuje nie tyle dokładna rekonstrukcja tego, co powiedziano  Grossie, ile krytyczne studium warunków możliwości mówienia i reguł wytwarzania dyskursu holokaustowego w Polsce. Na podstawie analizy tego co mówiono o autorze Strachu, stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i po co to powiedziano, dlaczego sformułowano to w ten a nie inny sposób, jakie jawne bądź ukryte motywy kryją się za wyborem takiej, a nie innej figury retorycznej. Książka nie traktuje zatem o Grossie, ani tym bardziej o przeszłości, sprawcach i ofiarach Zagłady: nie dowiemy się z niej jak to naprawdę było z „Polakami” i „Żydami” w czasie II wojny światowej. Daje natomiast wgląd w użycia i nadużycia współczesnego dyskursu dotyczącego obrzeży Zagłady. Trzeba od razu dodać, że to wgląd bardzo przekonujący. Dobrosielski pisze bardzo klarownie, wnikliwie i logicznie.

Dyskusję na temat książek Grossa autor problematyzuje wyróżniając cztery spory dotyczące odpowiednio: liczb, kategorii, metod i postaw. I tak, zgodnie z przyjętą metodologią, Dobrosielski nie próbuje ustalić kto ma rację, zrekonstruować faktyczną liczbę sprawców i ofiar, lecz docieka jakie funkcje pełnią różne retoryczne strategie powoływania się na statystykę. Na przykład: za nawoływaniem do „aptekarskiego” precyzyjnego liczenia ofiar, któremu paradoksalnie niekiedy towarzyszy przekonanie, że nigdy nie poznamy dokładnej liczby, kryje się dążenie do dezawuacji Grossa i pomniejszenia znaczenia polskich zbrodni na Żydach. Z kolei często przywoływana kategoria „niektórzy” powoduje rozmycie tematu oferując pozorne rozumienie, pozwala uciec od trudnych pytań: raz bywa tak, raz inaczej, w każdym społeczeństwie niektórzy są „źli”, inni „dobrzy”, więc w sumie nie ma o czym rozmawiać.

Podobnie autor postępuje z trzema pozostałymi tematami (kategoriami, metodami, postawami). Nie będę jednak streszczał książki: nie wiem zresztą czy potrafiłbym tak przejrzyście przedstawić jej problematykę jak sam autor. Chciałem jedynie zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, uderza brak refleksyjności w debacie wokół Grosa jeżeli chodzi o stosowanie społecznych kategorii, zwłaszcza etnicznych i narodowych. Jak przekonująco dowodzi Dobrosielski niemal wszyscy komentatorzy, a także sam Gross posługują się kategoriami w sposób bardzo dowolny i mało spójny, w dodatku naiwnie zakładając, że kryją się za nimi łatwe do odróżnienia, posiadające wyraźne granice grupy społeczne. W debacie zupełnie zignorowano dorobek współczesnych studiów nad nacjonalizmem, które wiele zrobiły, aby podważyć potoczne przekonania co do oczywistości narodowych i etnicznych identyfikacji. Po drugie, chociaż historycy komentujący Grossa podzieli się na jego zwolenników i przeciwników, to wszystkich łączy brak zrozumienia metodologicznych założeń pisarstwa Grossa. Dobrosielski zdaje się potwierdzać to o czym sam pisałem śledząc reakcje historyków na Strach, aczkolwiek jego analizy są bardziej dociekliwe i systematyczne: dominuje tutaj myślenie o historiografii przez pryzmat jeszcze dziewiętnastowiecznego modelu erudycyjno-genetycznego (czy pozytywistycznego jak chce Dobrosielski). Choć omawiając spory metodologiczne mam wrażenie, że autor dość łagodnie obszedł się z Grossem, którego prace pod względem metodologicznym nie są zbyt wyrafinowane, by wspomnieć raczej bezkrytyczne odwoływanie się do koncepcji gęstego opisu.

Jedna z głównych konkluzji książki to pokazani tendencji do polaryzacji debaty: albo jesteś, za Grossem, albo przeciwko. Równocześnie wśród dyskutantów dominuje przekonanie o ograniczonej pojemności pamięci zbiorowej: w tym samym czasie może pomieścić tylko jedną interpretację przeszłości. Autor proponuje wyjście z tego wygodnego dla obu stron klinczu  wychodząc poza dotychczasowe ramy dyskusji, na przykład stawiając nowe pytania np. dotyczące tego jak kategoryzujemy kategorie narodowe i etniczne. Przede wszystkim odwołując się do koncepcji pamięci wielokierunkowej proponuje, aby myśleć o pamięci jako inkluzyjnej, otwartej, dopuszczającej współistnienie różnych interpretacji przeszłości.

Jak trafnie zauważa Dobrosielski spór o Grossa, to właściwe spór o status Polski jako wyobrażonej wspólnoty narodowej. W książce zabrakło mi pogłębienia tego wątku, powiązania sporów o Grossa z polskimi ideologiami tożsamości narodowej, które tym sporom nadają w dużej mierze sens. Trudno na przykład zrozumieć oporu wobec tez Grossa bez odniesienia do martyrologicznej wizji polskości wzmocnionej propagandą historyczną PRL, która koncentrowała się niemal wyłącznie na cierpieniu Polaków (co doskonale pokazują np. książki Marcina Zaremba, „Komunizm, legytimizacja, nacjonalizm” czy Genevieve Zubrzycki, „Krzyże w Auschwitz”). Mówiąc o Grossie, komentujący mówili o narodzie polskim poruszając się w ramach wyznaczonych również przez współczesne polskie nacjonalistyczne dyskursy (przydatna mogłaby tu być kategoria uwikłanej pamięci, „entangled memory„), którym myślę można by poświęci więcej uwagi (autor wspomina jedynie o dominacji etnicznej koncepcji narodu w debacie).

Nie do końca również przekonuje mnie zarysowana implicite w książce koncepcja pamięci zbiorowej (choć być może wynika to z tego, że w kilku miejscach nie potrafiłem odróżnić zdania autora od referowanego stanowiska) jako nazbyt statyczna i hierarchiczna. Autorowi zdarza się reifikowanie pamięci: książka nie analizuje pracy pamięci, a raczej praktyki pamięci wybranych aktorów społecznych. Trudno też zgodzić się, że media ogólnopolskie to pas transmisyjny do mas, takie sformułowanie sugeruje odwołanie do teorii kultury i komunikacji masowej z jej wizją homogenicznego i pasywnego zbioru odbiorców. A określenie wernakularnego obiegu komunikacyjnego jako źródła myślenia magicznego i stereotypów stoi w sprzeczności z analizami samego autora, które przecież pokazują, że wypowiedzi niektórych przedstawicieli elit niekiedy różnią się od komentarzy przysłowiowych internetowych trolli tylko tym, że są pozbawione wulgaryzmów.

Niebezpieczne bezpieczeństwo

Od kilkunastu lat w krajach Unii Europejskiej obserwujemy wzmożoną skłonność do traktowania imigracji, zwłaszcza z państw trzecich w kategoriach bezpieczeństwa narodowego. Imigranci postrzegani są jako zagrożenie dla państwa i narodu: rzekomo zabierają pracę tubylcom lub wyłudzają zasiłki obciążając nadmiernie system pomocy socjalnej, nie chcą się integrować i popełniają przestępstwa. Zamachy terrorystyczne przeprowadzane przez islamskich fundamentalistów wzmocniły tę tendencję i doprowadziły do powstania całej sieci instytucji i praktyk kontroli. Państwa starają się w rozmaity sposób ograniczać napływ „niepożądanych” imigrantów, równocześnie poddając nadzorowi osiadłe już mniejszości imigranckie, zwłaszcza muzułmańskie. Fakt, że terroryści na ogół urodzili się i wychowali w Europie wzbudził obawy, co do stopnia integracji muzułmańskich mniejszości i ich podatności na radykalizację.

O ile istnieje spora literatura na temat polityki sekurytyzacji imigracji (a więc traktowania jej jako kwestii bezpieczeństwa, co przejawia się np. militaryzacji granic zewnętrznych UE, podpisywaniu umów z państwami trzecimi o deportacji, zwiększonej liczbie deportacji i detencji itd.), o tyle mniej wiadomo na temat jej konsekwencji z punktu widzenia członków mniejszości imigranckich, zwłaszcza kobiet. Dobrze więc, że Tania Saeed w książce Islamophobia and Securitization: Religion, Ethnicity and the Female Voice, Palgrave, London 2016, pp.235, postanowiła przyjrzeć się temu, jak wygląda codzienne życie kobiet nieustannie podejrzewanych o skłonności do radykalizmu i poddanych różnym formom intensywnej kontroli zarówno formalnej, jak i nieformalnej. Książka powstała na podstawie pogłębionych wywiadów z 40 z kobietami, należącymi do mniejszości pakistańskiej w Zjednoczonym Królestwie. Wywiady odbyły się między 2010 a 2012 rokiem. Kobiety miały od 19 do 28 lat, studiowały lub ukończyły angielski uniwersytet i pracowały zawodowo w Wielkiej Brytanii. Wszystkie były muzułmankami, aczkolwiek różniły się stopniem religijności i zakresem przestrzegania tradycyjnych nakazów, zwłaszcza jeżeli chodzi o normy dotyczące ubioru. Książka prezentuje zatem wyniki badań jakościowych, których ze względu na niereprezentatywną próbę nie można generalizować na całą muzułmańską populację. Nie o to zresztą w takich badaniach chodzi: nie mają na celu pomiaru wpływu jednego czynnika na drugi czy rozkładu postaw w społeczeństwie, lecz rekonstrukcję intersubiektywnego świata badanych, znaczenia jakie sami przypisują otaczającej ich rzeczywistości.

Punkt wyjścia Saeed to analiza obrazu muzułmanina w dyskursie publicznym w Zjednoczonym Królestwie. Odwołując się do Edwarda Saida autorka argumentuje, że ten obraz trzeba widzieć w szerszym historycznym kontekście jako kontynuację orientalistycznego dyskursu, który przeciwstawiał racjonalny i cywilizowany Zachód emocjonalnemu i dzikiemu Bliskiemu Wschodowi. Zgodnie z tą logiką mężczyzna muzułmanin najczęściej bywa przedstawiany jako skłonny do przemocy irracjonalny radykał. Obraz kobiety muzułmanki oscyluje natomiast między dwoma biegunami: bezwolną, pasywną ofiarą męskiej dominacji, która potrzebuje pomocy i niebezpieczna religijna fanatyczka gotowa zabijać w imię islamu. Ten ostatni stereotyp upodabniający obraz muzułmanki do muzułmanina umocnił się w reakcji na proces Saminy Malik w 2007 roku – pierwszej osoby skazanej na podstawie ustawy o terroryzmie. Chociaż liczba muzułmanek zaangażowanych w działalność terrorystyczną jest bardzo niewielka, kilkadziesiąt w skali całej Europy, to w cieniu podejrzeń znalazły się wszystkie muzułmańskie kobiety w Wielkiej Brytanii.

Jednak sekurytyzacja to nie tylko dyskurs podejrzeń i zagrożeń, lecz również, jak słusznie argumentuje autorka, system kontroli i nadzoru na przykład na uniwersytetach, które zobligowane są do raportowanie odpowiednim służbom wszelkich podejrzanych zachowań wśród studentów. W obliczu dominującego dyskursu i systemu nadzoru w codzienne życie muzułmanek naznaczone jest stygmatyzacją – dziwi, że autorka nie odwołuje się tutaj do koncepcji piętna Ervinga Goffmana, co pozwoliłoby jej na bardziej wnikliwą analizę sposobów zarządzania piętnem. Analizując doświadczenia swoich rozmówczyń Saeed argumentuje, że są one szczególnie podatne na stygmatyzację: są piętnowane podwójnie nie tylko z powodu swojej religii ale również etniczności, jako muzułmanki i jako osoby pochodzące Pakistanu stereotypowo przedstawianego jako niebezpieczny i zacofany kraj (w przeciwieństwie na przykład do Arabii Saudyjskiej). Rozmówczynie Saeed mówią o stałej presji społecznej, konieczności udowadniana na każdym kroku swojego umiarkowania religijnego, ciągłym monitorowaniu swojego zachowania czy aby wypowiedziane słowa czy zachowania nie są zbyt radykalne. Wskazują na powracające obawy przed fałszywymi oskarżeniami, które powodują. że czują się niepewnie i nie mają poczucia bezpieczeństwa, powoduje, że niekiedy ograniczają swoją aktywność na różnych polach, np. niechętnie angażują się w kampanie społeczne na rzecz Pakistanu. Autorka nie tylko opisuje różne formy presji, lecz także pokazuje w jakich sposób kobiety próbują się jej przeciwstawiać, wychodząc poza stereotyp biernej muzułmanki.

Podsumowując, książka w sposób przejrzysty analizuje politykę sekurytyzacji, pokazując jej koszty psychologiczne dla członków mniejszości. Warto książkę przeczytać: odwraca o 180 stopni potoczne przekonanie, demonstrując w jakim stopniu państwo przyjmujące stanowi zagrożenie dla imigrantów (a nie vice versa). Książka sugeruje również, że polityka sekurytyzacji jest przeciwskuteczna: zamiast przeciwdziałać radykalizacji, może tworzyć podatny grunt pod nią. Traktując mniejszościowe grupy jako z gruntu podejrzane i wymagające nadzoru utrudnia mniejszościom integrację i identyfikację ze społeczeństwem przyjmującym. Polityka kontroli i nadzoru wywołuje poczucie izolacji i alienacji, co może czynić członków mniejszości bardziej podatnymi na skrajną retorykę. Co więcej, rząd brytyjski usprawiedliwiając nadzwyczajne środki chętnie odwołuje się do hasła obrony brytyjskiego sposobu życia, brytyjskich wartości i instytucji, równocześnie jednak sam ten sposób życia podważa. Rozbudowa systemu kontroli i nadzoru podkopuje bowiem brytyjski liberalny system polityczny, ograniczając zwłaszcza wolność słowa i równość obywateli wobec prawa. Niestety książka nie daje żadnych wskazówek jak pogodzić integracje mniejszości ze skutecznym przeciwdziałaniem terroryzmowi.

Wojna w Syrii

Skończyłem czytać świetną książkę Christophera Phillipsa, The Battle for Syria. International Rivalry in the New Middle East, Yale University Press, New Haven and London 2016, ss. 303, która przekonująco wyjaśnia genezę tego konfliktu. We wstępie Phillips zauważa, że „wojna domowa w Syrii to największa humanitarna katastrofa w XXI wieku (s.1). Trudno się z nim nie czytając o spustoszeniach, jakie przyniósł syryjski konflikt. Szacunki mówią o 470 tysiąc zabitych i prawie 2 milionach rannych. Niemal 5 milionów Syryjczyków uciekło z kraju, a 6,6 miliona zostało zmuszonych do wewnętrznej migracji. W sumie ponad połowa przedwojennej populacji liczącej 21 milionów opuściła swoje domy. Wskaźnik rozwoju społecznego dla Syrii obniżył się do poziomu sprzed 40. lat. W kraju nie funkcjonuje połowa szpitali, niemal połowa dzieci nie chodzi do szkół, 80% Syryjczyków żyje w ubóstwie, z czego prawie połowa w skrajnym. Jak doszło do tej katastrofy? Odwołując się do bogatej literatury, drukowanych źródeł, a także wywiadów z kluczowymi decydentami brytyjski politolog i dziennikarz próbuje odpowiedzieć na to pytanie. Trzeba od razu zauważyć, że robi to w sposób kompetentny i przekonujący. Książka dostarcza przejrzystego opisu jak doszło do wybuchu i eskalacji konfliktu w Syrii.
syria
 
Inaczej niż większości analiz, które koncentrują się na wewnętrznej sytuacji w Syrii, Phillips interesuje się głównie polityką wielkich mocarstw i państw Bliskiego Wschodu. Główna teza książki brzmi, że przyczyn wybuchu konfliktu, a przede wszystkim jego eskalacji i przewlekłego charakteru trzeba szukać w czynnikach zewnętrznych. To w dużej mierze działania (lub brak działania) sześciu państw: Stanów Zjednoczonych, Rosji, Arabii Saudyjskiej, Turcji, Kataru i Iranu – argumentuje Philips – doprowadziły do tego, że protesty przeciwko Asadowi przekształciły się w długotrwałą wojnę domową bez perspektyw na szybkie zakończenie. Autor bardzo szczegółowo, krok po kroku, jasno i wyraźnie opisuje jak rozwijał się konflikt, co nie jest łatwe biorąc pod uwagę liczbę aktorów zaangażowanych w wojnę w Syrii. Warto bowiem pamiętać, że oprócz sześciu wspomnianych państw, aktywną politykę w Syrii próbowały prowadzić: Wielka Brytania, Francja, Chiny, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Liban, Jordan, Irak, Egipt, a także różne zagraniczne niepaństwowe podmioty, zwłaszcza Partia Pracujących Kurdystanu, Hezbollah oraz ISIS.
 
Zdaniem autora sytuację międzynarodową na Bliskim Wschodzie definiowały przede wszystkim dwa wydarzenia: wojna w Iraku w 2003 roku oraz objęcie prezydentury przez Baracka Obamę w 2009 roku. Wojna w Iraku, a także jej następstwa (objęcie władzy przez szyitów w Iraku) spowodowały zachwianie równowagi w regionie na korzyść Iranu, który dostrzegł szansę na stanie się nowym lokalnym hegemonem, co z kolei wywoła kontrakcję innych państw, zwłaszcza Arabii Saudyjskiej. Natomiast prezydentura Obamy, który szedł do wyborów z obietnicą wycofania wojsk z Iraku oznaczała spadek zaangażowania Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza militarnego na Bliskim Wschodzie. W efekcie tych dwóch wydarzeń na Bliskim Wschodzi ukształtował się nowy multipolarny porządek bez wyraźnego centrum, a raczej z kilkoma rywalizującymi ze sobą centrami, z których jednak żadne nie było na tyle silne, aby zdominować pozostałe. Z chwilą wybuchu protestów 2011 Syria stała się polem rywalizacji lokalnych państw: Iran poparł Asada, natomiast Arabia Saudyjska, Turcja i Katar poparły przeciwników dyktatora. Żadne z państw nie miało wystarczających środków, aby rozstrzygnąć konflikt, jednak zaangażowane siły były wystarczające, aby przekształcić protesty w wojnę domową, a następnie aby podtrzymywać jej trwanie. W dodatku państwa dążące do obalenia Asada miały odmienne interesy i wspomagały różne, często skonfliktowane ze sobą, nurty opozycji, równocześnie wzmacniając, jak i osłabiając anty-asadowskie siły.
 
Mimo ograniczenia militarnej obecności Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, politycy stojący na czele państw wspierających syryjskich anty-rządowych powstańców mieli wygórowane oczekiwania co do Obamy. Gdyby nie tragiczne konsekwencje można by przedstawić konflikt w Syrii jako komedię pomyłek. Arabia Saudyjska, Turcja i Katar, sugerując się przykładem Libii, były przekonanie, że rychło nastąpi interwencja Stanów Zjednoczonym: tym bardziej więc angażowały się w konflikt wierząc w jego szybkie zakończenie. Podobne oczekiwania co do USA mieli umiarkowani powstańcy, których w tym przeświadczeniu utrzymywali ich lokalni sojusznicy powtarzając, że amerykańska interwencja militarna nastąpi lada chwila. W dodatku niektóre wypowiedzi amerykańskich polityków mogły stwarzać wrażenie, że USA szykują interwencję.
 
Książka pokazuje, że Stany Zjednoczone nie potrafiły jasno komunikować swojego stanowiska i przyczyniły się do rozbudzenia oczekiwań zarówno swoich sojuszników w regionie (Arabii Saudyjskiej, Turcji, Kataru), jak i rebeliantów. Ponadto, zarówno politycy Turcji, Kataru, Arabii Saudyjskiej, jak i Stanów Zjednoczonych niedoceniali poparcia dla Asada w społeczeństwie syryjskim i stabilności jego systemu. W obawie przed amerykańską interwencją do konfliktu włączyła się również Rosja, która poparła Asada, jednak nie na tyle, aby zapewnić mu zwycięstwo. W dodatku długotrwała destabilizacja Syrii stworzyła podatny grunt dla rozwoju tzw. Państwa Islamskiego, któremu udało się przejąć na pewien czas kontrolę nad polami naftowymi w północno-wschodnim Iraku, co ostatecznie skłoniło USA do militarnej interwencji. Amerykańskie ataki miały na celu nie tyle wsparcie opozycji, ile osłabienie dżihadystów. Nie zakończyły więc impasu.
 
W przeciwieństwie do różnych publicystycznych i obiegowych narracji, które szukają jednego „winnego” odpowiedzialnego za wojnę lub próbują się doszukiwać jakiegoś ukrytego planu, analiza Phillipsa pokazuje ogromną złożoność sytuacji w Syrii, nad którą nikt nie miał kontroli i której nikt nie planował. Książka wykazuje również dużą rolę zwyczajnej ignorancji: główni przywódcy nieraz podejmowali decyzje kierując się swoimi wyobrażeniami, a nie wiedzą. Często zresztą nie dysponowali odpowiednim instytucjonalnym zapleczem, by wspomnieć, że w 2009 roku w amerykańskim departamencie tylko 1 pracownik zajmował się Syrią, a na 135 tureckich dyplomatów w krajach arabskich, jedynie sześciu znało język arabski. A nawet jeżeli dysponowali fachowymi raportami, to polityce je po prostu ignorowali. Nic dziwnego, że ich decyzje często przynosiły nieprzewidziane i niechciane konsekwencje, takie jak na ekspansja tzw. Państwa Islamskiego. Na przykład, mimo ostrzeżeń irackich polityków, że armia iracka nie jest jeszcze w pełni gotowa funkcjonować samodzielnie, USA wycofała swojej siły wojskowe z Iraku w 2011 roku. USA miły wspierać Irak sprzętem, ale nie swoimi żołnierzami. Gdy w 2015 roku bojownicy tzw. Państwa Islamskiego zdobyli Mosul pokonując niedoświadczone irackie oddziały w ich ręce wpadło ponad 2000 amerykańskich wielozadaniowych wozów terenowych (HMMWV), co dało im przewagę na innymi opozycyjnymi grupami. Podobnych przykładów nieprzewidzianych i niepożądanych konsekwencji różnych polityk znajdziemy w książce znacznie więcej.
 
Podsumowując, Phillipsowi udało się w bardzo przejrzysty sposób odpowiedzieć na pytanie jak doszło do wybuchu i eskalacji konfliktu w Syrii. Posługuje się przy tym klarownym językiem, wolnym od niepotrzebnego żargonu. Każdy kto chce zrozumieć konflikt w Syrii powinien książkę przeczytać. Słabsza strona studium to brak refleksji na temat możliwości rozwiązania syryjskiego kryzysu, a także jej raczej opisowy charakter. Autor również stosunkowo niewiele uwagi poświęca wewnętrznej opozycji (jej celom, ideologii, strategii, podziałom, głównym przywódcom), co powoduje, że niekiedy „ginie” jej sprawczość, a los Syrii rysuje się jako wypadkowa różnych zewnętrznych sił. Można bronić autora, że jego celem nie było napisanie historii wojny domowej w Syrii, lecz właśnie analiza stosunku różnych państw do Syrii. Ale mimo wszystko, proporcje można by lepiej wyważyć. Tak czy owak, książka warta przeczytania.