Pogrom kielecki, czyli nędza (prawicowej) historiografii

Chociaż powstało już wiele prac – zarówno naukowych, jak i publicystycznych – na temat pogromu, prowadzone było również śledztwo IPN, to książka Joanny Tokarskiej-Bakir wyróżnia się pod wieloma względami. Przede wszystkim autorka przeanalizowała nowe, nieznane lub niewykorzystane dotąd źródła. Zdumiewa, że historycy i prokuratorzy w tak niewielkim stopniu interesowali się ustnymi relacjami ocalałymi z pogromu Żydów. Przeoczenie wynika zapewne z tradycyjnego i bezrefleksyjnie przyjmowanego założenia, że materia pracy historyka to wytworzone przez instytucje dokumenty, rzekomo bardziej obiektywne niż ustne przekazy. Nie powstała praca na temat pogromu, która miałaby szerszą podstawę źródłową. Wydaje się mało prawdopodobne, aby odkryto jakieś nowe materiały, które zmieniłyby obraz tego, co wydarzyło się w 1946 roku w Kielcach. Aczkolwiek, jak zauważa autorka, nadal niedostępne pozostają archiwa kościelne, co nie dziwi biorąc pod uwagę stosunek Kościoła do Żydów.

pod klatwa z

Tokarska-Bakir odrzuca tradycyjną „wydarzeniówkę” koncentrującą się na szczegółowych, genetycznych wyjaśnieniach przyczyn pogromu, odtwarzających chronologicznie przebieg wydarzeń. Po części rezygnację z takiego podejścia wymusza sam materiał badawczy. Z analizowanych źródeł nie wyłania się bowiem żaden spójny obraz, pełno tu luk i niejasności (np. zagadka rzekomego polskiego żołnierza zabitego w czasie pogromu). Zamiast uporządkowanej linearnej opowieści pisanej z punktu widzenia wszechwiedzącego narratora otrzymujemy polifoniczną panoramę zajść. Autorka ukazuje mordowanie Żydów z perspektywy różnych aktorów: ofiar, sprawców, świadków, instytucji takich jak Kościół, wojsko, Urząd Bezpieczeństwa, Milicja Obywatelska czy władze wojewódzkie. Na pierwszy plan wysuwa się jednak przejmujący głos ocalałych z pogromu, który dotychczas ginął w obiektywizującym i dystansującym języku prac historycznych lub w ogóle nie był brany pod uwagę.

Chociaż nie można odtworzyć dokładnie przebiegu pogromu, to autorka argumentuje, że da się wykluczyć niektóre scenariusze. Przede wszystkim analiza źródeł pozwala- na odrzucenie interpretacji spiskowej, w myśl której pogrom to prowokacja komunistycznych służb bezpieczeństwa. Ależ to oczywiste – chciałoby się powiedzieć. Przecież do podobnych wniosków doprowadziło już śledztwo Instytut Pamięci Narodowej. Jednak prawicowi historycy nie przyjęli tych ustaleń do wiadomości, forsując uporczywie tezę o spisku. Taką sugestię można znaleźć chociażby w drugim tomie pracy pt. „Wokół pogromu kieleckiego” (2008) wydanej przez ten sam IPN, który prowadził śledztwo. Natomiast stronie księgarni IPN przy opisie innej książki „Reflections on the Kielce pogrom”(2006) czytamy, że „zajścia antyżydowskie w Kielcach (1946) były prowokacją sowiecką, zorganizowaną dla odwrócenia uwagi Zachodu od sfałszowanego referendum w Polsce i od niewygodnej dla Rosji debaty nad Katyniem w czasie Procesu Norymberskiego” (swoją drogą akurat w tej książce takich sugestii nie ma). Niedawno o komunistycznej prowokacji mówił również premier Mateusz Morawiecki, podważając ustalenia oficjalnego państwowego urzędu. Premier, jako że studiował historię na Uniwersytecie Wrocławskim, powinien znać pierwszą monografię pogromu wydaną w 1998 roku przez wrocławską historyczkę Bożenę Szaynok, która również nie znalazła dowodów na ubecką prowokację wydarzeń kieleckich.

Tokarska-Bakir definitywnie odrzuca spiskowe pseudo-wyjaśnienia, przekonująco dowodzi że w źródłach nie ma żadnego śladu rzekomego planu bezpieki. Antropolożka, zainspirowana analizami Diany Vaughan, która badała katastrofę promu kosmicznego Challenger, argumentuje, że pogrom to efekt splotu bardzo różnych czynników: niekompetencji władz, niechęci do interwencji ze strony Kościoła i Urzędu Bezpieczeństwa, tradycyjnego ludowego antysemityzmu (znajdującego wyraz w fantazjach o Żydach porywających chrześcijańskie dzieci na macę), łatwego do mobilizacji zasobu doświadczenia, jakim było wojenne mordowanie Żydów, strachu przed powrotem właścicieli przejętych „pożydowskich” kamienic, a także obawy przed „panoszeniem się Żydów”. Autorka szczegółowo omawia  w jakim stopniu poszczególni aktorzy podzielali te doświadczenia, przekonania i emocje. Jeżeli szukać formuły wyjaśniającej okoliczności przyczyny pogromu, to nie byłaby to teoria spiskowa, lecz raczej – jak argumentuje autorka – „teoria chaosu”, która zakładałaby, że nieprzewidziany i niekontrolowany ciągu zdarzeń może prowadzić do nieoczekiwanych konsekwencji.

Autorka kreśli znacznie bardziej złożony obraz niż prosta dychotomia, którą często można spotkać w pracach prawicowych historyków i wydawnictwach IPN: „dobre” niepodległościowe podziemie popierane przez polskie społeczeństwo versus „zły” i obcy komunistyczny aparat władzy. Uwypukla znaczenie sieci znajomości, pokrewieństwa, wzajemności, które często przecinały  się z politycznymi sympatiami, a nawet łączyły ludzi z przeciwnych obozów politycznych. Społeczność Kielc przypominała społeczeństwo sycylijskie rządzone przez mafię: relacje oparte na bezpośrednich więzach, sieciach klientystycznych koncentrowały się wokół ludzi, którzy mieli dostęp do różnych zasobów, zwłaszcza mienia pożydowskiego („sukcesorskiego”). Szczególnie interesujące jest opisanie sposobu funkcjonowania aparatu przymusu, zwłaszcza trudniącej się szabrem Milicji Obywatelskiej, która odegrała kluczową rolę w zainicjowaniu pogromu, uwiarygodniając plotkę o porwaniu.

Milicjanci, jak również żołnierze WP, brali czynny udział w pogromie, natomiast ubecy i  Rosjanie początkowo nie próbowali przeciwdziałać mordom. Ten fakt w połączeniu z poleganiem na wygodnym schemacie, wystarczył prawicowym historykom i publicystom do uznania, że w grę musi wchodzić celowe i zaplanowane działanie „czerwonych” władz. Nie przyszło im  do głowy że władza centralna w niewielkim stopniu kontrolowała prowincję, zwłaszcza lokalną milicję. Nikt również nie sprawdził dokładnie, kim byli pracownicy kieleckiego aparatu przymusu. Badania Tokarskiej-Bakir uwidoczniły natomiast, że w milicji pracowało wielu ludzi związanych z przedwojennymi organizacjami nacjonalistycznymi, np. Obóz Narodowo Radykalny, a także partyzantów z Narodowych Sił Zbrojnych  (ale również  Batalionów Chłopskich, Armii Krajowej i Armii Ludowej), którzy mieli już na sumieniu zabijanie Żydów. Nic dziwnego, że milicjanci nie tylko nie próbowali zapobiec pogromowi, lecz sami przyczynili się do jego wybuchu, wręcz palili się do bicia i rabowania Żydów. Ale dlaczego nie reagowali ubecy i Rosjanie? Ubeków było niewielu, a Rosjanie nie udzieli im wsparcia, ponieważ bali się tłumu i nie chcieli się mieszać w polskie sprawy.

Książka pokazuje, wbrew patriotycznym czytankom, że za pogromem nie stała wszechmoc komunistycznego aparatu przymusu. Przeciwnie: w chwili kryzysu ten aparat okazał się wyjątkowo słaby, a decydująca okazała się spontaniczna reakcja tłumu na, jakbyśmy dziś powiedzieli, fake news, który trafił na podatny antysemicki grunt. Zdumiewa jak wielu ludzi, z różnych warstw społecznych, uwierzyło w absurdalną opowieść o „bejlisach”, jak niekiedy nazywano Żydów, (np. Z. Broński „Uskok”, Pamiętniki, IPN, Warszawa 2004, s.225). Do dziś zresztą w bajki o Żydach-krwiopijcach wierzy ponad 20% Polaków

Stefan Bandera: życie i mit

Ukazał się właśnie przekład książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe pt. „Stepan Bandera. The Life and Afterlife of a Ukrainian Nationalist. Fascism, Genocide, Cult.” (Stuttgart, 2014). Podtytuł wprowadza od razu w główną tezę pracy. Autor argumentuje bowiem, że Stefan Bandera odegrał kluczową rolę w radykalizacji i faszyzacji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). W latach 30. XX wieku OUN zaczął podkreślać swoje pobratymstwo z faszystowskimi Włochami i nazistowskimi Niemcami. Po części mogło to wynikać z instrumentalnych względów: przywódcy OUN mieli nadzieję, że polityka Mussoliniego, a zwłaszcza Hiltera podważająca porządek wersalski stwarza szansę na budowę ukraińskiego państwa. Jednak Rossoliński-Liebe przekonująco pokazuje, że przywódcy OUN (zarowno OUN-M, jak i OUN-B), w tym również Bandera, podzielali wiele idei charakterystycznych dla faszyzmu (również w jego nazistowskiej wersji): biologiczny rasizm, zasadę wodzostwa, kult przemocy i masowy terror.

Bandera.okladka

Naziści zawiedli oczekiwania ukraińskich nacjonalistów odnośnie utworzenia państwa ukraińskiego na wzór Pierwszej Republiki Słowackiej czy Niepodległego Państwa Chorwackiego. Ukraińscy nacjonaliści z zadowoleniem przyjęli natomiast nazistowską politykę eksterminacji Żydów. Nacjonaliści ukraińscy, widząc okazję do „pozbycia” się „rasowo” obcej ludności, wzięli czynny udział w każdym etapie Zagłady. Organizowali lub uczestniczyli w pogromach Żydów zachęcając do tego również lokalną ludność, asystowali Eisentsgruppen przy masowych rozstrzeliwaniach, pomagali likwidować getta i wyłapywali Żydów ukrywających się w lasach (paradoksalnie zdarzało się, że Żydzi szukali schronienia w nazistowskich obozach pracy, a nawet dawali łapówki, aby się do nich dostać). Doświadczenia nabyte w mordowaniu Żydów ukraińscy nacjonaliści wykorzystali przy „czyszczeniu” Wołynia i Galicji Wschodniej z Polaków (a także Żydów, Czechów i tych Ukraińców, których uważali za zdrajców). Rossoliński-Liebe argumentuje, że rzezi wołyńskiej nie można interpretować w kategoriach wojny polsko-ukraińskiej, wojny chłopskiej czy spontanicznego odwetu ukraińskich chłopów: była to zaplanowana akcja mająca swoje źródło w ludobójczej ideologii OUN, która kształtowała się pod dużym wpływem Bandery. Sam Bandera zosatal aresztowany przez Niemców na początku wojny z ZSRR i nie mógł osobiście kierować masakrami, ale – argumentuje autor – nie tylko wiedział o nich i je akceptował, lecz popierał jako zgodne z jego koncepcją „Ukraińskiej Narodowej Rewolucji”.

Autor traktuje Bandere nie tylko jako postać z krwi i kości, lecz również jako symbol, który obrósł bardzo różnymi znaczeniami. I tak na przykład analizuje radziecką propagandę, ktora nie bacząc na różnice między odmiennymi nurtami, wszystkich zwolenników suwerennego państwa ukrainskiego określała mianem demonizowanych banderowcow, czyli faszystów i imperialistów na usługach III Rzeszy. Najwięcej miejsca poświęca jednak ukraińskim nacjonalistom, którzy jeszcze za jego życia zrobili z Bandery mityczną postać będącą przedmiotem kultu, symbol oporu wobec ZSRR i niepodleglej Ukrainy. Niektórzy nacjonalistyczni apologeci wprost twierdzili, że o Banderze można pisać jedynie w konwencji w hagiografii. Nawet sam Rossoliński-Liebe, mimo całego swojego krytycyzmu, chyba uległ tej manierze, przytaczając opowieści jak młody Bandera sam się karał i ćwiczył odporność na ból na okoliczność ewentualnych tortur w czasie przesłuchania (na przykład wkładał place między drzwi krzycząc do siebie: przyznaj się i zaraz odpowiadał sam sobie: nie przyznam się!), co przywodzi na myśl opis umartwień znanych z żywotów świętych. Równocześnie ukraińscy nacjonaliści zaprzeczali (i nadal zaprzeczają) jakimkolwiek związkom Bandery i OUN z faszyzmem, ludobójstwem, antysemityzmem, odwołując sie do schematów, które brzmią jak wyjęte z ust polskich nacjonalistów: ukraińscy nacjonaliści nie mogli być faszystami, bo faszyzm pochodził z Włoch, a nacjonaliści rozwijali rodzime tradycje, nacjonaliści nie mordowali Żydów, tylko ich ratowali, w rzeczywistości sami Żydzi wydawali swoich rodaków Niemcom, a w ogóle Żydzi byli komunistami i prześladowali naród ukraiński, który przecież ucierpiał jak żaden inny w trakcie II wojny światowej.

Niestety część poświęcona symbolice Bandery to najsłabsza część książki. Chociaż we wstępie autor odwołuje sie do Geertza i gęstego opisu, to nie widać, aby robił z tej koncepcji jakikolwiek użytek. W zasadzie opis i wymienianie kolejnych przykładów zastępuje tutaj analizę. W pewnym stopniu nadmierna opisowość to wada całej książki, w której pełno mało istotnych szczegółów, a także powtórzeń (książka liczy ponad 900 stron!). Praca nie straciłaby na wartości, gdyby cechowała się dużo większą zwięzłością. Autorowi brakuje wyraźnie antropologicznych, a także socjologicznych narzędzi: na przykład niewiele dowiadujemy się na temat społecznego zasięgu kultu Bandery, nie licząc omówienia różnic między znaczeniem jakie Banderze przypisuje się w zachodniej i wschodniej Ukrainie (gdzie wciąż stawia się pomniki Stalinowi). Na marginesie również dodajmy, że trudno się zgodzić z sugestią, że pojęcie integralny nacjonalizm to zimnowojenna kategoria ukuta w instrumentalnych celach, aby „zatrzeć” faszystowskich charakter różnych anty-komunistycznych ruchów. Autor zdaje się również nie wiedzieć, że pojęcie integralnego nacjonalizmu wprowadził do nauki nie John Armstrong w latach 50. XX w, lecz jeszcze w latach 30. XX w Carlton .J.H. Hayes. W dodatku Hayes wiązał integralny nacjonalizm z faszyzmem.

Na koniec zauważmy, że brak głębszych analiz społecznej recepcji i oporu wobec symboliki Bandery nie przeszkadza jednak autorowi w sugerowaniu szerokiego rozpowszechnia kultu Bandery. Rossoliński-Liebe zdaje się zakładać, że to tylko jedna strona głębszej niebezpiecznej tendencji: zdominowana ukraińskiej sfery publicznej przez dwa przeciwstawne ekstremizmy: z jednej strony nacjonalistyczny, z drugiej post-sowiecki, co pozostawiania nie tylko niewiele miejsca na język demokracji i społeczeństwa obywatelskiego, ale i pokojową koegzystencję dwóch różnych wspólnot pamięci. Jednak jak pokazuje sam autor, słychać również glosy wyłamujące się z tej binarnej logiki, by wspomnieć odpowiedź rady miejskiej Użhorodu na sugestię postawienia pomnika przywódcy OUN-B: „nie podzielamy fascynacji osobą i próby idealizowania obywatela Cesarstwa Austro-Wegierskiego Stefana Bandery. Jesteśmy obwodem wielonarodowym i uważamy agitowanie za jakimkolwiek działaniami radykalnymi za oburzające” (s.493, za wersja angielską). Siła tych głosów pozostaje jednak jeszcze do zbadania.

Polish schools and nationalism

These are our comments on an article we find misleading. We submitted it to Nationalities Paper. Initially, they seemed to be interested. But ultimatetly they decided not to publish it, so we post it here. We think that every journal should have regular comment section. There is no science without debate and criticism.

Krzysztof Jaskułowski, Piotr Majewski, Comments on the article by Piotr Żuk (2018) Nation, National Remembrance, and Education – Polish Schools as Factories of Nationalism and Prejudice, Nationalities Papers DOI: 10.1080/00905992.2017.1381079

The author of the article “describes and attempts to explain to the conservative and nationalist character of Polish schools.” (Żuk 2018, 1) His aim is to show the mechanisms of “using the educational system to legitimize and political order” in Poland (Żuk 2018, 1). He focuses on governing the far-right Law and Justice Party and its educational policy, claiming that it revives 19th century nationalism. He also sees similarities between the inter-war Polish educational policy (1918-1939) and communist indoctrination (1944-1989) on the one hand, and the policy of Law and Justice on the other. According to him, both the inter-war Polish nation-state and the communist Polish People’s Republic drew on nationalist mythology to enhance their power. In his opinion, Law and Justice, by imposing a top-down reform, transforms Polish schools into “factories of nationalims and prejudice.” He argues that Polish schools “are steeped in the spirit of ethnocentrism and nationalism, and thus strengthen national myths.” (Żuk 2018, 1) He further claims that Polish schools produce “xenophobia and nationalism.” (Żuk 2018, 15) The author warns that “the combination of nationalism, conservatism, and religious fundamentalism that prevails in Polish schools can produce individuals who will be fearful of new ideas, reluctant to cultural differences and above all, which cope poorly with the challenges of modernity.” (Żuk 2018, 13).

We share the author’s fears and aversion to the policy of Law and Justice. The academic article, however, should be more than just an expression of opposition and contempt. In other words, outrage toward Law and Justice’s policy should not replace its analysis. Unfortunately, the article presents a very cursory and superficial analysis and does not say much about what is actually going on in Polish schools. On the one hand, the article exaggerates nationalism in Polish schools; on the other, it diminishes the issue because it does not show the context of Law and Justice policy. The weakness of the article is attributable to a lack of clear methodological and theoretical foundations.

First of all, the author provides no analysis of actual school practices. He says nothing about what is really happening in Polish classrooms. The author cites only anecdotal cases, such as press articles describing particular cases of racism and nationalism in schools. In one example of anecdotal evidence, the author writes that a large percentage of priests support pre-war-like Polish nationalism, without any empirical research to support this view. Instead, he quotes excerpts from an article authored by a nationalist priest, published in a niche regional Catholic magazine. Although the author makes a number of comments about schools, his article focuses mainly on the statements by some Law and Justice politicians. The reasoning behind his selection of the analyzed statements is unclear. For example, why does his analysis exclude statements by the Ministry of National Education? Why does the analysis reject new core curriculum for primary schools, the first version of which was published in December 2016? The author refers to public opinion surveys concerning the perceived role of schools, but again makes no mention of actual school practices. For example, the survey showed that 62% of respondents said that schools teach patriotism, but we cannot infer from this fact that the schools actually teach patriotism or, if they do, what kind of patriotism they teach.

In principle, the article focuses not on what is happening in Polish schools, but what Law and Justice politicians would like to have happen. However, there is a large divide between politicians’ declarations and school practice. It is difficult to discuss how school education looks in practice by drawing on politicians’ statements, since it would imply a very simplified model of school education. It would imply that school education is akin to a “conveyor belt” for directives from the top of the state, as if the ideas formulated by politicians are neatly translated into school practice. From a theoretical point of view, this perspective is naive since it overlooks the active role of teachers, who may interpret core curriculum in various ways. For example, teachers use state-commissioned textbooks to varying extents in the classroom and can also introduce extra curriculum material. The article also fails to take into account recent research into Polish education, which demonstrates that teachers are capable of modifying the curriculum or textbooks according to their own needs, identities, and interests. One cannot assume that they are passive textbook users, not to mention the passive executors of the politicians’ will (Jaskulowski and Surmiak 2017; Jaskulowski, Majewski, and Surmiak 2018). Sometimes, as in the case of some teachers in Upper Silesian schools, teachers deliberately undermine and reject the dominant polonocentric nationalist narratives – not to mention students’ reception of school teaching (Jaskulowski and Majewski 2017).

The author’s analysis lacks a nuanced context and is unsupported by literature researching nationalism in the Polish education system. The author does not present his own systematic empirical research on schools. He also does not draw on existing empirical studies dealing with textbooks, atlases, curricula, and teacher practices and attitudes in the context of nationalism (e. g. Ambrosiewicz-Jacobs and Szuchta 2014; Gross 2011; Kamusella 2010; Kania 2015; Kowalski 2008; Popow 2015). As mentioned previously the author does not analyze the new core curriculum and does not compare it with the old curricula that were in force before Law and Justice came to power.

The article seems to suggest that the Law and Justice policy is a revolution in educational policy. While the reconstruction of the school structure (restoration of the 8-year-old primary school) has actually met with teacher protests, the changes in the core curriculum (for example more focus on the Polish nation) have been welcomed by some teachers, as some previous studies suggest (e.g. Jaskulowski and Surmiak 2017; Jaskulowski, Majewski, and Surmiak 2018). Thus, the author overestimates the power of nationalism in Polish schools by ignoring the agency of teachers who do not always follow the instructions and ideological demands of politicians. While doing this, the author simultaneously underestimates the continuity in Polish educational policy between 1989 and 2015 (the year Law and Justice gained power). With regard to the Institute of National Remembrances, it mentions only the school chambers of national remembrance and some student competitions organized by this institution. But, the analysis is rather superficial. It mentions nothing about the number of schools participating in these programs, the attitudes of teachers, nor the reception among pupils. The article suggests that Law and Justice policy is a break of continuity. In other words, it suggests that the party is trying to force nationalism into schools as a new policy. Previous research, however, suggests that nationalism was constantly present in Polish schools after 1989, although it did not always have the form that Law and Justice prefers, i.e. ethnic and authoritarian (e.g. Popow 2015). In light of relevant literature, it would be more reasonable to claim that PiS policy is a radicalization of already-existing tendencies.

Additionally, although the author criticizes methodological nationalism – a term coined not by Ulrich Beck, but by Herminio Martins (1974; Smith 1983) – he himself is not free from looking at history through the nationalist lens. For example, he writes that Poland “regained independence” (Żuk 2018, 2) in 1918 and that Poland was “deprived of statehood for 123 years.” (Żuk 2018, 14). However, in this way he unreflectively reproduces the conventional and ideologically-driven narrative about continuity in Polish history (Kamusella 2012; 2017; Snyder 2003). This taken-for-granted narrative uncritically assumes a continuation between two very different political entities: early modern Polish-Lithuanian Commonwealth and the modern Polish nation-state, the Second Polish Republic (Snyder 2003). This approach ignores such forms of Polish statehood as the Duchy of Warsaw and the Kingdom of Poland in the first half of the 19th century. In other words, it was not Poland that lost independence, but the Polish-Lithuanian Commonwealth. We are not talking here about different names but, more importantly, about different realities that stand behinds these names, i.e. a pre-modern political entity and a modern one.

The pre-modern nobleman Commonwealth was something like a “federation of folwarks” (Zajączkowski 1993). It was ruled by multiethnic nobility who defined themselves in terms of social and legal status, not in terms of common ethnicity or cultural identity. The nobility thought that it had different ethnic origins from – as we would say today – “ethnically Polish” peasants. The nobility identified themselves as “Sarmatians” who invaded the ethnically-different local population and turned them into serfs (Kizwalter 1999). The peasants generally did not consider themselves to be Poles; instead, they defined themselves in terms of locality, religion, and occupation (i.e. as local Catholic peasants) (Łuczewski 2012). Even at the beginning of the 20th century, many peasants did not want independence because they were afraid that serfdom would return (Molenda 1999). The conventional narrative overlooks these differences and uncritically assumes continuity between the pre-modern, Polish-Lithuanian Commonwealth and the Second Polish Republic. At the same time, it fails to notice the significance of the Duchy of Warsaw and the first modern Polish state – the Kingdom of Poland (Mażewski 2011).

It is also difficult to agree with the claim that “Polish nationalism is not political.” (Żuk 2018, 13). Let us note that the author seems to identify Polish nationalism with Law and Justice’s nationalism. There are, however, many different versions of Polish nationalism, as Andrzej Walicki (1991) has researched and analyzed. More importantly, however, the author seems to confuse political and civic nationalism. Law and Justice’s nationalism is not civic, but it is political.

Some of the main elements of Law and Justice’s ideology are independence and sovereignty. In other words, Law and Justice’s ideology is about the nation being a sovereign political community. However, this community is not understood as a community of free and equal citizens who hold certain inalienable rights. Law and Justice locate the source of sovereignty in a reified nation united by common culture, ethnicity, and religion. This is an authoritarian ideology resting on the reified notion of community, which introduces inherent inequality between a few members of the nation who speak on the behalf on the nation (its tradition, will, or interest) and the rest who must obey or will be disciplined (Jaskulowski and Kilias 2016).

To sum up, contrary to its title and objectives, the article does not say much about Polish schools. The paper focuses mainly on the declarations of politicians. It says almost nothing about how these declarations are translated into school practice. Moreover, there is no systematic analysis of politicians’ statements, which appear to be randomly selected. There are only a few anecdotal examples of nationalism and racism in schools, supported by superficial analysis. The article makes no mention of previous research on Polish education. As a consequence, its analysis lacks context. It wrongly suggests that Law and Justice policy is revolutionary and ignores the problem of continuity with previous governments’ policies. The author seems to reduce nationalism mainly to Law and Justice politics, while this party presents only one of many types of Polish nationalism. The article lacks clear methodological and theoretical foundations. We mainly learn from the paper that the author is opposed to Law and Justice. So are we. This alone, however, is insufficient for an academic article.

References

Ambrosewicz-Jacobs, Jolanta, and Robert Szuchta. 2014. “The Intricacies of Education about the Holocaust in Poland. Ten Years after the Jedwabne Debate, What Can Polish School Students Learn about the Holocaust in History Classes?” Intercultural Education 25: 283–299.

Gross, Magdalena. 2011. “Rewriting the Nation: World War II Narratives in Polish History Textbooks.” International Perspectives on Education and Society 14: 213–245.

Jaskulowski, Krzysztof, and Jaroslaw Kilias. 2016. Polityka nacjonalistycznej rewolucji [The Politics of Nationalist Revolution]. Studio Opinii. Accessed 3 April 2018. http://studioopinii.pl/archiwa/164532.

Jaskulowski, Krzysztof, and Piotr Majewski.2017 “Politics of Memory in Upper Silesian Schools: Between Polish Homogenous Nationalism and Its Silesian Discontents.” Memory Studies. Advance online publication.doi: 10.1177/1750698017741933.

Jaskulowski, Krzysztof, and Adrianna Surmiak. 2017. “Teaching History, Teaching Nationalism: A Qualitative Study of History Teachers in a Polish Post-Industrial Town.” Critical Studies in Education 58 (1): 36–51.

Jaskulowski, Krzysztof, Piotr Majewski, and Adrianna Surmiak. 2018 “Teaching the Nation: History and Nationalism in Polish School History Education.” British Journal of Sociology of Education 39 (1): 77–91.

Kamusella, Tomasz. 2010. “School History Atlases as Instruments of Nation-state Making and Maintenance: A Remark on the Invisibility of Ideology in Popular Education.”.Journal of Educational Media, Memory, and Society 2: 113–138.

Kamusella, Tomasz. 2013. “Germanization, Polonization, and Rusification in the Partitioned Lands of Poland-Lithuania.” Nationalities Papers 41 (5): 815-838.

Kamusella, Tomasz. 2017. The Un-Polish Poland, 1989 and the Illusion of Regained Historical Continuity. London and New York: Palgrave.

Kania, Agnieszka. 2015. “Polak młody” na lekcjach języka polskiego. Edukacja polonistyczna a kształtowanie poczucia tożsamości narodowej [“Young Pole” and Polish Language Classes. Polish Language Education and Developing National Identity]. Cracow: Universitas.

Kizwalter, Tomasz. 1999. O nowoczesności narodu. Przypadek Polski [On the Modernity of the Nation. The Polish Case]. Warsaw: Semper

Kowalski, Ewa. 2008. “Representations of Linguistic and Ethnocultural Diversity in Poland’s Education Policy, National School Curricula and Textbooks.” Journal of Multilingual and Multicultural Development 29: 364–379.

Łuczewski, Michał. 2012. Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej [The Eternal Nation. The Pole and the Catholic in Żmiąca]. Toruń: Wydawnictwo UMK.

Martins, Herminio. 1974. “Time and Theory in Sociology.” In Approaches to Sociology, edited by John Rex, 246–294. London: Routledge & Kegan Paul.

Mażewski, Lech. 2011. Rzeczpospolita jeden i pół. O narodzinach i upadku państwa polskiego w latach 1806 – 1831 [First and Half Republic. On the Birth and Failure of Polish State, 1806 – 1831]. Warsaw: Rambler.

Molenda, Jan. 1999. Chłopi, naród, niepodległość [Peasants, Nation, Independence]. Warsaw: Neriton.

Popow, Monika. 2015. Kategoria narodu w dyskursie edukacyjnym. Analiza procesów konstruowania tożsamości w podręcznikach szkolnych [The Category of the Nation in the Educational Discourse. An analysis of the process of Identity Construction in the School Textbooks]. Poznań: Wydawnictwo UAM.

Smith, Anthony D. 1983. “Nationalism and Social Theory.” British Journal of Sociology 34: 19–38.

Snyder, Timothy. 2003. The Reconstruction of Nations: Poland, Ukraine, Lithuania, Belarus, 1569 – 1999. New Haven: Yale University Press.

Walicki, Andrzej. 1991. Trzy patriotyzmy [Three Patriotisms]. Warsaw: Res Publica.

Zajączkowski, Andrzej. 1993. Szlachta polska. Kultura i struktura [Polish Nobleman. Culture and Structure]. Warsaw: Semper.

 

Jak katolicy chcieli zniszczyć Stany Zjednoczone

W dniu 19 maja 1927 w Bath w stanie Michigan doszło do największej szkolnej masakry w historii Stanów Zjednoczonych. Farmer Andrew Kehoe wysadził w powietrze szkołę zabijając 44 osoby w tym 38 dzieci. Następnie popełnił samobójstwo.

Szybko znaleźli się ludzie doszukujący się głębszych przyczyn tego masowego morderstwa ukrywanych rzekomo przez mainstreamową prasę. Ich uwagę zwrócił fakt, że Kehoe był wychowany jako katolik, a jako dorosły przez pewien czas chodził do Kościoła. Chociaż Kehoe zerwał więzi z Kościołem katolickim, to mówiono i pisano nim jako „rzymskim katoliku” czy „katoliku Kehoe”. Wpisywało się to w rozpowszechniony w Stanach Zjednoczonych antykatolicyzm, który stanowił jeden z fundamentów amerykańskiej tożsamości narodowej. Jeszcze w okresie przedrewolucyjnym za miarę bycia dobrym angielskim purytaninem uważano negatywny stosunek do Kościoła katolickiego. Purytańscy koloniści pamiętali bowiem o prześladowaniach protestantów za panowania Bloody Mary, spisku prochowym czy powstaniu jakobitów.

katolicki spisek

W XIX wieku katolicyzm zaczęto utożsamiać z kolejnymi grupami imigrantów, najpierw Irlandczykami i Niemcami, następnie Włochami i Polakami. Imigranckie grupy były bardzo różnorodne i niejednokrotnie skonfliktowane. Jednak spora część Amerykanów widziała w nich monolit: obcy etniczne i religijnie katolicy zagrażający podstawowym amerykańskim wartościom. Argumentowano bowiem, że katolicy, nawet jeżeli deklarowali się jako Amerykanie, to tak naprawdę nie chcieli się na asymilować. Katolicy wyznawali wartości całkowicie odmienne od amerykańskich: mieli dziwaczne pełne przesądów wierzenia i rytuały, które nie znajdowały potwierdzenia w Biblii, struktury Kościoła katolickiego były nieprzejrzyste i niedemokratyczne. Nie szanowali kobiet, czego symbol stanowiły okutane od stóp do głów zakonnice. Co więcej, katolicy próbowali nachalnie nawracać innych na swoją wiarę, w dodatku byli lojalni wobec zewnętrznej władzy papiestwa.

Specjalną niechęć budziły zakony. Zamknięte i izolowane od otoczenia instytucje rozbudzały wyobraźnię amerykańskich protestantów. Znaczną popularnością cieszyły się opowieści o młodych kobietach, które rzekomo porywano do klasztorów, gdzie były wykorzystywane seksualnie przez lubieżnych księży. Na kanwie takich opowieści Maria Monk w 1836 roku napisała utrzymaną w konwencji wspomnień książkę pt. Awful Disclosures of Maria Monk, or, The Hidden Secrets of a Nun’s Life in a Convent Exposed, która stała się jednym z największych bestsellerów wydanych w Stanach w XIX wieku.

Pod koniec XIX wieku antykatolicyzm uzyskał podstawy naukowe w postaci teorii rasowych głoszących wyższość prawdziwych Amerykanów, tj. White Anglo-Saxon Protestants, których przeciwstawiono zdegenerowanym imigrantom z Europy Południowej i Wschodniej. Do zagrożenia kulturowego, doszło zagrożenie biologiczne. W konsekwencji w 1924 roku przyjęto ustawy ograniczające imigrację z tych części Europy. Chciano zapobiec mieszaniu się ras, co doprowadziłoby do degeneracji amerykańskiego narodu, a być może także do przejęcia władzy przez katolików w Stanach Zjednoczonych.

Antykatolicyzm od początku bowiem widział w katolikach również zagrożenie polityczne. Katolików oskarżano o realizowanie jakiegoś ukrytego i niebezpiecznego planu ukutego w Watykanie. Obawiano się na przykład, że katolicy są bardziej płodni niż protestanci: że w przyszłości zdominują liczebnie protestantów. Gdy uzyskają przewagę liczebną wybiorą katolickiego prezydenta, który wprowadzi katolicką teokrację i podporządkuje Stany Zjednoczone papieżowi. Zanim to jednak nastąpi katolicy będą powoli niszczyć Amerykanów, wysadzając na przykład szkoły i mordując dzieci, czego przykładem był watykański agent Andrew Kehoe.

Więcej:

Paul Blanshard, American Freedom and Catholic Power (1950).

Peter Knight (ed.), Conspiracy Theories in American History: An Encyclopedia (2003)

 

Jak nie pisać o narodzie

Będzie krótko, bo książce moim zdaniem nie warto poświęcać większej uwagi. Marek Migalski w pracy Naród urojony, Wydawnictwo Liberte, Łódź 2017, ss.185 postanowił odpowiedzieć na pytanie czym jest naród i dlaczego uwiódł wyobraźnię milionów ludzi. Ex polityk, blisko swego czasu związany z Prawem i Sprawiedliwością, nagle odkrył socjologię narodu i nacjonalizmu, ale najwyraźniej zabrakło mu czasu, żeby ją zrozumieć i przemyśleć. Intelektualne niedostatki nadrabia natomiast neoficką gorliwością: tak jak wcześniej ochoczo służył nacjonalistycznej ideologii, tak teraz bezrefleksyjnie, ale za to z zapałem krytykuje pojęcie narodu.

Migalski_okladka_sklep1
Książkę kupiłem z nadzieją, że nie tyle wniesie coś nowego do prowadzonej od dziesięcioleci dyskusji na temat narodów i nacjonalizmów, ile przynajmniej będzie solidnym popularnonaukowym opracowaniem, które można na przykład zadać studentom. Niestety książka nie ma ani naukowego (choć próbuje robić takie wrażenie: przypisy, bibliografia, dwie recenzje samodzielnych pracowników naukowych), ani popularnonaukowego charakteru. Nie widzę w niej żadnych oryginalnych pomysłów, żadnej nowej systematyzacji czy problematyzacji, a tylko dość nieudolne i miejscami opaczne streszczenie stanu wiedzy sprzed kilkunastu, jeżeli nie kilkudziesięciu lat, odwołujące się do kilku klasycznych prac (zwłaszcza Benedicta Andersona, Michaela Billiga, Ernesta Gellnera, A. D. Smitha).

Kilka uwag, aby nie być gołosłownym: ujmowanie narodu jako czegoś urojonego bardzo niewiele mówi. Z socjologicznego punktu widzenia rzeczywiste w swoich konsekwencjach, jest to co ludzie uważają za rzeczywiste, a przedmiotem analiz są społeczne procesy reifikacji rzeczywistości. W książce takich analiz nie znajdziemy. Migalski za uporczywe powtarza, że naród to rzeczywistość urojona w przeciwieństwie na przykład do etni (grup etnicznych), plemion czy ludów, które określa nie wiadomo dlaczego mianem realnych, a nawet naturalnych. W dodatku definicja narodu niczego nie wyjaśnia, ponieważ na tautologiczny charakter. Jeżeli naród to grupa ludzi, która uważa się za naród, to należałoby wyjaśnić: za co się w takim razie uważa? Co różni świadomość (tożsamość) narodową od innych typów świadomości społecznej, stanowiąc o jej specyfice? Zresztą o badaniach na temat tożsamości społecznej w książce nie ma prawie nic, a w kontekście przynależność do grup mowa o instynkcie „grupolubności”.

Książka zawiera też sporo sprzeczności: raz narody ujmowane są jako nowoczesne, sztuczne i fałszywe (cokolwiek to znaczy), z drugiej strony czytamy, że początki większości narodów europejskich giną jeszcze w prehistorycznych czasach. Migalski deklaruje przywiązanie do modernizmu, co prawda umiarkowanego, ale jednak, a równocześnie w pracy pobrzmiewa ewolucjonistyczne przekonanie o ciągłości (od hordy, plemiona, ludy do narodów – autor powołuje się nawet na Lewisa Morgana). Czytamy, że pojawienie się myślenia w kategoriach narodowych to wynik sekularyzacji, innym razem, że myślenie narodowe i religijne współistniały.

W pracy są również błędy i nieścisłości, np. czytamy, że do XIX wieku królowie Anglii zmuszani byli do corocznego leczenia swoich poddanych przez nakładanie rąk – ten opis bardziej pasuje do królów Francji (w Anglii tego typu praktyki ustały w dobie Cromwella, choć kontynuowali je na wygnaniu Stuartowie, o czym pisze Marc Bloch w książce „Królowie cudotwórcy”), eksperyment Milgrama, inaczej niż sugeruje przypis, nie dotyczył wpływu grupy, lecz autorytetu itd.

Listę wad można by ciągnąć i szczegółowo omawiać, ale nie widzę sensu. Szkoda czasu, zwłaszcza, że dostępne są inne popularne, nieporównywalnie lepiej osadzone we współczesnej nauce niż książka Migalskiego, opracowania na temat narodu i nacjonalizmu: A. D. Smith, „Nacjonalizm. Teoria, historia, ideologia”, Craig Calhoun, „Nacjonalizm”.

Spór o Grossa

Nie ma chyba naukowca w Polsce, który wywoływałby większe emocje i długotrwałe dyskusje niż Jan Tomasz Gross. Paweł Dobrosielski w książce pt „Spory o Grossa. Polskie problemy z pamięcią o Żydach” (Instytut Badań Literackich, Warszawa 2017) postanowił przyjrzeć się recepcji pism autora Sąsiadów. Przedmiotem jego analizy są wypowiedzi elit symbolicznych (dziennikarzy, naukowców, polityków, duchownych itd.): teksty naukowe i publicystyczne, zapisy spotkań otwartych, wywiady radiowe i telewizyjne, listy otwarte – funkcjonujące w ogólnopolskim obiegu komunikacyjnym. W duchu Michela Foucaulta bada swoistą logikę wytwarzania sensownych tekstów na temat Grossa.

dobros

Dobrosielskiego zatem interesuje nie tyle dokładna rekonstrukcja tego, co powiedziano  Grossie, ile krytyczne studium warunków możliwości mówienia i reguł wytwarzania dyskursu holokaustowego w Polsce. Na podstawie analizy tego co mówiono o autorze Strachu, stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i po co to powiedziano, dlaczego sformułowano to w ten a nie inny sposób, jakie jawne bądź ukryte motywy kryją się za wyborem takiej, a nie innej figury retorycznej. Książka nie traktuje zatem o Grossie, ani tym bardziej o przeszłości, sprawcach i ofiarach Zagłady: nie dowiemy się z niej jak to naprawdę było z „Polakami” i „Żydami” w czasie II wojny światowej. Daje natomiast wgląd w użycia i nadużycia współczesnego dyskursu dotyczącego obrzeży Zagłady. Trzeba od razu dodać, że to wgląd bardzo przekonujący. Dobrosielski pisze bardzo klarownie, wnikliwie i logicznie.

Dyskusję na temat książek Grossa autor problematyzuje wyróżniając cztery spory dotyczące odpowiednio: liczb, kategorii, metod i postaw. I tak, zgodnie z przyjętą metodologią, Dobrosielski nie próbuje ustalić kto ma rację, zrekonstruować faktyczną liczbę sprawców i ofiar, lecz docieka jakie funkcje pełnią różne retoryczne strategie powoływania się na statystykę. Na przykład: za nawoływaniem do „aptekarskiego” precyzyjnego liczenia ofiar, któremu paradoksalnie niekiedy towarzyszy przekonanie, że nigdy nie poznamy dokładnej liczby, kryje się dążenie do dezawuacji Grossa i pomniejszenia znaczenia polskich zbrodni na Żydach. Z kolei często przywoływana kategoria „niektórzy” powoduje rozmycie tematu oferując pozorne rozumienie, pozwala uciec od trudnych pytań: raz bywa tak, raz inaczej, w każdym społeczeństwie niektórzy są „źli”, inni „dobrzy”, więc w sumie nie ma o czym rozmawiać.

Podobnie autor postępuje z trzema pozostałymi tematami (kategoriami, metodami, postawami). Nie będę jednak streszczał książki: nie wiem zresztą czy potrafiłbym tak przejrzyście przedstawić jej problematykę jak sam autor. Chciałem jedynie zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, uderza brak refleksyjności w debacie wokół Grosa jeżeli chodzi o stosowanie społecznych kategorii, zwłaszcza etnicznych i narodowych. Jak przekonująco dowodzi Dobrosielski niemal wszyscy komentatorzy, a także sam Gross posługują się kategoriami w sposób bardzo dowolny i mało spójny, w dodatku naiwnie zakładając, że kryją się za nimi łatwe do odróżnienia, posiadające wyraźne granice grupy społeczne. W debacie zupełnie zignorowano dorobek współczesnych studiów nad nacjonalizmem, które wiele zrobiły, aby podważyć potoczne przekonania co do oczywistości narodowych i etnicznych identyfikacji. Po drugie, chociaż historycy komentujący Grossa podzieli się na jego zwolenników i przeciwników, to wszystkich łączy brak zrozumienia metodologicznych założeń pisarstwa Grossa. Dobrosielski zdaje się potwierdzać to o czym sam pisałem śledząc reakcje historyków na Strach, aczkolwiek jego analizy są bardziej dociekliwe i systematyczne: dominuje tutaj myślenie o historiografii przez pryzmat jeszcze dziewiętnastowiecznego modelu erudycyjno-genetycznego (czy pozytywistycznego jak chce Dobrosielski). Choć omawiając spory metodologiczne mam wrażenie, że autor dość łagodnie obszedł się z Grossem, którego prace pod względem metodologicznym nie są zbyt wyrafinowane, by wspomnieć raczej bezkrytyczne odwoływanie się do koncepcji gęstego opisu.

Jedna z głównych konkluzji książki to pokazani tendencji do polaryzacji debaty: albo jesteś, za Grossem, albo przeciwko. Równocześnie wśród dyskutantów dominuje przekonanie o ograniczonej pojemności pamięci zbiorowej: w tym samym czasie może pomieścić tylko jedną interpretację przeszłości. Autor proponuje wyjście z tego wygodnego dla obu stron klinczu  wychodząc poza dotychczasowe ramy dyskusji, na przykład stawiając nowe pytania np. dotyczące tego jak kategoryzujemy kategorie narodowe i etniczne. Przede wszystkim odwołując się do koncepcji pamięci wielokierunkowej proponuje, aby myśleć o pamięci jako inkluzyjnej, otwartej, dopuszczającej współistnienie różnych interpretacji przeszłości.

Jak trafnie zauważa Dobrosielski spór o Grossa, to właściwe spór o status Polski jako wyobrażonej wspólnoty narodowej. W książce zabrakło mi pogłębienia tego wątku, powiązania sporów o Grossa z polskimi ideologiami tożsamości narodowej, które tym sporom nadają w dużej mierze sens. Trudno na przykład zrozumieć oporu wobec tez Grossa bez odniesienia do martyrologicznej wizji polskości wzmocnionej propagandą historyczną PRL, która koncentrowała się niemal wyłącznie na cierpieniu Polaków (co doskonale pokazują np. książki Marcina Zaremba, „Komunizm, legytimizacja, nacjonalizm” czy Genevieve Zubrzycki, „Krzyże w Auschwitz”). Mówiąc o Grossie, komentujący mówili o narodzie polskim poruszając się w ramach wyznaczonych również przez współczesne polskie nacjonalistyczne dyskursy (przydatna mogłaby tu być kategoria uwikłanej pamięci, „entangled memory„), którym myślę można by poświęci więcej uwagi (autor wspomina jedynie o dominacji etnicznej koncepcji narodu w debacie).

Nie do końca również przekonuje mnie zarysowana implicite w książce koncepcja pamięci zbiorowej (choć być może wynika to z tego, że w kilku miejscach nie potrafiłem odróżnić zdania autora od referowanego stanowiska) jako nazbyt statyczna i hierarchiczna. Autorowi zdarza się reifikowanie pamięci: książka nie analizuje pracy pamięci, a raczej praktyki pamięci wybranych aktorów społecznych. Trudno też zgodzić się, że media ogólnopolskie to pas transmisyjny do mas, takie sformułowanie sugeruje odwołanie do teorii kultury i komunikacji masowej z jej wizją homogenicznego i pasywnego zbioru odbiorców. A określenie wernakularnego obiegu komunikacyjnego jako źródła myślenia magicznego i stereotypów stoi w sprzeczności z analizami samego autora, które przecież pokazują, że wypowiedzi niektórych przedstawicieli elit niekiedy różnią się od komentarzy przysłowiowych internetowych trolli tylko tym, że są pozbawione wulgaryzmów.

Niebezpieczne bezpieczeństwo

Od kilkunastu lat w krajach Unii Europejskiej obserwujemy wzmożoną skłonność do traktowania imigracji, zwłaszcza z państw trzecich w kategoriach bezpieczeństwa narodowego. Imigranci postrzegani są jako zagrożenie dla państwa i narodu: rzekomo zabierają pracę tubylcom lub wyłudzają zasiłki obciążając nadmiernie system pomocy socjalnej, nie chcą się integrować i popełniają przestępstwa. Zamachy terrorystyczne przeprowadzane przez islamskich fundamentalistów wzmocniły tę tendencję i doprowadziły do powstania całej sieci instytucji i praktyk kontroli. Państwa starają się w rozmaity sposób ograniczać napływ „niepożądanych” imigrantów, równocześnie poddając nadzorowi osiadłe już mniejszości imigranckie, zwłaszcza muzułmańskie. Fakt, że terroryści na ogół urodzili się i wychowali w Europie wzbudził obawy, co do stopnia integracji muzułmańskich mniejszości i ich podatności na radykalizację.

O ile istnieje spora literatura na temat polityki sekurytyzacji imigracji (a więc traktowania jej jako kwestii bezpieczeństwa, co przejawia się np. militaryzacji granic zewnętrznych UE, podpisywaniu umów z państwami trzecimi o deportacji, zwiększonej liczbie deportacji i detencji itd.), o tyle mniej wiadomo na temat jej konsekwencji z punktu widzenia członków mniejszości imigranckich, zwłaszcza kobiet. Dobrze więc, że Tania Saeed w książce Islamophobia and Securitization: Religion, Ethnicity and the Female Voice, Palgrave, London 2016, pp.235, postanowiła przyjrzeć się temu, jak wygląda codzienne życie kobiet nieustannie podejrzewanych o skłonności do radykalizmu i poddanych różnym formom intensywnej kontroli zarówno formalnej, jak i nieformalnej. Książka powstała na podstawie pogłębionych wywiadów z 40 z kobietami, należącymi do mniejszości pakistańskiej w Zjednoczonym Królestwie. Wywiady odbyły się między 2010 a 2012 rokiem. Kobiety miały od 19 do 28 lat, studiowały lub ukończyły angielski uniwersytet i pracowały zawodowo w Wielkiej Brytanii. Wszystkie były muzułmankami, aczkolwiek różniły się stopniem religijności i zakresem przestrzegania tradycyjnych nakazów, zwłaszcza jeżeli chodzi o normy dotyczące ubioru. Książka prezentuje zatem wyniki badań jakościowych, których ze względu na niereprezentatywną próbę nie można generalizować na całą muzułmańską populację. Nie o to zresztą w takich badaniach chodzi: nie mają na celu pomiaru wpływu jednego czynnika na drugi czy rozkładu postaw w społeczeństwie, lecz rekonstrukcję intersubiektywnego świata badanych, znaczenia jakie sami przypisują otaczającej ich rzeczywistości.

Punkt wyjścia Saeed to analiza obrazu muzułmanina w dyskursie publicznym w Zjednoczonym Królestwie. Odwołując się do Edwarda Saida autorka argumentuje, że ten obraz trzeba widzieć w szerszym historycznym kontekście jako kontynuację orientalistycznego dyskursu, który przeciwstawiał racjonalny i cywilizowany Zachód emocjonalnemu i dzikiemu Bliskiemu Wschodowi. Zgodnie z tą logiką mężczyzna muzułmanin najczęściej bywa przedstawiany jako skłonny do przemocy irracjonalny radykał. Obraz kobiety muzułmanki oscyluje natomiast między dwoma biegunami: bezwolną, pasywną ofiarą męskiej dominacji, która potrzebuje pomocy i niebezpieczna religijna fanatyczka gotowa zabijać w imię islamu. Ten ostatni stereotyp upodabniający obraz muzułmanki do muzułmanina umocnił się w reakcji na proces Saminy Malik w 2007 roku – pierwszej osoby skazanej na podstawie ustawy o terroryzmie. Chociaż liczba muzułmanek zaangażowanych w działalność terrorystyczną jest bardzo niewielka, kilkadziesiąt w skali całej Europy, to w cieniu podejrzeń znalazły się wszystkie muzułmańskie kobiety w Wielkiej Brytanii.

Jednak sekurytyzacja to nie tylko dyskurs podejrzeń i zagrożeń, lecz również, jak słusznie argumentuje autorka, system kontroli i nadzoru na przykład na uniwersytetach, które zobligowane są do raportowanie odpowiednim służbom wszelkich podejrzanych zachowań wśród studentów. W obliczu dominującego dyskursu i systemu nadzoru w codzienne życie muzułmanek naznaczone jest stygmatyzacją – dziwi, że autorka nie odwołuje się tutaj do koncepcji piętna Ervinga Goffmana, co pozwoliłoby jej na bardziej wnikliwą analizę sposobów zarządzania piętnem. Analizując doświadczenia swoich rozmówczyń Saeed argumentuje, że są one szczególnie podatne na stygmatyzację: są piętnowane podwójnie nie tylko z powodu swojej religii ale również etniczności, jako muzułmanki i jako osoby pochodzące Pakistanu stereotypowo przedstawianego jako niebezpieczny i zacofany kraj (w przeciwieństwie na przykład do Arabii Saudyjskiej). Rozmówczynie Saeed mówią o stałej presji społecznej, konieczności udowadniana na każdym kroku swojego umiarkowania religijnego, ciągłym monitorowaniu swojego zachowania czy aby wypowiedziane słowa czy zachowania nie są zbyt radykalne. Wskazują na powracające obawy przed fałszywymi oskarżeniami, które powodują. że czują się niepewnie i nie mają poczucia bezpieczeństwa, powoduje, że niekiedy ograniczają swoją aktywność na różnych polach, np. niechętnie angażują się w kampanie społeczne na rzecz Pakistanu. Autorka nie tylko opisuje różne formy presji, lecz także pokazuje w jakich sposób kobiety próbują się jej przeciwstawiać, wychodząc poza stereotyp biernej muzułmanki.

Podsumowując, książka w sposób przejrzysty analizuje politykę sekurytyzacji, pokazując jej koszty psychologiczne dla członków mniejszości. Warto książkę przeczytać: odwraca o 180 stopni potoczne przekonanie, demonstrując w jakim stopniu państwo przyjmujące stanowi zagrożenie dla imigrantów (a nie vice versa). Książka sugeruje również, że polityka sekurytyzacji jest przeciwskuteczna: zamiast przeciwdziałać radykalizacji, może tworzyć podatny grunt pod nią. Traktując mniejszościowe grupy jako z gruntu podejrzane i wymagające nadzoru utrudnia mniejszościom integrację i identyfikację ze społeczeństwem przyjmującym. Polityka kontroli i nadzoru wywołuje poczucie izolacji i alienacji, co może czynić członków mniejszości bardziej podatnymi na skrajną retorykę. Co więcej, rząd brytyjski usprawiedliwiając nadzwyczajne środki chętnie odwołuje się do hasła obrony brytyjskiego sposobu życia, brytyjskich wartości i instytucji, równocześnie jednak sam ten sposób życia podważa. Rozbudowa systemu kontroli i nadzoru podkopuje bowiem brytyjski liberalny system polityczny, ograniczając zwłaszcza wolność słowa i równość obywateli wobec prawa. Niestety książka nie daje żadnych wskazówek jak pogodzić integracje mniejszości ze skutecznym przeciwdziałaniem terroryzmowi.

Wojna w Syrii

Skończyłem czytać świetną książkę Christophera Phillipsa, The Battle for Syria. International Rivalry in the New Middle East, Yale University Press, New Haven and London 2016, ss. 303, która przekonująco wyjaśnia genezę tego konfliktu. We wstępie Phillips zauważa, że „wojna domowa w Syrii to największa humanitarna katastrofa w XXI wieku (s.1). Trudno się z nim nie czytając o spustoszeniach, jakie przyniósł syryjski konflikt. Szacunki mówią o 470 tysiąc zabitych i prawie 2 milionach rannych. Niemal 5 milionów Syryjczyków uciekło z kraju, a 6,6 miliona zostało zmuszonych do wewnętrznej migracji. W sumie ponad połowa przedwojennej populacji liczącej 21 milionów opuściła swoje domy. Wskaźnik rozwoju społecznego dla Syrii obniżył się do poziomu sprzed 40. lat. W kraju nie funkcjonuje połowa szpitali, niemal połowa dzieci nie chodzi do szkół, 80% Syryjczyków żyje w ubóstwie, z czego prawie połowa w skrajnym. Jak doszło do tej katastrofy? Odwołując się do bogatej literatury, drukowanych źródeł, a także wywiadów z kluczowymi decydentami brytyjski politolog i dziennikarz próbuje odpowiedzieć na to pytanie. Trzeba od razu zauważyć, że robi to w sposób kompetentny i przekonujący. Książka dostarcza przejrzystego opisu jak doszło do wybuchu i eskalacji konfliktu w Syrii.
syria
 
Inaczej niż większości analiz, które koncentrują się na wewnętrznej sytuacji w Syrii, Phillips interesuje się głównie polityką wielkich mocarstw i państw Bliskiego Wschodu. Główna teza książki brzmi, że przyczyn wybuchu konfliktu, a przede wszystkim jego eskalacji i przewlekłego charakteru trzeba szukać w czynnikach zewnętrznych. To w dużej mierze działania (lub brak działania) sześciu państw: Stanów Zjednoczonych, Rosji, Arabii Saudyjskiej, Turcji, Kataru i Iranu – argumentuje Philips – doprowadziły do tego, że protesty przeciwko Asadowi przekształciły się w długotrwałą wojnę domową bez perspektyw na szybkie zakończenie. Autor bardzo szczegółowo, krok po kroku, jasno i wyraźnie opisuje jak rozwijał się konflikt, co nie jest łatwe biorąc pod uwagę liczbę aktorów zaangażowanych w wojnę w Syrii. Warto bowiem pamiętać, że oprócz sześciu wspomnianych państw, aktywną politykę w Syrii próbowały prowadzić: Wielka Brytania, Francja, Chiny, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Liban, Jordan, Irak, Egipt, a także różne zagraniczne niepaństwowe podmioty, zwłaszcza Partia Pracujących Kurdystanu, Hezbollah oraz ISIS.
 
Zdaniem autora sytuację międzynarodową na Bliskim Wschodzie definiowały przede wszystkim dwa wydarzenia: wojna w Iraku w 2003 roku oraz objęcie prezydentury przez Baracka Obamę w 2009 roku. Wojna w Iraku, a także jej następstwa (objęcie władzy przez szyitów w Iraku) spowodowały zachwianie równowagi w regionie na korzyść Iranu, który dostrzegł szansę na stanie się nowym lokalnym hegemonem, co z kolei wywoła kontrakcję innych państw, zwłaszcza Arabii Saudyjskiej. Natomiast prezydentura Obamy, który szedł do wyborów z obietnicą wycofania wojsk z Iraku oznaczała spadek zaangażowania Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza militarnego na Bliskim Wschodzie. W efekcie tych dwóch wydarzeń na Bliskim Wschodzi ukształtował się nowy multipolarny porządek bez wyraźnego centrum, a raczej z kilkoma rywalizującymi ze sobą centrami, z których jednak żadne nie było na tyle silne, aby zdominować pozostałe. Z chwilą wybuchu protestów 2011 Syria stała się polem rywalizacji lokalnych państw: Iran poparł Asada, natomiast Arabia Saudyjska, Turcja i Katar poparły przeciwników dyktatora. Żadne z państw nie miało wystarczających środków, aby rozstrzygnąć konflikt, jednak zaangażowane siły były wystarczające, aby przekształcić protesty w wojnę domową, a następnie aby podtrzymywać jej trwanie. W dodatku państwa dążące do obalenia Asada miały odmienne interesy i wspomagały różne, często skonfliktowane ze sobą, nurty opozycji, równocześnie wzmacniając, jak i osłabiając anty-asadowskie siły.
 
Mimo ograniczenia militarnej obecności Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, politycy stojący na czele państw wspierających syryjskich anty-rządowych powstańców mieli wygórowane oczekiwania co do Obamy. Gdyby nie tragiczne konsekwencje można by przedstawić konflikt w Syrii jako komedię pomyłek. Arabia Saudyjska, Turcja i Katar, sugerując się przykładem Libii, były przekonanie, że rychło nastąpi interwencja Stanów Zjednoczonym: tym bardziej więc angażowały się w konflikt wierząc w jego szybkie zakończenie. Podobne oczekiwania co do USA mieli umiarkowani powstańcy, których w tym przeświadczeniu utrzymywali ich lokalni sojusznicy powtarzając, że amerykańska interwencja militarna nastąpi lada chwila. W dodatku niektóre wypowiedzi amerykańskich polityków mogły stwarzać wrażenie, że USA szykują interwencję.
 
Książka pokazuje, że Stany Zjednoczone nie potrafiły jasno komunikować swojego stanowiska i przyczyniły się do rozbudzenia oczekiwań zarówno swoich sojuszników w regionie (Arabii Saudyjskiej, Turcji, Kataru), jak i rebeliantów. Ponadto, zarówno politycy Turcji, Kataru, Arabii Saudyjskiej, jak i Stanów Zjednoczonych niedoceniali poparcia dla Asada w społeczeństwie syryjskim i stabilności jego systemu. W obawie przed amerykańską interwencją do konfliktu włączyła się również Rosja, która poparła Asada, jednak nie na tyle, aby zapewnić mu zwycięstwo. W dodatku długotrwała destabilizacja Syrii stworzyła podatny grunt dla rozwoju tzw. Państwa Islamskiego, któremu udało się przejąć na pewien czas kontrolę nad polami naftowymi w północno-wschodnim Iraku, co ostatecznie skłoniło USA do militarnej interwencji. Amerykańskie ataki miały na celu nie tyle wsparcie opozycji, ile osłabienie dżihadystów. Nie zakończyły więc impasu.
 
W przeciwieństwie do różnych publicystycznych i obiegowych narracji, które szukają jednego „winnego” odpowiedzialnego za wojnę lub próbują się doszukiwać jakiegoś ukrytego planu, analiza Phillipsa pokazuje ogromną złożoność sytuacji w Syrii, nad którą nikt nie miał kontroli i której nikt nie planował. Książka wykazuje również dużą rolę zwyczajnej ignorancji: główni przywódcy nieraz podejmowali decyzje kierując się swoimi wyobrażeniami, a nie wiedzą. Często zresztą nie dysponowali odpowiednim instytucjonalnym zapleczem, by wspomnieć, że w 2009 roku w amerykańskim departamencie tylko 1 pracownik zajmował się Syrią, a na 135 tureckich dyplomatów w krajach arabskich, jedynie sześciu znało język arabski. A nawet jeżeli dysponowali fachowymi raportami, to polityce je po prostu ignorowali. Nic dziwnego, że ich decyzje często przynosiły nieprzewidziane i niechciane konsekwencje, takie jak na ekspansja tzw. Państwa Islamskiego. Na przykład, mimo ostrzeżeń irackich polityków, że armia iracka nie jest jeszcze w pełni gotowa funkcjonować samodzielnie, USA wycofała swojej siły wojskowe z Iraku w 2011 roku. USA miły wspierać Irak sprzętem, ale nie swoimi żołnierzami. Gdy w 2015 roku bojownicy tzw. Państwa Islamskiego zdobyli Mosul pokonując niedoświadczone irackie oddziały w ich ręce wpadło ponad 2000 amerykańskich wielozadaniowych wozów terenowych (HMMWV), co dało im przewagę na innymi opozycyjnymi grupami. Podobnych przykładów nieprzewidzianych i niepożądanych konsekwencji różnych polityk znajdziemy w książce znacznie więcej.
 
Podsumowując, Phillipsowi udało się w bardzo przejrzysty sposób odpowiedzieć na pytanie jak doszło do wybuchu i eskalacji konfliktu w Syrii. Posługuje się przy tym klarownym językiem, wolnym od niepotrzebnego żargonu. Każdy kto chce zrozumieć konflikt w Syrii powinien książkę przeczytać. Słabsza strona studium to brak refleksji na temat możliwości rozwiązania syryjskiego kryzysu, a także jej raczej opisowy charakter. Autor również stosunkowo niewiele uwagi poświęca wewnętrznej opozycji (jej celom, ideologii, strategii, podziałom, głównym przywódcom), co powoduje, że niekiedy „ginie” jej sprawczość, a los Syrii rysuje się jako wypadkowa różnych zewnętrznych sił. Można bronić autora, że jego celem nie było napisanie historii wojny domowej w Syrii, lecz właśnie analiza stosunku różnych państw do Syrii. Ale mimo wszystko, proporcje można by lepiej wyważyć. Tak czy owak, książka warta przeczytania.