Demokratyczna rewolta?

Roger Eatwell, Matthew Goodwin, National Populism. The Revolt Against Liberal Democracy, London: Pelican 2018, ss. 344.

Eatwell i Goodwin postawili sobie ambitny cel wyjaśnienia przyczyn rosnącej popularności w świecie zachodnim partii typu Zjednoczenie Narodowe, Alternatywa dla Niemiec, Fidesz, Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, polityków pokroju Donalda Trumpa czy niechęci do UE (Brexit). Autorzy łączą ze sobą dość różne partie, polityków i zjawiska określając je wspólnym mianem narodowego-populizmu, który trzeba odróżnić od faszyzmu i neofaszyzmu czy skrajnej prawicy. Nie zgadzają się z katastroficznym tonem niektórych komentatorów piszących o odrodzeniu faszyzmu. Dość przekonująco wykazują szereg różnic między faszyzmem (neofaszyzmem) a narodowym populizmem. Na przykład przypominają, że narodowo-populistyczni ideolodzy nie odwołują się do kultu wodza czy idei imperialnej ekspansji. Nie można również – podkreślają Eatwell i Goodwin – utożsamiać analizowanego zjawiska ze skrajną prawicą, ponieważ narodowi populiści zrezygnowali z antysemityzmu i rasistowskiej retoryki. Jednak autorzy bagatelizują kwestię niechęci wobec muzułmanów. Rzecz charakterystyczna, że w ogóle nie poświęcają uwagi islamofobii (samo pojęcie pojawia się tylko raz w ich książce), a przecież piszą o partiach mobilizujących swoje poparcie odwołując się do retoryki strachu i zagrożenia ze strony muzułmanów. Ignorują także w zasadzie dyskusję na temat zmieniającej się natury rasizmu, który z biologicznego przekształcił się w mniej oczywisty i widoczny subtelny, banalny czy kulturowy i selektywny rasizm.

populism 1

 

Szukając odrębności narodowego-populizmu Eatwell i Goodwin zwracają uwagę na połączenie antyestablishmentowej („my” prości ludzie versus „oni” skorumpowane elity) i nacjonalistycznej retoryki (obrona interesów i kultury narodowej), które łączą się ze specyficznym rozumieniem demokracji. Otóż autorzy przekonują, że narodowi populiści nie odrzucają demokracji, lecz jedynie występują przeciwko jej liberalnej wersji. Narodowi populiści atakują demokratyczne instytucje przedstawicielskie i koncentrację władzy w rękach elit dążąc – zdaniem autorów książki – do pogłębienia demokraci bezpośredniej dającej więcej władzy woli ludu. O ile faktycznie tego typu partie odwołują się do woli powszechnej (a raczej do woli narodu), to jednak nie zawsze rozumieją ją w sposób demokratyczny. Można wspomnieć chociażby Prawo i Sprawiedliwości z jego polityką konsolidacji i centralizacji władzy, ograniczania społeczeństwa obywatelskiego i marginalizacji opozycji. Polityce PiS nie towarzyszy żadne wzmacnianie instytucji demokracji bezpośredniej na modłę szwajcarską. Trump również nie doszedł do władzy pod hasłami umacniana demokracji bezpośredniej, a zwolennicy Brexitu chociaż wspominają o pewnych reformach (np. likwidacji Izby Lordów) równocześnie nie chcą drugiego referendum, ponieważ przeczyłoby to… zasadom demokracji. Trudno pogodzić z tezą o pogłębianiu demokracji retorykę prawa i zagrożenia porządku dającą priorytet bezpieczeństwu kosztem praw obywatelskich. Narażone na łamanie są zwłaszcza prawa mniejszości imigranckich (czasem również seksualnych), które są podejrzewane i oskarżane o brak lojalności wobec państwa i wrogość wobec narodowej tradycji. Autorzy biorą demokratyczną retorykę narodowych populistów za dobrą monetę nie próbując krytycznie zastanowić się co się za nią kryje: czy kreowanie atmosfery zagrożenia, ograniczenie praw obywatelskich, demontaż konstytucyjnej kontroli nie może przerodzić się łatwo w autorytarne rządy sprawowane rzekomo w imię woli powszechnej?

Główna część książki dotyczy próby wyjaśnienia przyczyn poparcia dla narodowych populistów: kto i dlaczego głosuje na tego typu partie i polityków.  Wbrew popularnej opinii autorzy dowodzą, że nie można redukować poparcia dla narodowych populistów do białej klasy robotniczej czy grup ekonomicznie wykluczonych. Chociaż te grupy stanowią ważną część elektoratu narodowych populistów, to jednak nie jedyną i nie one decydują o ich sile wyborczej. Na przykład za Emily Ekins autorzy National Populism przypominają, że na Trumpa głosowało kilka typów wyborców: 1) Staunch Conservatists (zagorzali konserwatyści) – moralni tradycjonaliści, lojalni Republikanie, często należący do klasy średniej, umiarkowanie wykształceni, 2) Free Marketeers (wolnorynkowcy) –  członkowie klasy średniej, posiadający własne domy i wysokie dochody. W sumie te dwie grupy dały Trumpowi ponad połowę głosów. Kolejne kategorie wyborców to: 3) Preservationists (zachowawczy wyborcy) – cechują się niskimi dochodami (poniżej 50 tys. $ na gospodarstwo) i na ogół brakiem wyższego wykształcenia, 4) Anti-Elites (antyelitarni wyborcy) – mają wyższe dochody niż poprzednia kategoria ale są niezadowoleni ze swojego statusu, 5) Disengaged (niezaangażowani) – niewielka grupa, mało wiedząca o polityce i o mało wyraźnych preferencjach. Podobnie ma się rzecz z narodowymi populistami w Europie, na których głosują bardzo różnorodni wyborcy – nie da się zredukować do jednego typu.

Autorzy dość przekonująco argumentują, że nie można wyjaśnić poparcia dla narodowo-populistycznych partii w kategoriach głosów protestu czy reakcji na kryzys ekonomiczny w 2008 roku. Jedna ze słabości dyskusji nad przyczynami poparcia – piszą – to koncentrowanie się na ostatnich niedawnych wydarzeniach. Jak sugerują wynika to z naiwnej wiary, że wraz z polepszającą się sytuacją ekonomiczną poparcie dla partii narodowo-populistycznych spadnie i sytuacja wróci do status quo ante. A przecież jak trafnie zauważają ludzie nie tylko wąsko rozumianą ekonomiczną racjonalnością, lecz biorą również pod uwagę kwestii tożsamościowe czy kulturowe. Jeżeli spojrzymy z dłuższej perspektywy czasowej – argumentują Eatwell i Goodwin – to dostrzeżemy 4 De, czyli cztery „prawomocne niepokoje” stojące u źródeł głosowania na narodowych populistów: distrust (brak zaufania), destruction (zniszczenie), deprivation (deprywacja), dealignment (osłabienie identyfikacji jednostek z partiami politycznymi). I tak autorzy pokazują malejący od dziesięcioleci poziom zaufania do polityków i demokratycznych instytucji mający swoje uzasadnienie w rosnącym wyobcowaniu polityków ze społeczeństwa pod względem dochodów, wykształcenia czy zawodu (na przykład w 2014 roku połowa kongresmanów, po równo Demokraci i Republikanie, to milionerzy). Do wzrostu nieufności – argumentują Eatwell i Goodwin – przyczynił się również proces integracji europejskiej, który miał odgórny i mało przejrzysty charakter prowadząc do powstania ponadnarodowych instytucji odległych od zwykłego obywatela. Pojęcia zniszczenia autorzy używają w kontekście rosnącej proporcji imigrantów w zachodni społeczeństwach, która wywołuje ich zdaniem uzasadnione obawy o przetrwanie narodowych i kulturowych tożsamości. Natomiast deprywacja odnosi się do rosnących nierówności społecznych, spadku dochodów niższych grup społecznych, a także do coraz większego braku bezpieczeństwa pracy do czego przyczynia się automatyzacja i globalizacja. Nie chodzi jednak tylko o same nierówności, lecz również o utratę wiarę w przyszłość przez różne grupy społeczne, a także o przekonanie, że pewnym grupom powodzi się niezasłużenie lepiej niż innym, zwłaszcza imigrantom i różnego rodzaju mniejszościom, których państwo wspiera ignorując potrzeby większości obywateli. Następuje również osłabienie więzi jednostek z partiami politycznymi, co częściowo wynika ze zmian w strukturze społecznej, np. kurczenia się klasy robotniczej, a częściowo również z ignorowania przez tradycyjne partie wspomnianych wcześniej społecznych trosk. Rośnie liczba niezdecydowanych wyborców, którzy coraz częściej głosują na narodowych populistów umiejętnie wpisujących się w społeczne oczekiwania.

Eatwell i Goodwin dużo wysiłku wkładają w to, aby przekonać, że obawy wyborców mają realne podstawy. Jednak niekiedy niezbyt wyraźnie rozróżniają dwie kwestie: społeczną percepcję zachodzących zmian czy różnych polityk, a analizę samych zmian czy polityk. Na przykład analiza postrzegania procesu integracji europejskiej jako oderwanego od życia obywateli przeradza się w krytykę samej integracji. Jednak autorzy nie zauważają, że integracja europejska wiązała się z presją na decentralizację i regionalizację wielu państw członkowskich i powstanie instytucji bliżej obywateli (warunek korzystynia ze środków ramach polityki spójności). Podobnie na przykład jeżeli chodzi o obawy przed imigrantami, co trzeba przyznać zauważają niekiedy sami autorzy, które wywołane są nie przez rzeczywistą politykę imigrancką (państwa kontrolują imigrację i co więcej w rosnącym stopniu traktują imigrantów w kategoriach zagrożenia bezpieczeństwa) czy faktyczną liczbą imigrantów, lecz mają także swoje źródło w zupełnie wymyślonych lękach (czego przykładem może być reakcja polskiej prawicy na tzw. kryzys migracyjny). Autorzy analizują, by tak powiedzieć stronę popytową popularności narodowych populistów pokazując, że poparcie dla nich stanowi odzwierciedlenie autentycznych społecznych trosk. Nie zauważają jednak, że sami narodowi populiści, a także politycy z innych opcji politycznych, media produkują niektóre z tych trosk, czego przykładem może być wspólne chyba niemal wszystkim mainstreamowym partiom patrzenie na migrantów przez pryzmat bezpieczeństwa narodowego. Co więcej sami autorzy posługują się czasem językiem, który legitymizuje narodowo-populistyczny ogląd świata pisząc chociażby „nielegalnych imigrantach”, „kryzysie uchodźczym” itd. (czy reprodukując bezwiednie przekonanie, że Zjednoczone Królestwo to nie jest Europa). To właśnie taka retoryka – obecna w mediach, przemówieniach polityków czy publicystyce nie tyle odzwierciedla, ile kształtuje wyobrażenia sprzyjające na przykład kryminalizacji migrantów i postrzegania ich w kategoriach kłopotu czy zagrożenia.

Chociaż niektóre kwestie, zwłaszcza migracji autorzy nadmiernie uprościli, to jednak ich główną tezę warto potraktować poważnie. Otóż przekonują oni, że sukcesy partii narodowo-populistycznych to nie chwilowa aberracja, lecz zjawisko, które ma głębokie i długotrwałe społeczne podłoże. Nie można się spodziewać, że narodowi populiści szybko znikną ze sceny politycznej, ponieważ za ich poparciem stoją rzeczywiste i realne problemy, którymi nie radzą sobie liberalne demokracje. Wydaje się mało prawdopodobne, aby te problemy zniknęły same z siebie wraz z poprawą koniunktury ekonomicznej. Słowem, jeżeli liberalne demokracje nie zrobią nic z rosnącymi nierównościami, alienacją klasy politycznej i brakiem zaufania do polityków to może się spełnić znacznie czarniejszy scenariusz niż przewidują autorzy National Populism.

Iluzja liberalnego nacjonalizmu

Yeal Tamir, Why Nationalism, Princeton University Press, Princeton and Oxford 2019, ss.205.

Liberalni komentatorzy z niepokojem piszą o erupcji populizmu, rasizmu i ksenofobii w zachodnich demokracjach. Niektórzy z przerażeniem snują historyczne analogie do lat 30. XX wieku nawołując do mobilizacji progresywnych ruchów, aby zatrzymać pochód irracjonalizmu i uchronić świat przed ponowną katastrofą. Yeal Tamir sugeruje, że liberalni analitycy niepotrzebnie panikują. Jej zdaniem renesans nacjonalizmu – bo z tym w istocie mamy to czynienia – to nie tyle irracjonalny atak na demokrację, ile racjonalna obrona swoich interesów przez „bezbronne” czy „bezradne” klasy społeczne. Autorka argumentuje, że rosnąca fala nacjonalizmu to wyraz sprzeciwu tych klas wobec oderwanych od problemu zwykłych ludzi elit i ich programu globalizacji. Proces globalizacji zaszedł bowiem zbyt daleko prowadząc do atrofii więzi społecznych, alienacji, skrajnego indywidualizmu i pauperyzacji niższych klas. Główna teza książki brzmi, że to liberałowie, społeczni demokraci i wszyscy postępowcy chcąc ratować demokrację nie powinni widzieć wroga w nacjonalizmie, a raczej sprzymierzeńca: muszą przejąć i oswoić nacjonalizm i wykorzystać go do liberalnych i demokratycznych celów. Słowem, potrzebujemy liberalnego nacjonalizmu.

why
Pojęcie liberalnego nacjonalizmu może wydawać się oksymoronem, zwłaszcza w języku polskim. Autorka odwołuje się tutaj do ugruntowanego we współczesnej socjologii narodu rozumienia nacjonalizmu jako poczucia tożsamości narodowej stanowiącego podstawę organizacji życia politycznego. Za takimi autorami jak Liah Greenfeld, Ernest Gellner czy Benedict Anderson pokazuje w jaki sposób państwo narodowe stało się główną instytucją polityczną nowoczesności. Tamir przypomina dobrze znany z literatury historycznej i socjologicznej obraz podkreślając przede wszystkim pozytywne funkcje państwa narodowego. Chociaż nie zapomina o paskudnym obliczu nacjonalizmu, na przykład wspominając, że stanowił ważny element faszyzmu i nazizmu, to koncentruje się głównie na jego jasnych stronach. Podkreśla, że państwo narodowe radykalnie zmieniło relacje między rządzonymi a rządzącymi: poddani stali się obywatelami dysponującymi politycznymi, a z czasem również społecznymi prawami. Zbyt często się zapomina – pisze Tamir – że demokracja liberalna – powstała jako państwo narodowe, które stanowiło główną instytucję odpowiedzialną za redystrybucję dóbr i zmniejszanie nierówności społecznych.

Liberalizm i nacjonalizm uzupełniały się: ten drugi dawał jednostkom poczucie wspólnotowości, wyznaczał granicę wspólnoty i uzasadniał ponadklasową solidarności i poświecenie na rzecz dobra wspólnego. Nacjonalizm dostarczał jednostkom silnej tożsamości kulturowej, która nadawała sens ich wyborom. Jednak miejscami obrona nacjonalizmu przez autorkę idzie zbyt daleko i jest mało zrozumiała nie tylko w świetle liberalnych założeń, ale i współczesnej socjologii narodu. Na przykład ilustrując znaczenie kontekstu narodowego Tamir przytacza znaną wypowiedź Josepha de Maistre: „Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan etc.; wiem nawet, dzięki Monteskiuszowi, że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu; jeśli istnieje, to nic o tym nie wiem” (s.43). Jednak „Włoch” czy „Francuz” jest podobną abstrakcją jak „człowiek” w świetle koncepcji przywoływanych przez autorkę w książce, np. teorii społecznej tożsamości. De Maistre po prostu bezrefleksyjnie uznał kategoryzację ludzi ze względu na przynależność narodową za ważniejszą niż inne kategoryzacje na przykład uniwersalne czy odmienne partykularne kategoryzacje. W tym cytacie sprawiającym wrażenie prostej obserwacji nie ma nic oczywistego. Inaczej mówiąc, w książce brakuje wyjaśnienia dlaczego to kontekst narodowy, w przeciwieństwie do innych społecznych kontekstów, powinien mieć nadrzędny charakter jako wyznaczający sens ludzkiemu życiu.

Tamir wyjaśnia, że sojusz między liberalizmem a nacjonalizmem w ostatnich dziesięcioleciach uległ osłabieniu za sprawą globalizacji. Nie jest jednak jasne kogo autorka wini za ten stan rzeczy: raz pisze o liberałach, innym razem o elitach czy neoliberalizmie. Niekiedy zdaje się przejmować prosty populistyczny schemat przeciwstawiając zwykłych ludzi bliżej nieokreślonym globalistom. Jedno jest natomiast pewne: zdaniem autorki globalizacja doprowadziła do powstania asymetrycznej sytuacji, z której korzystają głównie wąskie bogate elity cieszące się możliwościami jakie daje świat bez granic. Elity nie ponoszą żadnych kosztów globalizacji przerzucając je na niższe klasy społeczne, które nie mają środków żeby przenosić się z miejsca na miejsce. Niemobilne klasy społeczne doświadczają bezrobocia, bo zakłady bankrutują lub przenoszą się tam, gdzie koszty pracy są niższe. Muszą radzić sobie z niepewnością i ryzykiem utraty statusu. Zmagają się z kryzysem tożsamości narodowych spowodowanym coraz większą liczbą kulturowo odmiennych imigrantów. Nieuprzywilejowane klasy – argumentuje dalej Tamir – borykają się z rosnącą marginalizacją, ponieważ państwa w ramach polityki wyrównywania szans więcej uwagi poświęcają „the line jumpers” (s.169): kobietom, imigrantom, tubylcom. Nic dziwnego, że w tej sytuacji biali mężczyźni z klasy robotniczej – bo to oni zdaniem autorki są głównymi ofiarami globalizacji – popierają polityków odwołujących się do nacjonalistycznej retoryki. Głosowanie na partie obiecujące wzmocnienie państwa narodowego – to zdaniem Tamir – całkiem racjonalna opcja wynikająca z rzeczywistych problemów, które liberałowie powinni potraktować poważnie.

Gwoli ścisłość trzeba dodać, że autorka wyróżnia jeszcze jeden nacjonalizm, mianowicie separatyzm charakterystyczny dla obecnego okresu kryzysu państwa narodowego. W przeciwieństwie jednak do nacjonalizmu bezbronnych ten typ nie cieszy się jej sympatią. Odwołując się głównie do przykładu Katalonii Tamir argumentuje, że separatyzm to ruch bogatych, którzy uznali, że secesja im się ekonomicznie opłaca. Słowem, separatyzm to przejaw braku społecznej solidarności z innymi mniej zasobnymi regionami państwa. Jednak autorka upraszcza sprawę redukując przyczyny separatyzmu do ekonomicznej kalkulacji, a zaniedbując na przykład tak podkreśloną przez siebie w innych miejscach potrzebę uznania, sensu czy kontroli zbiorowego losu. Poza tym nie wszystkie ruchy secesjonistyczne rozwijają się w bogatszych regionach, by wspomnieć Bretanię czy nawet Szkocję. Trzeba również dodać, że na przykład szkoccy nacjonalistyczni liderzy mają nadzieję, że secesja pozwoli na prowadzenie bardziej społecznie progresywnej polityki niż jest to możliwe obecnie, gdy Szkocja stanowi część Wielkiej Brytanii. W Szkocji bowiem Partia Konserwatywna cieszy się znacznie mniejszą popularnością niż w Anglii. Znowu mamy więc uproszczenie: trudno zarzucać szkockim nacjonalistom brak solidarności, przeciwnie, uważają, że rząd powinien prowadzić bardziej aktywną politykę społeczną, a Szkocja powinna zostać w Unii Europejskiej.

Główny problem z książką Tamir to liczne i zbyt daleko posunięte uproszczenia. Miejscami, jak już wspominałem, język autorki nie przypomina analizy, lecz retorykę nacjonalistycznych partii, które przedstawiają się jako reprezentanci wykluczonych choć de facto przyciągają wyborów z różnych grup społecznych. Na przykład autorka pisze o tym, że imigranci w Europie Zachodniej się nie integrują, choć badania pokazują tendencję do kulturowej integracji. Krytykuje politykę otwartych granic, jednak żadne chyba państwo na świecie takiej polityki nie prowadzi. Przeciwnie, jeszcze nigdy na świecie nie zbudowano tylu murów granicznych. Zarówno zachodnie partie prawicowe, jak i mainstreamowa lewica prowadzą politykę sekurytyzacji i kryminalizacji migracji, która uderza głównie w migrantów z mniej uprzywilejowanych grup i krajów. Autorka pisze o uzasadnionych obawach przed imigrantami, ignorując przypadki anty-imigranckiej paniki takie jak na przykład w Polsce. W tym jednym z najbardziej homogenicznych krajów UE perspektywa przyjęcia kilku tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu wywołała zupełnie niewspółmierne reakcje: mainstreamowi politycy mówili o końcu europejskiej cywilizacji, muzułmańskiej inwazji i zagrożeniu istnienia narodu polskiego.

Nie jest jasne na czym miało by polegać przejęcie nacjonalizmu przez liberałów czy społecznych demokratów. Abstrahując już od tego, że lewica nigdy nie będzie w grze o naród tak autentyczna jak nacjonaliści, to apoteoza państwa narodowego w obliczu globalnych problemów nie wydaje się sensowna. Redystrybucja w skali państwa nie zlikwiduje ogromnych różnic między globalną Północą a Południem. Państwa narodowe nie rozwiążą w pojedynkę problemu globalnego ocieplenia i jego skutków, na przykład w postaci klimatycznych uchodźców. Prowadzona polityka ochrony narodowych granic w imię bezpieczeństwa narodowego wpycha migrantów w ręce przemytników i naraża na niebezpieczeństwo (w Morzu Śródziemnym ginie rocznie kilka tysięcy migrantów), prowadzi do powstania podklasy nieudokumentowanych pozbawionych praw pracowników. Na czym miałaby polegać liberalna odpowiedź? Jeszcze większej kontroli? Trzeba nie tyle powrotu do nacjonalizmu, jakiegoś złotego okresu państwa narodowego, ile wypracowania nowych transnarodowych i globalnych form solidarności, nie tyle zastępujących, ile istniejących obok narodowych.

Podsumowując, Tamir zupełnie mnie nie przekonała, zarówno jeżeli chodzi o diagnozę sytuacji, jak i proponowane rozwiązania. Co więcej, moim zdaniem książka zawiera tyle uproszczeń i jest tak słabo udokumentowana, że dziwię, że przeszła proces recenzyjny w renomowanym wydawnictwie. Lektura nieobowiązkowa