Kiedy wybuchła II wojna światowa?

Przyzwyczailiśmy się do 1 września 1939 jako daty wybuchu II wojny światowej. Atak III Rzeszy na II RP jako wydarzenie rozpoczynające wojnę świetnie się też wpisuje w ideologię narodowej wiktymologii. Można do znudzenia powtarzać w rocznicowych przemówieniach i publicystyce, że byliśmy pierwszą ofiarą totalitarnej agresji, że cierpieliśmy jak żaden inny naród. Najczęściej tego typu głosy stanowią nie tyle opis zamkniętej przeszłości, ile również  implicite, jeżeli nie otwarcie, wyrażają pewne roszczenie hinc et nunc. Że jako pierwszej ofierze należą się jakieś swoiste względy czy uprzywilejowany status, np. mamy szczególne moralne prawo do promowania własnej narracji na temat II wojny światowej.

Jednak jeżeli potraktować określenie II wojna światowa poważnie, jeżeli serio potraktować wojnę jako konflikt o charakterze światowym i założyć, że wydarzenia na innych kontynentach miały równą wagę, co w Europie, to początku II wojny światowej można szukać nieco wcześniej. Nie chodzi mi o zastąpienie jednego narodowego punktu widzenia innym np. czeskim, litewskim czy francuskim. Nie chcę też szukać początków długotrwałych procesów, które przyczyniły się do wojny (na przykład gospodarczych) czy analizować kolonialnej genezy Holocaustu. Chodzi o wydarzenie, które miało bezpośredni związek z II wojną. Było pierwszym i trwałym, a nie tylko chwilowym i tymczasowym, naruszeniem międzynarodowego ładu (których było przecież wiele w całym okresie międzywojennym); konfliktem zbrojnym, stanowiącym zapowiedź próby budowania nowego porządku, który przekształcił się w trwałą wojnę.

Jeżeli spojrzeć na II wojnę z tej perspektywy, to najlepszym kandydatem na datę wyznaczającą początek tego konfliktu jest 7 lipca 1937 roku. Wówczas Japonia zaatakowała Chiny. Chociaż Japonia formalnie nie wypowiedziała wojny, to de facto rozpoczęła totalną i ludobójczą wojnę, czego najbardziej znanym przejawem była masakra w Nankinie na przełomie 1938 i 1939 roku, w której zginęło według różnych szacunków od 40 do 500 tys. mieszkańców stolicy Chin. Chociaż jak wspominałem naruszeń porządku międzynarodowego nie brakowało wcześniej, to jednak atak Japonii godzący w gwarantowaną przez traktat dziewięciu z 1922 roku integralność Chin, przeobraził się w przedłużającą się wojnę, która zakończyła się dopiero we wrześniu 1945 roku, stając się pierwszą fazą II wojny światowej. Japońska agresja na Chiny stanowiła pierwszą trwałą próbę stworzenia nowego porządku, o którym mówił Pakt Trzech z 1940 roku. Ten nowy porządek miał zastąpić stały ład, który wyznaczały traktaty podpisane po I wojnie światowej w Wersalu i Waszyngtonie.

Chociaż w polskim życiu politycznym, a nawet w polskiej historiografii taka teza może się wydawać ekstrawagancka, to ma ona swoich zwolenników wśród historyków z innych krajów, którzy mam wrażenie częściej potrafią wyjść poza wąskie narodowe ramy. Można przypomnieć, że już w 1964 roku brytyjski historyk Geoffrey Barraclough w książce „Introduction to Contemporary History” (przetłumaczonej na język polski zresztą) pisał, że to Japończycy rozpoczęli II wojnę światową. Nie sądzę co prawda, aby w kraju, w którym historiografię często myli się z opowiadaniem narodowych bajek, ktoś się za bardzo przejął tym, co piszę. Niemniej warto czasem przypomnieć, że Polska, czy nawet Europa, to nie pępek świata.

Antarktyczny patrol: ocal biały kontynent

Cynthia Miller-Idriss, The Extreme Gone Mainstream. Commercialization and Far Right Youth Culture in Germany, Princeton University Press, Princeton and Oxford 2017, ss. 278.

Skrajnie prawicowa i neo-nazistowska młodzież może się kojarzyć subkulturą skinheadów i ze sceną muzyczną Rock Against Communism (RAC): osobnikami z ogolonymi głowami, ciężkimi wysokimi butami, wojskowymi kurtkami i podwiniętymi nogawkami jeansów. Cynthia Miller-Idriss w swojej nowej książce przygląda się przeobrażeniom skrajnie prawicowej kultury młodzieżowej w Niemczech, pokazując, że ten obraz ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. Autorka skupia się na niemieckich firmach odzieżowych (np. na powstałym w 2002 roku Thor Steinar), które oferując modną i dobrej jakości odzież promującą równocześnie radykalnie nacjonalistyczną i rasistowską ideologię. Dzięki zerwaniu ze skinowską estetyką i rezygnacji z otwartej pochwały nazizmu firmy w trakcie ostatnich kilkunastu lat wkroczyły do mainstreamu i stały się atrakcyjne dla młodzieży, która nie identyfikuje się i nie chce być postrzegana przez pryzmat radykalnej subkultury. Wykorzystując bogate archiwum zdjęć nazistowskiej i neonazistowskiej ikonografii, a także odwołując się do 62 wywiadów z niemieckim uczniami oraz nauczycielami ze szkół zawodowych Cynthia Miller-Idriss analizuje specyfikę nowego typu skrajnie prawicowej symboliki, przyczyny popularności prawicowych marek wśród młodzieży, a także funkcje i konsekwencje noszenia odzieży z radykalnym przekazem.

Książka koncentruje się na pięciu kwestiach. W pierwszej kolejności autorka analizuje różnego rodzaju kody i zawoalowane przekazy. Niektóre są stosunkowe proste do rozszyfrowania (na przykład 88 oznaczające dwie ósme litery alfabetu, co stanowi skrót od Heil Hitler czy oparty podobonej logice kod 18) inne są zupełnie nieczytelne dla osób, które nie znają historii III Rzeszy. Niektóre przekazy wyglądają zupełnie niewinnie i na pierwszy rzut nie mają radykalnie politycznego wydźwięku. Na przykład koszulka Antarktyczny patrol może się kojarzyć z ochroną środowiska, jednak kontekst (inne koszulki tej marki, sama marka) sugeruje, że przekaz ma rasistowski charakter.

ocal bialy kontynent

Druga kwestia analizowana przez autorkę to motywy z nordyckiej i germańskiej mitologii pojawiające się często na odzieży prawicowych marek. Te mitologiczne wątki nawiązują do mitu pochodzenia Niemców od starożytnych Germanów i Skandynawów, tym ostatnim z kolei przypisuje się aryjskie początki. W ten sposób prawicowe marki promują rasistowskie idee bez uciekania się do explicite rasistowskich haseł. Trzeci problem to obrazy przemocy i śmierci obecne na nacjonalistycznej odzieży, które pełnią podwójną funkcję: sygnalizują gotowość ich nosicieli do użycia przemocy, a także komunikują wrogość do grup postrzeganych jako obce i wrogie, na przykład do imigrantów czy mniejszości seksualne. Czwarty temat to transnarodowy wymiar symboliki nacjonalistycznej odzieży. Logika maksymalizacji zysku prowadzi firmy odzieżowe do poszukiwania nowych rynków zbytu. Aby dotrzeć do odbiorców z innych krajów firmy wykorzystują również ekstremistyczne symbole spoza niemieckiego kontekstu. Ostatnia kwestia to wizerunek męskości promowany przez firmy odzieżowy. Jak pokazuje autorka dominują tutaj obrazy hipermęskości (np. muskularnych nordyckich bogów), co związane jest z kultem siły i przemocy. Jak sugeruje autorka młodzieży z klasy robotniczej często niedostępne są inne wyznaczniki sukcesu w społeczeństwie, więc kompensują je sobie przesadnie podkreślaną męskością.

Autorka pokazuje, że popularność tego typu odzieży wynika przede wszystkim z dwóch przyczyn. Po pierwsze, odzież zaspokajania potrzebę przynależności do grupy i ekspresji tożsamości. Równocześnie jednak noszenie tego typu odzież kształtuje tożsamość młodzieży, pozwala na eksperymentowanie i „wypróbowywanie” jednej z opcji tożsamościowych, zwłaszcza, że jej noszenie nie spotyka się ze społeczną niechęcią. W przeciwieństwie do „munduru” skinheadów nowy typ odzieży nie rzuca się w oczy, jej przekaz jej zrozumiały jedynie dla wtajemniczonych, hasła nie są ostentacyjnie rasistowskie czy nazistowskie. Jednak noszenie odzieży skrajnie prawicowych marek z ich radykalnymi hasłami  normalizuje rasizm, przemoc, ksenofobię i może stanowić pierwszy krok do radykalizacji i przystąpienia do ekstremistycznych grup politycznych. Po drugie, autorka sugeruje, że rasistowska odzież cieszy się popularnością, zwłaszcza wśród młodzieży z klasy robotniczej, która czuje się marginalizowana i pozbawiana możliwości awansu społecznego. Dla tych młodych ludzi noszenie rasistowskiej odzieży to sposób na wyrażenie swojej frustracji, gniewu i sprzeciwu wobec mainstreamowych instytucji społecznych, a także środek prowokowania ludzi, którzy mają nad nimi władzę.

Podsumowując, książka stanowi interesujący wkład w studia nad ekstremizmem, które zbyt często koncentrują się analizie oficjalnych ideologii lub poparcia wyborczego. Cyntia Miller-Idriss pokazuje natomiast znaczenie kulturowego wymiaru ekstremizmu oraz jego emocjonalny oddźwięk. Słusznie również argumentuje, że zwalczanie ekstremizmu wśród młodzieży nie może polegać tylko na propagowaniu wiedzy i krytyce skrajnych ideologii, lecz również musi brać pod uwagę emocjonalne potrzeby tej grupy. Pewna słabość książki to dość wąski zakres, tj. koncentracja na odzieży, a przecież radykalne idee wyrażana są na przykład także przez muzykę, tatuaże czy różnego gadżety, czego zresztą autorka zdaje sobie sprawę i postuluje dalsze badania. Cynthia Miller-Idriss ma również ambicje teoretyczne, np. argumentuje, że trzeba spojrzeć na towary z nowej perspektywy: że są one nie tylko częścią systemu ekonomicznego, który produkuje i reprodukuje społeczne nierówności, lecz również niosą ze sobą kulturowe znaczenia, emocje i wartości. Jednak trudno te teoretyczne wnioski uznać za jakoś szczególnie odkrywcze. Wielu badaczy wskazywało na podobne mechanizmy pisząc o związkach kultury i ekonomii, konsumpcji znaczeń kulturowych czy markach jako symbolach stylu życia. Chociaż teoretyczna część książki wydaje się raczej słaba, to praca jako studium przypadku warta jest uwagi.

Demokratyczna rewolta?

Roger Eatwell, Matthew Goodwin, National Populism. The Revolt Against Liberal Democracy, London: Pelican 2018, ss. 344.

Eatwell i Goodwin postawili sobie ambitny cel wyjaśnienia przyczyn rosnącej popularności w świecie zachodnim partii typu Zjednoczenie Narodowe, Alternatywa dla Niemiec, Fidesz, Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, polityków pokroju Donalda Trumpa czy niechęci do UE (Brexit). Autorzy łączą ze sobą dość różne partie, polityków i zjawiska określając je wspólnym mianem narodowego-populizmu, który trzeba odróżnić od faszyzmu i neofaszyzmu czy skrajnej prawicy. Nie zgadzają się z katastroficznym tonem niektórych komentatorów piszących o odrodzeniu faszyzmu. Dość przekonująco wykazują szereg różnic między faszyzmem (neofaszyzmem) a narodowym populizmem. Na przykład przypominają, że narodowo-populistyczni ideolodzy nie odwołują się do kultu wodza czy idei imperialnej ekspansji. Nie można również – podkreślają Eatwell i Goodwin – utożsamiać analizowanego zjawiska ze skrajną prawicą, ponieważ narodowi populiści zrezygnowali z antysemityzmu i rasistowskiej retoryki. Jednak autorzy bagatelizują kwestię niechęci wobec muzułmanów. Rzecz charakterystyczna, że w ogóle nie poświęcają uwagi islamofobii (samo pojęcie pojawia się tylko raz w ich książce), a przecież piszą o partiach mobilizujących swoje poparcie odwołując się do retoryki strachu i zagrożenia ze strony muzułmanów. Ignorują także w zasadzie dyskusję na temat zmieniającej się natury rasizmu, który z biologicznego przekształcił się w mniej oczywisty i widoczny subtelny, banalny czy kulturowy i selektywny rasizm.

populism 1

 

Szukając odrębności narodowego-populizmu Eatwell i Goodwin zwracają uwagę na połączenie antyestablishmentowej („my” prości ludzie versus „oni” skorumpowane elity) i nacjonalistycznej retoryki (obrona interesów i kultury narodowej), które łączą się ze specyficznym rozumieniem demokracji. Otóż autorzy przekonują, że narodowi populiści nie odrzucają demokracji, lecz jedynie występują przeciwko jej liberalnej wersji. Narodowi populiści atakują demokratyczne instytucje przedstawicielskie i koncentrację władzy w rękach elit dążąc – zdaniem autorów książki – do pogłębienia demokraci bezpośredniej dającej więcej władzy woli ludu. O ile faktycznie tego typu partie odwołują się do woli powszechnej (a raczej do woli narodu), to jednak nie zawsze rozumieją ją w sposób demokratyczny. Można wspomnieć chociażby Prawo i Sprawiedliwości z jego polityką konsolidacji i centralizacji władzy, ograniczania społeczeństwa obywatelskiego i marginalizacji opozycji. Polityce PiS nie towarzyszy żadne wzmacnianie instytucji demokracji bezpośredniej na modłę szwajcarską. Trump również nie doszedł do władzy pod hasłami umacniana demokracji bezpośredniej, a zwolennicy Brexitu chociaż wspominają o pewnych reformach (np. likwidacji Izby Lordów) równocześnie nie chcą drugiego referendum, ponieważ przeczyłoby to… zasadom demokracji. Trudno pogodzić z tezą o pogłębianiu demokracji retorykę prawa i zagrożenia porządku dającą priorytet bezpieczeństwu kosztem praw obywatelskich. Narażone na łamanie są zwłaszcza prawa mniejszości imigranckich (czasem również seksualnych), które są podejrzewane i oskarżane o brak lojalności wobec państwa i wrogość wobec narodowej tradycji. Autorzy biorą demokratyczną retorykę narodowych populistów za dobrą monetę nie próbując krytycznie zastanowić się co się za nią kryje: czy kreowanie atmosfery zagrożenia, ograniczenie praw obywatelskich, demontaż konstytucyjnej kontroli nie może przerodzić się łatwo w autorytarne rządy sprawowane rzekomo w imię woli powszechnej?

Główna część książki dotyczy próby wyjaśnienia przyczyn poparcia dla narodowych populistów: kto i dlaczego głosuje na tego typu partie i polityków.  Wbrew popularnej opinii autorzy dowodzą, że nie można redukować poparcia dla narodowych populistów do białej klasy robotniczej czy grup ekonomicznie wykluczonych. Chociaż te grupy stanowią ważną część elektoratu narodowych populistów, to jednak nie jedyną i nie one decydują o ich sile wyborczej. Na przykład za Emily Ekins autorzy National Populism przypominają, że na Trumpa głosowało kilka typów wyborców: 1) Staunch Conservatists (zagorzali konserwatyści) – moralni tradycjonaliści, lojalni Republikanie, często należący do klasy średniej, umiarkowanie wykształceni, 2) Free Marketeers (wolnorynkowcy) –  członkowie klasy średniej, posiadający własne domy i wysokie dochody. W sumie te dwie grupy dały Trumpowi ponad połowę głosów. Kolejne kategorie wyborców to: 3) Preservationists (zachowawczy wyborcy) – cechują się niskimi dochodami (poniżej 50 tys. $ na gospodarstwo) i na ogół brakiem wyższego wykształcenia, 4) Anti-Elites (antyelitarni wyborcy) – mają wyższe dochody niż poprzednia kategoria ale są niezadowoleni ze swojego statusu, 5) Disengaged (niezaangażowani) – niewielka grupa, mało wiedząca o polityce i o mało wyraźnych preferencjach. Podobnie ma się rzecz z narodowymi populistami w Europie, na których głosują bardzo różnorodni wyborcy – nie da się zredukować do jednego typu.

Autorzy dość przekonująco argumentują, że nie można wyjaśnić poparcia dla narodowo-populistycznych partii w kategoriach głosów protestu czy reakcji na kryzys ekonomiczny w 2008 roku. Jedna ze słabości dyskusji nad przyczynami poparcia – piszą – to koncentrowanie się na ostatnich niedawnych wydarzeniach. Jak sugerują wynika to z naiwnej wiary, że wraz z polepszającą się sytuacją ekonomiczną poparcie dla partii narodowo-populistycznych spadnie i sytuacja wróci do status quo ante. A przecież jak trafnie zauważają ludzie nie tylko wąsko rozumianą ekonomiczną racjonalnością, lecz biorą również pod uwagę kwestii tożsamościowe czy kulturowe. Jeżeli spojrzymy z dłuższej perspektywy czasowej – argumentują Eatwell i Goodwin – to dostrzeżemy 4 De, czyli cztery „prawomocne niepokoje” stojące u źródeł głosowania na narodowych populistów: distrust (brak zaufania), destruction (zniszczenie), deprivation (deprywacja), dealignment (osłabienie identyfikacji jednostek z partiami politycznymi). I tak autorzy pokazują malejący od dziesięcioleci poziom zaufania do polityków i demokratycznych instytucji mający swoje uzasadnienie w rosnącym wyobcowaniu polityków ze społeczeństwa pod względem dochodów, wykształcenia czy zawodu (na przykład w 2014 roku połowa kongresmanów, po równo Demokraci i Republikanie, to milionerzy). Do wzrostu nieufności – argumentują Eatwell i Goodwin – przyczynił się również proces integracji europejskiej, który miał odgórny i mało przejrzysty charakter prowadząc do powstania ponadnarodowych instytucji odległych od zwykłego obywatela. Pojęcia zniszczenia autorzy używają w kontekście rosnącej proporcji imigrantów w zachodni społeczeństwach, która wywołuje ich zdaniem uzasadnione obawy o przetrwanie narodowych i kulturowych tożsamości. Natomiast deprywacja odnosi się do rosnących nierówności społecznych, spadku dochodów niższych grup społecznych, a także do coraz większego braku bezpieczeństwa pracy do czego przyczynia się automatyzacja i globalizacja. Nie chodzi jednak tylko o same nierówności, lecz również o utratę wiarę w przyszłość przez różne grupy społeczne, a także o przekonanie, że pewnym grupom powodzi się niezasłużenie lepiej niż innym, zwłaszcza imigrantom i różnego rodzaju mniejszościom, których państwo wspiera ignorując potrzeby większości obywateli. Następuje również osłabienie więzi jednostek z partiami politycznymi, co częściowo wynika ze zmian w strukturze społecznej, np. kurczenia się klasy robotniczej, a częściowo również z ignorowania przez tradycyjne partie wspomnianych wcześniej społecznych trosk. Rośnie liczba niezdecydowanych wyborców, którzy coraz częściej głosują na narodowych populistów umiejętnie wpisujących się w społeczne oczekiwania.

Eatwell i Goodwin dużo wysiłku wkładają w to, aby przekonać, że obawy wyborców mają realne podstawy. Jednak niekiedy niezbyt wyraźnie rozróżniają dwie kwestie: społeczną percepcję zachodzących zmian czy różnych polityk, a analizę samych zmian czy polityk. Na przykład analiza postrzegania procesu integracji europejskiej jako oderwanego od życia obywateli przeradza się w krytykę samej integracji. Jednak autorzy nie zauważają, że integracja europejska wiązała się z presją na decentralizację i regionalizację wielu państw członkowskich i powstanie instytucji bliżej obywateli (warunek korzystynia ze środków ramach polityki spójności). Podobnie na przykład jeżeli chodzi o obawy przed imigrantami, co trzeba przyznać zauważają niekiedy sami autorzy, które wywołane są nie przez rzeczywistą politykę imigrancką (państwa kontrolują imigrację i co więcej w rosnącym stopniu traktują imigrantów w kategoriach zagrożenia bezpieczeństwa) czy faktyczną liczbą imigrantów, lecz mają także swoje źródło w zupełnie wymyślonych lękach (czego przykładem może być reakcja polskiej prawicy na tzw. kryzys migracyjny). Autorzy analizują, by tak powiedzieć stronę popytową popularności narodowych populistów pokazując, że poparcie dla nich stanowi odzwierciedlenie autentycznych społecznych trosk. Nie zauważają jednak, że sami narodowi populiści, a także politycy z innych opcji politycznych, media produkują niektóre z tych trosk, czego przykładem może być wspólne chyba niemal wszystkim mainstreamowym partiom patrzenie na migrantów przez pryzmat bezpieczeństwa narodowego. Co więcej sami autorzy posługują się czasem językiem, który legitymizuje narodowo-populistyczny ogląd świata pisząc chociażby „nielegalnych imigrantach”, „kryzysie uchodźczym” itd. (czy reprodukując bezwiednie przekonanie, że Zjednoczone Królestwo to nie jest Europa). To właśnie taka retoryka – obecna w mediach, przemówieniach polityków czy publicystyce nie tyle odzwierciedla, ile kształtuje wyobrażenia sprzyjające na przykład kryminalizacji migrantów i postrzegania ich w kategoriach kłopotu czy zagrożenia.

Chociaż niektóre kwestie, zwłaszcza migracji autorzy nadmiernie uprościli, to jednak ich główną tezę warto potraktować poważnie. Otóż przekonują oni, że sukcesy partii narodowo-populistycznych to nie chwilowa aberracja, lecz zjawisko, które ma głębokie i długotrwałe społeczne podłoże. Nie można się spodziewać, że narodowi populiści szybko znikną ze sceny politycznej, ponieważ za ich poparciem stoją rzeczywiste i realne problemy, którymi nie radzą sobie liberalne demokracje. Wydaje się mało prawdopodobne, aby te problemy zniknęły same z siebie wraz z poprawą koniunktury ekonomicznej. Słowem, jeżeli liberalne demokracje nie zrobią nic z rosnącymi nierównościami, alienacją klasy politycznej i brakiem zaufania do polityków to może się spełnić znacznie czarniejszy scenariusz niż przewidują autorzy National Populism.

Iluzja liberalnego nacjonalizmu

Yeal Tamir, Why Nationalism, Princeton University Press, Princeton and Oxford 2019, ss.205.

Liberalni komentatorzy z niepokojem piszą o erupcji populizmu, rasizmu i ksenofobii w zachodnich demokracjach. Niektórzy z przerażeniem snują historyczne analogie do lat 30. XX wieku nawołując do mobilizacji progresywnych ruchów, aby zatrzymać pochód irracjonalizmu i uchronić świat przed ponowną katastrofą. Yeal Tamir sugeruje, że liberalni analitycy niepotrzebnie panikują. Jej zdaniem renesans nacjonalizmu – bo z tym w istocie mamy to czynienia – to nie tyle irracjonalny atak na demokrację, ile racjonalna obrona swoich interesów przez „bezbronne” czy „bezradne” klasy społeczne. Autorka argumentuje, że rosnąca fala nacjonalizmu to wyraz sprzeciwu tych klas wobec oderwanych od problemu zwykłych ludzi elit i ich programu globalizacji. Proces globalizacji zaszedł bowiem zbyt daleko prowadząc do atrofii więzi społecznych, alienacji, skrajnego indywidualizmu i pauperyzacji niższych klas. Główna teza książki brzmi, że to liberałowie, społeczni demokraci i wszyscy postępowcy chcąc ratować demokrację nie powinni widzieć wroga w nacjonalizmie, a raczej sprzymierzeńca: muszą przejąć i oswoić nacjonalizm i wykorzystać go do liberalnych i demokratycznych celów. Słowem, potrzebujemy liberalnego nacjonalizmu.

why
Pojęcie liberalnego nacjonalizmu może wydawać się oksymoronem, zwłaszcza w języku polskim. Autorka odwołuje się tutaj do ugruntowanego we współczesnej socjologii narodu rozumienia nacjonalizmu jako poczucia tożsamości narodowej stanowiącego podstawę organizacji życia politycznego. Za takimi autorami jak Liah Greenfeld, Ernest Gellner czy Benedict Anderson pokazuje w jaki sposób państwo narodowe stało się główną instytucją polityczną nowoczesności. Tamir przypomina dobrze znany z literatury historycznej i socjologicznej obraz podkreślając przede wszystkim pozytywne funkcje państwa narodowego. Chociaż nie zapomina o paskudnym obliczu nacjonalizmu, na przykład wspominając, że stanowił ważny element faszyzmu i nazizmu, to koncentruje się głównie na jego jasnych stronach. Podkreśla, że państwo narodowe radykalnie zmieniło relacje między rządzonymi a rządzącymi: poddani stali się obywatelami dysponującymi politycznymi, a z czasem również społecznymi prawami. Zbyt często się zapomina – pisze Tamir – że demokracja liberalna – powstała jako państwo narodowe, które stanowiło główną instytucję odpowiedzialną za redystrybucję dóbr i zmniejszanie nierówności społecznych.

Liberalizm i nacjonalizm uzupełniały się: ten drugi dawał jednostkom poczucie wspólnotowości, wyznaczał granicę wspólnoty i uzasadniał ponadklasową solidarności i poświecenie na rzecz dobra wspólnego. Nacjonalizm dostarczał jednostkom silnej tożsamości kulturowej, która nadawała sens ich wyborom. Jednak miejscami obrona nacjonalizmu przez autorkę idzie zbyt daleko i jest mało zrozumiała nie tylko w świetle liberalnych założeń, ale i współczesnej socjologii narodu. Na przykład ilustrując znaczenie kontekstu narodowego Tamir przytacza znaną wypowiedź Josepha de Maistre: „Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan etc.; wiem nawet, dzięki Monteskiuszowi, że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu; jeśli istnieje, to nic o tym nie wiem” (s.43). Jednak „Włoch” czy „Francuz” jest podobną abstrakcją jak „człowiek” w świetle koncepcji przywoływanych przez autorkę w książce, np. teorii społecznej tożsamości. De Maistre po prostu bezrefleksyjnie uznał kategoryzację ludzi ze względu na przynależność narodową za ważniejszą niż inne kategoryzacje na przykład uniwersalne czy odmienne partykularne kategoryzacje. W tym cytacie sprawiającym wrażenie prostej obserwacji nie ma nic oczywistego. Inaczej mówiąc, w książce brakuje wyjaśnienia dlaczego to kontekst narodowy, w przeciwieństwie do innych społecznych kontekstów, powinien mieć nadrzędny charakter jako wyznaczający sens ludzkiemu życiu.

Tamir wyjaśnia, że sojusz między liberalizmem a nacjonalizmem w ostatnich dziesięcioleciach uległ osłabieniu za sprawą globalizacji. Nie jest jednak jasne kogo autorka wini za ten stan rzeczy: raz pisze o liberałach, innym razem o elitach czy neoliberalizmie. Niekiedy zdaje się przejmować prosty populistyczny schemat przeciwstawiając zwykłych ludzi bliżej nieokreślonym globalistom. Jedno jest natomiast pewne: zdaniem autorki globalizacja doprowadziła do powstania asymetrycznej sytuacji, z której korzystają głównie wąskie bogate elity cieszące się możliwościami jakie daje świat bez granic. Elity nie ponoszą żadnych kosztów globalizacji przerzucając je na niższe klasy społeczne, które nie mają środków żeby przenosić się z miejsca na miejsce. Niemobilne klasy społeczne doświadczają bezrobocia, bo zakłady bankrutują lub przenoszą się tam, gdzie koszty pracy są niższe. Muszą radzić sobie z niepewnością i ryzykiem utraty statusu. Zmagają się z kryzysem tożsamości narodowych spowodowanym coraz większą liczbą kulturowo odmiennych imigrantów. Nieuprzywilejowane klasy – argumentuje dalej Tamir – borykają się z rosnącą marginalizacją, ponieważ państwa w ramach polityki wyrównywania szans więcej uwagi poświęcają „the line jumpers” (s.169): kobietom, imigrantom, tubylcom. Nic dziwnego, że w tej sytuacji biali mężczyźni z klasy robotniczej – bo to oni zdaniem autorki są głównymi ofiarami globalizacji – popierają polityków odwołujących się do nacjonalistycznej retoryki. Głosowanie na partie obiecujące wzmocnienie państwa narodowego – to zdaniem Tamir – całkiem racjonalna opcja wynikająca z rzeczywistych problemów, które liberałowie powinni potraktować poważnie.

Gwoli ścisłość trzeba dodać, że autorka wyróżnia jeszcze jeden nacjonalizm, mianowicie separatyzm charakterystyczny dla obecnego okresu kryzysu państwa narodowego. W przeciwieństwie jednak do nacjonalizmu bezbronnych ten typ nie cieszy się jej sympatią. Odwołując się głównie do przykładu Katalonii Tamir argumentuje, że separatyzm to ruch bogatych, którzy uznali, że secesja im się ekonomicznie opłaca. Słowem, separatyzm to przejaw braku społecznej solidarności z innymi mniej zasobnymi regionami państwa. Jednak autorka upraszcza sprawę redukując przyczyny separatyzmu do ekonomicznej kalkulacji, a zaniedbując na przykład tak podkreśloną przez siebie w innych miejscach potrzebę uznania, sensu czy kontroli zbiorowego losu. Poza tym nie wszystkie ruchy secesjonistyczne rozwijają się w bogatszych regionach, by wspomnieć Bretanię czy nawet Szkocję. Trzeba również dodać, że na przykład szkoccy nacjonalistyczni liderzy mają nadzieję, że secesja pozwoli na prowadzenie bardziej społecznie progresywnej polityki niż jest to możliwe obecnie, gdy Szkocja stanowi część Wielkiej Brytanii. W Szkocji bowiem Partia Konserwatywna cieszy się znacznie mniejszą popularnością niż w Anglii. Znowu mamy więc uproszczenie: trudno zarzucać szkockim nacjonalistom brak solidarności, przeciwnie, uważają, że rząd powinien prowadzić bardziej aktywną politykę społeczną, a Szkocja powinna zostać w Unii Europejskiej.

Główny problem z książką Tamir to liczne i zbyt daleko posunięte uproszczenia. Miejscami, jak już wspominałem, język autorki nie przypomina analizy, lecz retorykę nacjonalistycznych partii, które przedstawiają się jako reprezentanci wykluczonych choć de facto przyciągają wyborów z różnych grup społecznych. Na przykład autorka pisze o tym, że imigranci w Europie Zachodniej się nie integrują, choć badania pokazują tendencję do kulturowej integracji. Krytykuje politykę otwartych granic, jednak żadne chyba państwo na świecie takiej polityki nie prowadzi. Przeciwnie, jeszcze nigdy na świecie nie zbudowano tylu murów granicznych. Zarówno zachodnie partie prawicowe, jak i mainstreamowa lewica prowadzą politykę sekurytyzacji i kryminalizacji migracji, która uderza głównie w migrantów z mniej uprzywilejowanych grup i krajów. Autorka pisze o uzasadnionych obawach przed imigrantami, ignorując przypadki anty-imigranckiej paniki takie jak na przykład w Polsce. W tym jednym z najbardziej homogenicznych krajów UE perspektywa przyjęcia kilku tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu wywołała zupełnie niewspółmierne reakcje: mainstreamowi politycy mówili o końcu europejskiej cywilizacji, muzułmańskiej inwazji i zagrożeniu istnienia narodu polskiego.

Nie jest jasne na czym miało by polegać przejęcie nacjonalizmu przez liberałów czy społecznych demokratów. Abstrahując już od tego, że lewica nigdy nie będzie w grze o naród tak autentyczna jak nacjonaliści, to apoteoza państwa narodowego w obliczu globalnych problemów nie wydaje się sensowna. Redystrybucja w skali państwa nie zlikwiduje ogromnych różnic między globalną Północą a Południem. Państwa narodowe nie rozwiążą w pojedynkę problemu globalnego ocieplenia i jego skutków, na przykład w postaci klimatycznych uchodźców. Prowadzona polityka ochrony narodowych granic w imię bezpieczeństwa narodowego wpycha migrantów w ręce przemytników i naraża na niebezpieczeństwo (w Morzu Śródziemnym ginie rocznie kilka tysięcy migrantów), prowadzi do powstania podklasy nieudokumentowanych pozbawionych praw pracowników. Na czym miałaby polegać liberalna odpowiedź? Jeszcze większej kontroli? Trzeba nie tyle powrotu do nacjonalizmu, jakiegoś złotego okresu państwa narodowego, ile wypracowania nowych transnarodowych i globalnych form solidarności, nie tyle zastępujących, ile istniejących obok narodowych.

Podsumowując, Tamir zupełnie mnie nie przekonała, zarówno jeżeli chodzi o diagnozę sytuacji, jak i proponowane rozwiązania. Co więcej, moim zdaniem książka zawiera tyle uproszczeń i jest tak słabo udokumentowana, że dziwię, że przeszła proces recenzyjny w renomowanym wydawnictwie. Lektura nieobowiązkowa

Polityka kryzysu migracyjnego w Polsce

Tym razem będzie nietypowo, ponieważ piszę o swojej własnej książce pt. The Everyday Politics of Migration Crisis in Poland. Between Nationalism, Fear and Empathy, która ukazała się właśnie w wydawnictwie Palgrave Macmillan. Nie mam zamiaru recenzować sam siebie. Spróbuję natomiast przybliżyć główne tezy książki, żeby potencjalny czytelnik mniej więcej wiedział czego się po niej spodziewać. Może post skłoni kogoś do sięgnięcia po książkę, a może wręcz przeciwnie odwiedzie od tego zamiaru i dzięki temu zaoszczędzi nieco czasu i pieniędzy, bo praca niestety do tanich nie należy (chociaż paskudni rosyjscy piraci w imię chorej idei otwartej nauki już zadbali, by każdy miał do niej wolny dostęp). Siłą rzeczy obraz książki w krótkiej notce mogę zarysować jedynie bardzo grubą kreską, nie wchodząc w szczegóły i niuanse mojej argumentacji, ani nie pokazując jak wiele zawdzięczam studiom innych badaczy (zainteresowanych odsyłam do wstępu, a także do spisu literatury w książce).

pal k
Moje studium ma charakter jakościowy: nie odwołuje się do analiz opartych na losowej próbie, które można uogólnić na całe polskie społeczeństwo. Chociaż próba jak na badania ilościowe jest duża (pierwotne plany zakładały przeprowadzenie kilku studiów przypadku), to ze względu na nielosowy dobór nie ma charakteru reprezentatywnego. Zwolennicy badań ilościowych mogą książkę potraktować jako materiał przydatny do formułowania hipotez, które następnie dają się testować za pomocą metod kwantytawnych. Jednak przyjmuję, podobnie jak wielu innych badaczy, że analizy jakościowe mają samoistną wartość: dają bowiem głęboki wgląd w to, jak sami badani interpretują rzeczywistość społeczną. Upraszczając można powiedzieć, że o ile badania ilościowe sprowadzają zachowania (czy sposób myślenia) do relacji kilku wyrażonych w postaci liczbowej zmiennych, o tyle badania jakościowe oferują bogaty w detale opis tego, jak sami ludzie nadają sens swoim zachowaniom i otaczającemu ich światu.

Odwołując się do wywiadów częściowo ustrukturyzowanych moja książka ma na celu analizę jak ludzie w Polsce nadawali sens kryzysowi migracyjnemu. Uznałem jednak, że trudno rozpatrywać tę kwestię abstrahując od szerszego kontekstu, a więc od samego kryzysu migracyjnego i dyskursu politycznego i medialnego. Rekonstruując ten kontekst w książce argumentuję, że nie było żadnego kryzysu migracyjnego, mieliśmy natomiast do czynienia z kryzysem ochrony praw uchodźców. Do tego kryzysu ochrony praw uchodźców przyczyniła się sama UE swoją mało zdecydowanymi i niespójnymi działaniami. Wbrew obiegowym opiniom polityka unijna wcale nie polegała na otwarciu drzwi na uchodźców i migrantów. Przeciwnie, od kilkudziesięciu lat UE prowadzi działania, których istotę dobrze ujmuje określenie „twierdza Europa” (fortress Europe). Przejawem tej polityki jest na przykład outsourcing i offshoring kontroli granicznej, a także blokowanie uchodźcom możliwości legalnego wjazdu do EU, co wpycha ich w ręce przemytników oferujących nielegalną i niebezpieczną podróż przez Morze Śródziemne (obecnie to najbardziej śmiertelna granica na świecie). W odpowiedzi na tzw. kryzys migracyjny UE, o czym z dumą mówił Donald Tusk, zacieśniła również współpracę z autorytarnymi krajami takimi jak na przykład Turcja czy Libia, które łamią prawa człowieka.

Jednak równocześnie UE zaproponowała program relokacji tych uchodźców, którzy w Europie już się znaleźli, aby odciążyć przede wszystkim Grecję i Włochy. Wbrew obecnej retoryce PiS nie było początkowo większych różnić między dwoma największymi polskim partiami. Rząd Ewy Kopacz z ociąganiem i niechęcią zgodził się na jednorazową relokację. PiS natomiast sugerował, że będzie respektować zobowiązania poprzedniego rządu. Z czasem retoryka PiS uległa radykalizacji: w książce pokazuję jak ta partia ewokowała antyislamskie (mające znamiona kulturowego rasizmu, a niekiedy biologicznego) oraz antyniemieckie wątki w celu mobilizacji poparcia i konsolidacji swojej władzy. Szczególnie zadowolony z tych analiz powinien być minister Jarosław Gowin. Nie tylko przybliżam światu sytuację w Polsce, ale również wspominam o nim samym: jak dzielnie własną piersią chciał bronić polskie niemowlęta przed hordami barbarzyńskich uchodźców.

Większa część książki dotyczy analizy wywiadów pod kątem stosunku do uchodźców oraz planu relokacji. Punkt wyjścia to opisanie rozumienia polskości, co stanowi ważne tło poglądów na temat uchodźców. W książce rozróżniam różne typy rozumienia polskości, pokazując tendencję do wykluczającego rozumienia narodu polskiego (odwołującego się nie tyle do etniczności, ile specyficznego rozumienia kultury), dającego się łatwo zmobilizować przeciwko różnym obcym postrzeganym jako kulturowo odmienni. W świetle badań sondażowych (zob. np. CBOS) nie dziwi, że w wielu wywiadach uchodźcy (utożsamiani z Syryjczykami, Arabami, muzułmanami) pojawiają się przede wszystkim jako zagrożenie dla polskiego narodu czy wręcz dla jego istnienia. W książce przyglądam się dokładnie różnym wymiarom tego zagrożenia, śledząc rozmaite sposoby esencjalizowania i naturalizowania różnic kulturowych/religijnych, które przybierają formę kulturowego i biologicznego rasizmu (islamofobii) – rzadko jednak otwarcie deklarowanego. O ile wcześniejsze studia pokazywały podobieństwa między islamofobią a antysemityzmem, argumentuję, że równie istotne, a może ważniejsze, są również analogie z anty-cyganizmem.

Oprócz wrogości wobec uchodźców wyróżniam również postawy przychylne i ambiwalentne. Postawy przychylne (welcomers) przybierały trzy postacie, które określam mianem: dyskursu otwartych granic (mówiąc w skrócie: każdy powinien mieć swobodę przemieszczania się) dyskursu wielokulturowości (Polsce dobrze zrobi nieco więcej kulturowej różnorodności) i dyskursu humanitarnego (trzeba pomóc ludziom w potrzebie). Nie było głosów opowiadających się za przyjęciem uchodźców, które odwoływały się do nakazów religijnych. Jeżeli w wywiadach pojawia się kwestia katolicyzmu, to w kontekście wyznacznika polskości, a przede wszystkim jako element zagrożonej polskości przez obcych. Nie pojawił się również argument pragmatyczny, np. przyjmijmy uchodźców, ponieważ jako państwo zobowiązaliśmy się prawnie do tego. W pewnym sensie niektórzy welcomers przypominali przeciwników przyjmowania uchodźców, tj. wiązali z uchodźcami wizję daleko idących zmian społecznych (np. Polska stanie się wielokulturowa). Mianem postaw ambiwalentnych określiłem głosy ludzi wahających się, nie mających zdania lub zgadzających się na przyjazd uchodźców pod pewnymi warunkami, które w dużej mierze pokazywały, że patrzyli na muzułmanów głównie przez pryzmat zagrożenia. Jednym w warunków akceptacji uchodźców była zwłaszcza bliskość religijna (chrześcijanie), a także na przykład praca (człowiek wartościowy to taki, który pracuje), a także normalność – bliżej nieokreślona, a więc zawsze podatna na zakwestionowanie.

Podsumowując, jak pisałem wcześniej, to bardzo rudymentarne streszczenie pomijające z jednej strony wiele szczegółów, a z drugiej wiele moich interpretacji. A wartość książki – myślę – leży przede wszystkim w szczegółach, na przykład wiwysekcji wypowiedzi o anty-islamskim charakterze, których nie można redukować tylko do biernej reprodukcji prawicowego politycznego dyskursu (duże znaczenie mały teź źródła transnarodowe – negatywne stereotypy krążące w sieciach migracyjnych). W przeciwieństwie do badań w Miastku, nie znalazłem większych (cokolwiek to znaczy w tym kontekście) różnic klasowych: bardzo różne dyskursy pojawiały się w wypowiedziach ludzi o rozmaitym statusie i odmiennej sytuacji ekonomicznej. Jedyne, co rzuca się w oczy: welcomers to na ogół ludzie z wyższym wykształceniem (biorąc pod uwagę nielosową próbę nie wspominałbym o tym, ale o podobnej zależności mówią inne badania, np. sondaże CBOSu). Moja książka sugeruje raczej, że kluczowe znaczenie dla stosunku wobec muzułmańskich uchodźców ma kwestia postrzegania różnic kulturowych, która w dużym stopniu jest niezależna od statusu społeczno-ekonomicznego. Sposób postrzegania różnic kulturowych wiąże się natomiast ze sposobem rozumienia narodu polskiego i szerszym strukturalnym kontekstem państwa narodowego z jego logiką symbolicznego i materialnego dzielenia ludzi na „nas” i „onych”.

Średnio nowe spojrzenie na „odrodzenie” Polski

Jochen Böhler, Wojna domowa. Nowe spojrzenie na odrodzenie Polski, przekład Robert Sudół, Znak, Kraków 2018, ss. 397.

W swojej ostatniej książce niemiecki historyk postanowił się przyjrzeć jak powstawała II Rzeczpospolita. Chociaż na ten temat budowy powstały już setki prac, Böhler argumentuje, że dominuje w nich wyidealizowana opowieść o bohaterskich czynach zjednoczonego narodu polskiego. Znamy tę lukrowaną narrację więc nie ma sensu jej tutaj w całości powtarzać. Oczywiście wielu badaczy pisało już bardziej sceptycznie o wydarzeniach z lat 1918 – 1921, jednak – jak zauważa trafnie Böhler – ich studia są rozproszone i znane głównie specjalistom. Krytyczne prace ani nie zmieniły znacząco syntetycznego obrazu budowy II RP, ani nie miały większego wpływu na wyobraźnię społeczną. Częściowo wynika to z faktu, że nie dostarczały jakiejś alternatywnej całościowej narracji. Böhler obiecuje, że jego książka naprawi to niedopatrzenie

Niestety nie do końca ten zamiar mu się udał: „Wojna domowa” nie tyle oferuje nowatorskie spojrzenie, ile miesza świeże interpretacje z miejscami bezrefleksyjną i tradycyjną historiografią. Zacznijmy jednak od rzeczy stosunkowo interesujących, podważających wspomnianą wcześniej patriotyczną opowieść o heroizmie Polaków, którzy o niczym innym nie marzyli jak tylko o niepodległości. W tym kontekście trzeba podkreślić pięć kwestii.

Po pierwsze, Böhler nie zakłada, że tożsamość narodowa to rzecz naturalna i oczywista: że każdy ma jasno określoną przynależność narodową, a narody to realne grupy społeczne o wyraźnych granicach, łatwo odróżnialne i niejako z natury zdolne do zbiorowego działania. Poważnie podszedł do ustaleń współczesnej socjologii narodu, która uczy, że naród to dynamiczny proces społecznej konstrukcji, a nie statyczny demograficzny fakt. Dzięki tej teoretycznej świadomości unika snucia schematycznej opowiastki o starciach między narodami, lecz pokazuje, że konflikty toczyły się również o kryteria przynależności narodowej, które dalekie były od jednoznaczności. Po drugie, nie ma w książce bezrefleksyjnego założenia, że państwo narodowe to rzecz godna pochwały i z definicji lepsza (cokolwiek to znaczy) od poprzedzających je imperiów. Pozwala to autorowi dostrzec skalę przemocy towarzyszącej procesowi powstawania państwa polskiego, której nie usprawiedliwia i nie lekceważy jak wielu historyków ślepo wpatrzonych w rzekomo wyższe narodowe racje niepodległościowych działaczy. Po trzecie, Böhler bardzo krytycznie podchodzi do kwestii społecznego zasięgu polskiej tożsamości narodowej. Przypomina, że większość potencjalnych Polaków stanowili chłopi, którzy generalnie nie myśleli w kategoriach narodowych. W efekcie polskie władze miały problem z mobilizacją chłopskiej populacji do walki o granice. Nawet sytuacja zagrożenie istnienia państwa nie wywołała w chłopach patriotycznego entuzjazmu. Po czwarte, książka pokazuje, że wojny o granice nie przypominały konwencjonalnych starć regularnych armii. Narzuca się raczej skojarzenie z Hobbesowskim stanem natury, wojny wszystkich ze wszystkimi. Dużą rolą odgrywały oddziały paramilitarne, które wsławiły się rabunkami i mordami na cywilach (chociaż dzielnie dotrzymywało im kroku polskie wojsko, np. terroryzując Żydów). Po piąte, z książki wyłania się obraz braku jedności, sprzecznych celów i interesów różnych polskich ośrodków władzy i stronnictw, które niekiedy z większą energią zwalczały siebie nawzajem niż zaborców. Konflikty między stronnictwami przekładały się również na konflikty w tworzonym polskim wojsku. Sytuacja niejednokrotnie – jak przekonuje autor – groziła wybuchem wewnętrznych walk. Nawet w obliczu bolszewickiego zagrożenia Polacy nie potrafili ze sobą sprawnie współpracować.

Narrację spaja pojęcie środkoweuropejskiej wojny domowej – i tutaj zaczynają się moje wątpliwości. Powiedziałbym raczej, że opisywane konflikty miały różny charakter: jedne przypominały regularną wojnę, inne walki partyzanckie, powstanie czy wojnę domową. Nie widzę sensu szukania jakiejś jednej etykiety zacierającej różnice między konfliktami, w dodatku odwołując się do słabo uzasadnionej w tym kontekście kategorii „środkowoeuropejskiej” (pod tym względem w książce panuje chaos: raz mowa o Europie Środkowo-Wschodniej, czasem o Europie Środkowej, a w indeksie pojawia się jeszcze Europa Centralna – jak są jednak definiowane, tego nie wiemy). A charakterystyczny dla opisywanych konfliktów udział organizacji paramilitarnych to zjawisko znacznie szersze, nie ograniczone do Europy Środkowej.

Co ważniejsze, autor dość tradycyjnie podchodzi do historii Polski podkreślając przede wszystkim jej ciągłość. Pisze rutynowo o utracie przez Polskę niepodległości w konsekwencji zaborów czy o ponad stuletniej nieobecności na mapie Europy. Nie zastania się nad kwestią kontynuacji w kontekście różnic między rzeczpospolitą szlachecką a polskim państwem narodowym czy nad historycznym sensem pojęcia niepodległość. W dodatku autor posługuje się niekiedy nieco archaicznym. Na przykład w książce napotykamy biologiczne metafory, określenia sugerujące niezmienność czy podkreślające polski punkt widzenia: narodzenie się świadomości narodowej, odtworzenie narodu, Kresy Wschodnie czy tytułowe odrodzenie Polski (choć to ostatnie określenie to zasługa tłumacza, który tak przełożył słowo „reconstruction”). Dziwi również dlaczego Böhler, który przecież z taką energią argumentuje, że wojny o granice to w istocie wojna domowa, uparcie nazywa konflikty na Górnym Śląsku „powstaniami” (nawet niektórzy polscy historycy używają tutaj określenia wojna domowa). Trzeba również skorygować pomyłkę: autorem klasycznego już w polskiej socjologii narodu rozróżnienia ojczyzna prywatna/ojczyzna ideologiczna nie jest Jan Molenda, lecz Stanisław Ossowski, a samo rozróżnienie to raczej typologia, a nie schemat rozwojowy.

Podsumowując, spodziewałem się większego krytycyzmu. Niemniej książka zdecydowanie warta przeczytania. Zawodowi historycy pewnie będą kręcić nosem: nie znajdą w pracy raczej nowych faktów, Böhler rzadko bowiem sięga do niezbadanych wcześniej źródeł, co nie znaczy, że nie mogą odnieść z pracy pożytku. Nowe (choćby i połowicznie) interpretacje mówią często więcej o rzeczywistości (i wymagają większej wiedzy, pomysłowości i zdolności analitycznych) niż płynące z głównym nurtem kolejne analizy kolejnych źródeł przynoszące kolejne szczegółowe uzupełnienia znanego wszystkim obrazu, który jedynie odzwierciedla potoczne i zdroworozsądkowe przekonania.

Setna rocznica uzyskania niepodległości

Co roku jedenastego listopada do znudzenia słyszę, że Polska po 123 latach niewoli odzyskała niepodległość w 1918 roku. Określenie „Polska odzyskała” na dobre zadomowiło się również w historiografii. Mało kto zastanawia się nad jego sensem, który jest dyskusyjny z dwóch przynajmniej względów.

Po pierwsze, sugeruje, że Polacy własnym, zbiorowym wysiłkiem zdobyli niepodległość. Choć trudno ignorować starania polskiego ruchu niepodległościowego, to nie miał on jednak charakteru powszechnego. Wychowani na patriotycznych czytankach często zapominamy albo nie wiemy, że większość społeczeństwa polskiego, którą stanowili chłopi, do niepodległości podchodziła bardzo sceptycznie lub wręcz jej nie chciała. Znacznie większy wpływ na powstanie II Rzeczpospolitej miała korzystna sytuacja geopolityczna: mocarstwa rozbiorowe przegrały wojnę lub początkowo pogrążyły się w rewolucyjnym chaosie, co stworzyło przestrzeń dla powołania polskich niezależnych instytucji.

Po drugie i co ważniejsze, określenie „Polska odzyskała” zakłada ahistoryczne wyobrażenie przeszłości: istnienie niezmiennego podmiotu dziejów – narodu polskiego, który niegdyś stracił niepodległość (nota bene ta ostatnie pojęcie również rozumiane jest ahistorycznie, a przecież jego znacznie zmieniało się na przestrzeni wieków), a potem ją odzyskał. Jednak niepodległość utraciła nie Polska, lecz Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie. I nie tylko o różne nazwy chodzi, lecz przede wszystkim o to, co się kryje za tymi nazwami. Nowożytne państwo stanowiło coś w rodzaju „federacji folwarków”. Rządziła nim wieloetniczna szlachta, którą definiował status prawny i społeczny, a nie przynależność etniczna. Szlachta uważała, że ma inne pochodzenie i inną kulturę niż – jak dziś byśmy powiedzieli – „etnicznie polscy”, chłopi. Twierdziła, że podbiła „obcych” chłopów, żeby na nią pracowali. Nie próbowała narzucać chłopom wspólnej narodowej kultury, przeciwnie: upowszechnianie się wspólnej kultury (np. naśladowanie przez chłopów szlachty) uważała za zagrożenie swojej pozycji. Inne różnice między nowożytną a współczesną Polską pokazuje inwokacja z „Pana Tadeusza”. Mickiewicz, który odwołując się jeszcze do nowożytnych kategorii, pisał w języku polskim o Litwie, miał na myśli terytoria, które należą obecnie do Białorusi.

Sami chłopi nie uważali się za Polaków, lecz myśleli o sobie głównie kategoriach „tutejszości”. Jeszcze na początku XX wieku wielu z nich nie chciało niepodległości, ponieważ bali się, że Polacy przywrócą pańszczyznę. Proces unarodowienia chłopów zakończył się dopiero wraz z początkiem II wojny światowej. Dopiero okupacyjna polityka III Rzeszy spowodowała, że wszyscy chłopi chcąc nie chcąc poczuli wagę narodowych identyfikacji. Co prawda niektórzy historycy lubią pisać o polskiej świadomości narodowej już w średniowieczu. Jednak źródła historyczne, na które mogą się powołać, zostały wytworzone przez bardzo wąskie grupy społeczne i trudno na ich podstawie orzekać, co myślała w przeważającej mierze chłopska i niepiśmienna populacja. A jeszcze na początku XX wieku na przykład w Królestwie Polskim 70% ludności nie potrafiło czytać i pisać! Badania historyków społecznych i antropologów kulturowych dotyczące okresu, w którym zaczynają się pojawiać masowe źródła, pokazują, że dla chłopów naród przez długi czas pozostawał abstrakcją, odległą od zwykłych, codziennych doświadczeń.

Dziś natomiast bezwiednie zakłada się ciągłość polityczną między nowożytną polsko-litewską szlachecką Rzeczpospolitą a współczesnym polskim państwem narodowym. Jednocześnie pomija się inną możliwą ciągłość: zapomina się o Księstwie Warszawskim, czy o pierwszym w zasadzie nowoczesnym państwie polskim – Królestwie Polskim. Słowem: nie było ani 123 lata niewoli, ani „odzyskania” niepodległości. Polska raczej uzyskała niepodległość oraz zbiorowym wysiłkiem, choć nie tak powszechnym, jak zakładają opowieści pisane w duchu polityki historycznej, zdołała ją do 1939 roku utrzymać. Ale to już trochę inna historia…

Do poczytania na setną rocznicę niepodległości:

Kamusella, T. The Un-Polish Poland, 1989 and the Illusion of Regained Historical Continuity (2017).
Kizwalter, T. O nowoczesności narodu. Przypadek Polski (1999)
Łuczewski, M. Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej (2012)
Mażewski, L. Rzeczpospolita jeden i pół. O narodzinach, istnieniu i upadku państwa polskiego w latach 1806-1831 (2012).
Snyder, T. Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999 (2006).
Stomma, L. Antropologia kultury wsi polskiej w XIX w. (1986).
Zajączkowski, A. Szlachta polska. Kultura i struktura (1993).

 

Stefan Bandera: życie i mit

Ukazał się właśnie przekład książki Grzegorza Rossolińskiego-Liebe pt. „Stepan Bandera. The Life and Afterlife of a Ukrainian Nationalist. Fascism, Genocide, Cult.” (Stuttgart, 2014). Podtytuł wprowadza od razu w główną tezę pracy. Autor argumentuje bowiem, że Stefan Bandera odegrał kluczową rolę w radykalizacji i faszyzacji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). W latach 30. XX wieku OUN zaczął podkreślać swoje pobratymstwo z faszystowskimi Włochami i nazistowskimi Niemcami. Po części mogło to wynikać z instrumentalnych względów: przywódcy OUN mieli nadzieję, że polityka Mussoliniego, a zwłaszcza Hiltera podważająca porządek wersalski stwarza szansę na budowę ukraińskiego państwa. Jednak Rossoliński-Liebe przekonująco pokazuje, że przywódcy OUN (zarowno OUN-M, jak i OUN-B), w tym również Bandera, podzielali wiele idei charakterystycznych dla faszyzmu (również w jego nazistowskiej wersji): biologiczny rasizm, zasadę wodzostwa, kult przemocy i masowy terror.

Bandera.okladka

Naziści zawiedli oczekiwania ukraińskich nacjonalistów odnośnie utworzenia państwa ukraińskiego na wzór Pierwszej Republiki Słowackiej czy Niepodległego Państwa Chorwackiego. Ukraińscy nacjonaliści z zadowoleniem przyjęli natomiast nazistowską politykę eksterminacji Żydów. Nacjonaliści ukraińscy, widząc okazję do „pozbycia” się „rasowo” obcej ludności, wzięli czynny udział w każdym etapie Zagłady. Organizowali lub uczestniczyli w pogromach Żydów zachęcając do tego również lokalną ludność, asystowali Eisentsgruppen przy masowych rozstrzeliwaniach, pomagali likwidować getta i wyłapywali Żydów ukrywających się w lasach (paradoksalnie zdarzało się, że Żydzi szukali schronienia w nazistowskich obozach pracy, a nawet dawali łapówki, aby się do nich dostać). Doświadczenia nabyte w mordowaniu Żydów ukraińscy nacjonaliści wykorzystali przy „czyszczeniu” Wołynia i Galicji Wschodniej z Polaków (a także Żydów, Czechów i tych Ukraińców, których uważali za zdrajców). Rossoliński-Liebe argumentuje, że rzezi wołyńskiej nie można interpretować w kategoriach wojny polsko-ukraińskiej, wojny chłopskiej czy spontanicznego odwetu ukraińskich chłopów: była to zaplanowana akcja mająca swoje źródło w ludobójczej ideologii OUN, która kształtowała się pod dużym wpływem Bandery. Sam Bandera zosatal aresztowany przez Niemców na początku wojny z ZSRR i nie mógł osobiście kierować masakrami, ale – argumentuje autor – nie tylko wiedział o nich i je akceptował, lecz popierał jako zgodne z jego koncepcją „Ukraińskiej Narodowej Rewolucji”.

Autor traktuje Bandere nie tylko jako postać z krwi i kości, lecz również jako symbol, który obrósł bardzo różnymi znaczeniami. I tak na przykład analizuje radziecką propagandę, ktora nie bacząc na różnice między odmiennymi nurtami, wszystkich zwolenników suwerennego państwa ukrainskiego określała mianem demonizowanych banderowcow, czyli faszystów i imperialistów na usługach III Rzeszy. Najwięcej miejsca poświęca jednak ukraińskim nacjonalistom, którzy jeszcze za jego życia zrobili z Bandery mityczną postać będącą przedmiotem kultu, symbol oporu wobec ZSRR i niepodleglej Ukrainy. Niektórzy nacjonalistyczni apologeci wprost twierdzili, że o Banderze można pisać jedynie w konwencji w hagiografii. Nawet sam Rossoliński-Liebe, mimo całego swojego krytycyzmu, chyba uległ tej manierze, przytaczając opowieści jak młody Bandera sam się karał i ćwiczył odporność na ból na okoliczność ewentualnych tortur w czasie przesłuchania (na przykład wkładał place między drzwi krzycząc do siebie: przyznaj się i zaraz odpowiadał sam sobie: nie przyznam się!), co przywodzi na myśl opis umartwień znanych z żywotów świętych. Równocześnie ukraińscy nacjonaliści zaprzeczali (i nadal zaprzeczają) jakimkolwiek związkom Bandery i OUN z faszyzmem, ludobójstwem, antysemityzmem, odwołując sie do schematów, które brzmią jak wyjęte z ust polskich nacjonalistów: ukraińscy nacjonaliści nie mogli być faszystami, bo faszyzm pochodził z Włoch, a nacjonaliści rozwijali rodzime tradycje, nacjonaliści nie mordowali Żydów, tylko ich ratowali, w rzeczywistości sami Żydzi wydawali swoich rodaków Niemcom, a w ogóle Żydzi byli komunistami i prześladowali naród ukraiński, który przecież ucierpiał jak żaden inny w trakcie II wojny światowej.

Niestety część poświęcona symbolice Bandery to najsłabsza część książki. Chociaż we wstępie autor odwołuje sie do Geertza i gęstego opisu, to nie widać, aby robił z tej koncepcji jakikolwiek użytek. W zasadzie opis i wymienianie kolejnych przykładów zastępuje tutaj analizę. W pewnym stopniu nadmierna opisowość to wada całej książki, w której pełno mało istotnych szczegółów, a także powtórzeń (książka liczy ponad 900 stron!). Praca nie straciłaby na wartości, gdyby cechowała się dużo większą zwięzłością. Autorowi brakuje wyraźnie antropologicznych, a także socjologicznych narzędzi: na przykład niewiele dowiadujemy się na temat społecznego zasięgu kultu Bandery, nie licząc omówienia różnic między znaczeniem jakie Banderze przypisuje się w zachodniej i wschodniej Ukrainie (gdzie wciąż stawia się pomniki Stalinowi). Na marginesie również dodajmy, że trudno się zgodzić z sugestią, że pojęcie integralny nacjonalizm to zimnowojenna kategoria ukuta w instrumentalnych celach, aby „zatrzeć” faszystowskich charakter różnych anty-komunistycznych ruchów. Autor zdaje się również nie wiedzieć, że pojęcie integralnego nacjonalizmu wprowadził do nauki nie John Armstrong w latach 50. XX w, lecz jeszcze w latach 30. XX w Carlton .J.H. Hayes. W dodatku Hayes wiązał integralny nacjonalizm z faszyzmem.

Na koniec zauważmy, że brak głębszych analiz społecznej recepcji i oporu wobec symboliki Bandery nie przeszkadza jednak autorowi w sugerowaniu szerokiego rozpowszechnia kultu Bandery. Rossoliński-Liebe zdaje się zakładać, że to tylko jedna strona głębszej niebezpiecznej tendencji: zdominowana ukraińskiej sfery publicznej przez dwa przeciwstawne ekstremizmy: z jednej strony nacjonalistyczny, z drugiej post-sowiecki, co pozostawiania nie tylko niewiele miejsca na język demokracji i społeczeństwa obywatelskiego, ale i pokojową koegzystencję dwóch różnych wspólnot pamięci. Jednak jak pokazuje sam autor, słychać również glosy wyłamujące się z tej binarnej logiki, by wspomnieć odpowiedź rady miejskiej Użhorodu na sugestię postawienia pomnika przywódcy OUN-B: „nie podzielamy fascynacji osobą i próby idealizowania obywatela Cesarstwa Austro-Wegierskiego Stefana Bandery. Jesteśmy obwodem wielonarodowym i uważamy agitowanie za jakimkolwiek działaniami radykalnymi za oburzające” (s.493, za wersja angielską). Siła tych głosów pozostaje jednak jeszcze do zbadania.

Jak nie pisać o narodzie

Będzie krótko, bo książce moim zdaniem nie warto poświęcać większej uwagi. Marek Migalski w pracy Naród urojony, Wydawnictwo Liberte, Łódź 2017, ss.185 postanowił odpowiedzieć na pytanie czym jest naród i dlaczego uwiódł wyobraźnię milionów ludzi. Ex polityk, blisko swego czasu związany z Prawem i Sprawiedliwością, nagle odkrył socjologię narodu i nacjonalizmu, ale najwyraźniej zabrakło mu czasu, żeby ją zrozumieć i przemyśleć. Intelektualne niedostatki nadrabia natomiast neoficką gorliwością: tak jak wcześniej ochoczo służył nacjonalistycznej ideologii, tak teraz bezrefleksyjnie, ale za to z zapałem krytykuje pojęcie narodu.

Migalski_okladka_sklep1
Książkę kupiłem z nadzieją, że nie tyle wniesie coś nowego do prowadzonej od dziesięcioleci dyskusji na temat narodów i nacjonalizmów, ile przynajmniej będzie solidnym popularnonaukowym opracowaniem, które można na przykład zadać studentom. Niestety książka nie ma ani naukowego (choć próbuje robić takie wrażenie: przypisy, bibliografia, dwie recenzje samodzielnych pracowników naukowych), ani popularnonaukowego charakteru. Nie widzę w niej żadnych oryginalnych pomysłów, żadnej nowej systematyzacji czy problematyzacji, a tylko dość nieudolne i miejscami opaczne streszczenie stanu wiedzy sprzed kilkunastu, jeżeli nie kilkudziesięciu lat, odwołujące się do kilku klasycznych prac (zwłaszcza Benedicta Andersona, Michaela Billiga, Ernesta Gellnera, A. D. Smitha).

Kilka uwag, aby nie być gołosłownym: ujmowanie narodu jako czegoś urojonego bardzo niewiele mówi. Z socjologicznego punktu widzenia rzeczywiste w swoich konsekwencjach, jest to co ludzie uważają za rzeczywiste, a przedmiotem analiz są społeczne procesy reifikacji rzeczywistości. W książce takich analiz nie znajdziemy. Migalski za uporczywe powtarza, że naród to rzeczywistość urojona w przeciwieństwie na przykład do etni (grup etnicznych), plemion czy ludów, które określa nie wiadomo dlaczego mianem realnych, a nawet naturalnych. W dodatku definicja narodu niczego nie wyjaśnia, ponieważ na tautologiczny charakter. Jeżeli naród to grupa ludzi, która uważa się za naród, to należałoby wyjaśnić: za co się w takim razie uważa? Co różni świadomość (tożsamość) narodową od innych typów świadomości społecznej, stanowiąc o jej specyfice? Zresztą o badaniach na temat tożsamości społecznej w książce nie ma prawie nic, a w kontekście przynależność do grup mowa o instynkcie „grupolubności”.

Książka zawiera też sporo sprzeczności: raz narody ujmowane są jako nowoczesne, sztuczne i fałszywe (cokolwiek to znaczy), z drugiej strony czytamy, że początki większości narodów europejskich giną jeszcze w prehistorycznych czasach. Migalski deklaruje przywiązanie do modernizmu, co prawda umiarkowanego, ale jednak, a równocześnie w pracy pobrzmiewa ewolucjonistyczne przekonanie o ciągłości (od hordy, plemiona, ludy do narodów – autor powołuje się nawet na Lewisa Morgana). Czytamy, że pojawienie się myślenia w kategoriach narodowych to wynik sekularyzacji, innym razem, że myślenie narodowe i religijne współistniały.

W pracy są również błędy i nieścisłości, np. czytamy, że do XIX wieku królowie Anglii zmuszani byli do corocznego leczenia swoich poddanych przez nakładanie rąk – ten opis bardziej pasuje do królów Francji (w Anglii tego typu praktyki ustały w dobie Cromwella, choć kontynuowali je na wygnaniu Stuartowie, o czym pisze Marc Bloch w książce „Królowie cudotwórcy”), eksperyment Milgrama, inaczej niż sugeruje przypis, nie dotyczył wpływu grupy, lecz autorytetu itd.

Listę wad można by ciągnąć i szczegółowo omawiać, ale nie widzę sensu. Szkoda czasu, zwłaszcza, że dostępne są inne popularne, nieporównywalnie lepiej osadzone we współczesnej nauce niż książka Migalskiego, opracowania na temat narodu i nacjonalizmu: A. D. Smith, „Nacjonalizm. Teoria, historia, ideologia”, Craig Calhoun, „Nacjonalizm”.