Spór o Grossa

Nie ma chyba naukowca w Polsce, który wywoływałby większe emocje i długotrwałe dyskusje niż Jan Tomasz Gross. Paweł Dobrosielski w książce pt „Spory o Grossa. Polskie problemy z pamięcią o Żydach” (Instytut Badań Literackich, Warszawa 2017) postanowił przyjrzeć się recepcji pism autora Sąsiadów. Przedmiotem jego analizy są wypowiedzi elit symbolicznych (dziennikarzy, naukowców, polityków, duchownych itd.): teksty naukowe i publicystyczne, zapisy spotkań otwartych, wywiady radiowe i telewizyjne, listy otwarte – funkcjonujące w ogólnopolskim obiegu komunikacyjnym. W duchu Michela Foucaulta bada swoistą logikę wytwarzania sensownych tekstów na temat Grossa.

dobros

Dobrosielskiego zatem interesuje nie tyle dokładna rekonstrukcja tego, co powiedziano  Grossie, ile krytyczne studium warunków możliwości mówienia i reguł wytwarzania dyskursu holokaustowego w Polsce. Na podstawie analizy tego co mówiono o autorze Strachu, stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i po co to powiedziano, dlaczego sformułowano to w ten a nie inny sposób, jakie jawne bądź ukryte motywy kryją się za wyborem takiej, a nie innej figury retorycznej. Książka nie traktuje zatem o Grossie, ani tym bardziej o przeszłości, sprawcach i ofiarach Zagłady: nie dowiemy się z niej jak to naprawdę było z „Polakami” i „Żydami” w czasie II wojny światowej. Daje natomiast wgląd w użycia i nadużycia współczesnego dyskursu dotyczącego obrzeży Zagłady. Trzeba od razu dodać, że to wgląd bardzo przekonujący. Dobrosielski pisze bardzo klarownie, wnikliwie i logicznie.

Dyskusję na temat książek Grossa autor problematyzuje wyróżniając cztery spory dotyczące odpowiednio: liczb, kategorii, metod i postaw. I tak, zgodnie z przyjętą metodologią, Dobrosielski nie próbuje ustalić kto ma rację, zrekonstruować faktyczną liczbę sprawców i ofiar, lecz docieka jakie funkcje pełnią różne retoryczne strategie powoływania się na statystykę. Na przykład: za nawoływaniem do „aptekarskiego” precyzyjnego liczenia ofiar, któremu paradoksalnie niekiedy towarzyszy przekonanie, że nigdy nie poznamy dokładnej liczby, kryje się dążenie do dezawuacji Grossa i pomniejszenia znaczenia polskich zbrodni na Żydach. Z kolei często przywoływana kategoria „niektórzy” powoduje rozmycie tematu oferując pozorne rozumienie, pozwala uciec od trudnych pytań: raz bywa tak, raz inaczej, w każdym społeczeństwie niektórzy są „źli”, inni „dobrzy”, więc w sumie nie ma o czym rozmawiać.

Podobnie autor postępuje z trzema pozostałymi tematami (kategoriami, metodami, postawami). Nie będę jednak streszczał książki: nie wiem zresztą czy potrafiłbym tak przejrzyście przedstawić jej problematykę jak sam autor. Chciałem jedynie zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, uderza brak refleksyjności w debacie wokół Grosa jeżeli chodzi o stosowanie społecznych kategorii, zwłaszcza etnicznych i narodowych. Jak przekonująco dowodzi Dobrosielski niemal wszyscy komentatorzy, a także sam Gross posługują się kategoriami w sposób bardzo dowolny i mało spójny, w dodatku naiwnie zakładając, że kryją się za nimi łatwe do odróżnienia, posiadające wyraźne granice grupy społeczne. W debacie zupełnie zignorowano dorobek współczesnych studiów nad nacjonalizmem, które wiele zrobiły, aby podważyć potoczne przekonania co do oczywistości narodowych i etnicznych identyfikacji. Po drugie, chociaż historycy komentujący Grossa podzieli się na jego zwolenników i przeciwników, to wszystkich łączy brak zrozumienia metodologicznych założeń pisarstwa Grossa. Dobrosielski zdaje się potwierdzać to o czym sam pisałem śledząc reakcje historyków na Strach, aczkolwiek jego analizy są bardziej dociekliwe i systematyczne: dominuje tutaj myślenie o historiografii przez pryzmat jeszcze dziewiętnastowiecznego modelu erudycyjno-genetycznego (czy pozytywistycznego jak chce Dobrosielski). Choć omawiając spory metodologiczne mam wrażenie, że autor dość łagodnie obszedł się z Grossem, którego prace pod względem metodologicznym nie są zbyt wyrafinowane, by wspomnieć raczej bezkrytyczne odwoływanie się do koncepcji gęstego opisu.

Jedna z głównych konkluzji książki to pokazani tendencji do polaryzacji debaty: albo jesteś, za Grossem, albo przeciwko. Równocześnie wśród dyskutantów dominuje przekonanie o ograniczonej pojemności pamięci zbiorowej: w tym samym czasie może pomieścić tylko jedną interpretację przeszłości. Autor proponuje wyjście z tego wygodnego dla obu stron klinczu  wychodząc poza dotychczasowe ramy dyskusji, na przykład stawiając nowe pytania np. dotyczące tego jak kategoryzujemy kategorie narodowe i etniczne. Przede wszystkim odwołując się do koncepcji pamięci wielokierunkowej proponuje, aby myśleć o pamięci jako inkluzyjnej, otwartej, dopuszczającej współistnienie różnych interpretacji przeszłości.

Jak trafnie zauważa Dobrosielski spór o Grossa, to właściwe spór o status Polski jako wyobrażonej wspólnoty narodowej. W książce zabrakło mi pogłębienia tego wątku, powiązania sporów o Grossa z polskimi ideologiami tożsamości narodowej, które tym sporom nadają w dużej mierze sens. Trudno na przykład zrozumieć oporu wobec tez Grossa bez odniesienia do martyrologicznej wizji polskości wzmocnionej propagandą historyczną PRL, która koncentrowała się niemal wyłącznie na cierpieniu Polaków (co doskonale pokazują np. książki Marcina Zaremba, „Komunizm, legytimizacja, nacjonalizm” czy Genevieve Zubrzycki, „Krzyże w Auschwitz”). Mówiąc o Grossie, komentujący mówili o narodzie polskim poruszając się w ramach wyznaczonych również przez współczesne polskie nacjonalistyczne dyskursy (przydatna mogłaby tu być kategoria uwikłanej pamięci, „entangled memory„), którym myślę można by poświęci więcej uwagi (autor wspomina jedynie o dominacji etnicznej koncepcji narodu w debacie).

Nie do końca również przekonuje mnie zarysowana implicite w książce koncepcja pamięci zbiorowej (choć być może wynika to z tego, że w kilku miejscach nie potrafiłem odróżnić zdania autora od referowanego stanowiska) jako nazbyt statyczna i hierarchiczna. Autorowi zdarza się reifikowanie pamięci: książka nie analizuje pracy pamięci, a raczej praktyki pamięci wybranych aktorów społecznych. Trudno też zgodzić się, że media ogólnopolskie to pas transmisyjny do mas, takie sformułowanie sugeruje odwołanie do teorii kultury i komunikacji masowej z jej wizją homogenicznego i pasywnego zbioru odbiorców. A określenie wernakularnego obiegu komunikacyjnego jako źródła myślenia magicznego i stereotypów stoi w sprzeczności z analizami samego autora, które przecież pokazują, że wypowiedzi niektórych przedstawicieli elit niekiedy różnią się od komentarzy przysłowiowych internetowych trolli tylko tym, że są pozbawione wulgaryzmów.