Produktywność, efektywność i produktywizacja badaczy

Ukazał się nowy numer Niezbędnika Akademickiego z moim krótkim komentarzem na temat raportu prof. Emanuela Kulczyckiego. W zasadzie raport to tylko pretekst, żeby zastanowić się nad językiem używanym coraz częściej do opisu akademickiej rzeczywistości, czy raczej konstruowania redukcjonistycznego i wąskiego obrazu tej rzeczywistości. Inaczej mówiąc, nie chodzi mi o ten konkretny raport tylko o bardziej rozpowszechnioną tendencję przedstawiana działalności naukowej za pomocą metaforyki produkcji. Rzecz jasna nie chodzi tylko o sam sposób mówienia o nauce, lecz o fakt, że on kształtuje i odzwierciedla instytucjonalne praktyki zarządzania nauką.

Jednym z przejawów tego redukcjonizmu jest koncentrowanie się na ostatnim i najbardziej wymiernym elemencie procesu badawczego, mianowicie na publikacjach w dodatku na ogół rozumianych dość tradycyjnie: artykuł lub monografia, a najlepiej artykuł w czasopiśmie ujętym w odpowiedniej bazie danych. Jednak zauważmy niektórych subdyscyplinach (np. antropologia wizualna) wyniki badań prezentuje się również w innej formie niż tekst pisany – np. w postaci filmu etnograficznego. W Polsce nie jest to zbyt rozpowszechniona praktyka, ale warto o niej wspomnieć i zastanowić się jak uwzględniać tego typu działalność badawczą w ankietach dorobku.

Trzeba również podkreślić, że badania to nie tylko analiza danych i przedstawienie swoich analiz w postaci publikacji. Upraszczając i nie wchodząc w szczegóły, praca naukowa to także konceptualizacja problematyki badań, opracowanie metodologii, dotarcie do badanych i zbieranie danych. Wyrwane z tego kontekstu badawczego skupianie się na publikacjach niewiele mówi o produktywności, ponieważ pomija te inne etapy procesu badawczego. Takie mechaniczne zestawienia ignorują nie tylko odmienności między dziedzinami i dyscyplinami, ile zróżnicowanie między poszczególnymi typami badań nawet w tej samej dyscyplinie. Dyscypliny społeczne i humanistyczne są bowiem wieloparadygmatyczne, czy raczej jak sugerował Thomas Kuhn przed-paradygmatyczne i cechują się dużym wewnętrznym zróżnicowaniem przejawiającym się w sporach dotyczących tak fundamentalnych kwestii jak natura rzeczywistości społecznej czy szeroko rozumiana metoda badań, by wspomnieć różne wcielenia dyskusji wokół problemu verstehen versus erklären. Nawet w tej samej dyscyplinie proces badawczy rozumiany jako całość może cechować się, w zależności od subdyscypliny czy problematyki, bardzo różną intensywnością na różnych etapach badań, czego nie oddaje skupianie się na samych publikacjach. Można w tym kontekście wspomnieć chociażby o socjologii, w której prowadzi się zarówno intensywne etnograficzne badania terenowe, niekiedy trwające wiele lat (np. szeroko dyskutowana książka Alice Goffman pt „On the Run. Fugitive Life in an American City, Chicago University Press, 2014 to efekt sześciu lat obserwacji uczetniczącej), jak i ilościowe analizy łatwo dostępnych danych zastanych.

Co jednak ważniejsze, sama metafora produkcji w odniesieniu do działalności badawczej budzi wątpliwości. Jak uczył George Lakoff i Mark Johnson metafory to tyle językowe ozdobniki, ile konceptualne ramy, które organizują nasze widzenie rzeczywistości i przetwarzanie informacji. Metaforyka produkcji utrwala i upowszechnia specyficzny sposób mówienia i pisania o nauce, którego początki mają swoje źródło poza światem akademickim. Często mowa w tym kontekście o kulturze audytu, która kolonizuje świat akademicki wciskając go w konceptualne ramy charakterystyczne dla biznesowych korporacji z ich nastawieniem na mierzalne i kwantyfikowalne wyniki. Z tej perspektywy badacz to nie tyle ciekawy świata i bezinteresowny poszukiwacz, ile „producent”, którego rozlicza się z konkretnego i mierzalnego „research output”.

To redukowanie działalność badawczej tylko do jednego jej etapu i to dość specyficznie rozumianego ma szereg negatywnych konsekwencji, o których moim zdaniem za mało się mówi. Wspomijmy chociażby o tendencji do myślenia w kategoriach publikowalności i przewidywalności, co może skłaniać do podejmowania mało ryzykownych badań. Inaczej mówiąc, skoro naukowiec ma być produktywny i efektywny, musi się wykazać w określonym czasie określoną liczbą publikacji o określonej wadze punktowej, to po co podejmować trudne przełomowe badania, które mogą zakończyć się niepowodzeniem i są obarczone ryzykiem, że nie przyniosą publikacji? Podobnie jest z grantami, których formularze są niekiedy tak szczegółowe, że trzeba wpisywać cała masę informacji, których przed przystąpieniem do badań często nie sposób jeszcze wiedzieć. W zasadzie, żeby zaprojektować tak szczegółowo badania grantowe… trzeba by już je wcześniej przeprowadzić. Wspomiana wcześniej Goffman w trakcie swoich sześcioletnich badań kilka razy zmieniała tematykę i problemy badawcze – jednak obawiam się, że taka elastyczność, nie wspominając o długości badań, stanie się luksusem dostęnym bardzo nielicznym. Większość poddana presji „produktywizacji” zmuszona będzie „produkować” niewiele wnoszące przyczynki. Słowem, metafora produkcji i produkcyjności wciska w naukę w bardzo sztywny gorset, w którym pozostaje niewiele miejsca na nieprzewidywalność, niepowodzenie, „nieproduktywne” myślenie, „niewydajne” czytanie prac spoza swojej specjalizacji, podejmowanie trudnych i ryzykownych tematów, eksperymentowanie i wyobraźnię. Słowem…. na twórcze myślenie, któremu z reżimem produktywności i efektywności nie zawsze po drodze.

Moje uwagi mogą się wydać zbyt jednostronne, ale też nie jest to artykuł naukowy więc pozwalam sobie na pewną retoryczną przesadę, żeby zwrócić uwagę na konieczność głębszej i krytycznej refleksji nad znaczeniem takich kategorii jako „produktywność”, „efektywność” czy „jakość” w kontekście działalności naukowej. Zdaje sobie sprawę z z potrzeby jakiejś formy „mierzenia” czy oceny działalności badaczy choćby ze względu na wymogi polityki naukowej i dystrybucji środków finansowych. Ale nie można poświęcać wolności i bezinteresowności naukowych dociekań na rzecz urzędniczej logiki i potrzeb ministerstwa.