Pogrom kielecki, czyli nędza (prawicowej) historiografii

Chociaż powstało już wiele prac – zarówno naukowych, jak i publicystycznych – na temat pogromu, prowadzone było również śledztwo IPN, to książka Joanny Tokarskiej-Bakir wyróżnia się pod wieloma względami. Przede wszystkim autorka przeanalizowała nowe, nieznane lub niewykorzystane dotąd źródła. Zdumiewa, że historycy i prokuratorzy w tak niewielkim stopniu interesowali się ustnymi relacjami ocalałymi z pogromu Żydów. Przeoczenie wynika zapewne z tradycyjnego i bezrefleksyjnie przyjmowanego założenia, że materia pracy historyka to wytworzone przez instytucje dokumenty, rzekomo bardziej obiektywne niż ustne przekazy. Nie powstała praca na temat pogromu, która miałaby szerszą podstawę źródłową. Wydaje się mało prawdopodobne, aby odkryto jakieś nowe materiały, które zmieniłyby obraz tego, co wydarzyło się w 1946 roku w Kielcach. Aczkolwiek, jak zauważa autorka, nadal niedostępne pozostają archiwa kościelne, co nie dziwi biorąc pod uwagę stosunek Kościoła do Żydów.

pod klatwa z

Tokarska-Bakir odrzuca tradycyjną „wydarzeniówkę” koncentrującą się na szczegółowych, genetycznych wyjaśnieniach przyczyn pogromu, odtwarzających chronologicznie przebieg wydarzeń. Po części rezygnację z takiego podejścia wymusza sam materiał badawczy. Z analizowanych źródeł nie wyłania się bowiem żaden spójny obraz, pełno tu luk i niejasności (np. zagadka rzekomego polskiego żołnierza zabitego w czasie pogromu). Zamiast uporządkowanej linearnej opowieści pisanej z punktu widzenia wszechwiedzącego narratora otrzymujemy polifoniczną panoramę zajść. Autorka ukazuje mordowanie Żydów z perspektywy różnych aktorów: ofiar, sprawców, świadków, instytucji takich jak Kościół, wojsko, Urząd Bezpieczeństwa, Milicja Obywatelska czy władze wojewódzkie. Na pierwszy plan wysuwa się jednak przejmujący głos ocalałych z pogromu, który dotychczas ginął w obiektywizującym i dystansującym języku prac historycznych lub w ogóle nie był brany pod uwagę.

Chociaż nie można odtworzyć dokładnie przebiegu pogromu, to autorka argumentuje, że da się wykluczyć niektóre scenariusze. Przede wszystkim analiza źródeł pozwala- na odrzucenie interpretacji spiskowej, w myśl której pogrom to prowokacja komunistycznych służb bezpieczeństwa. Ależ to oczywiste – chciałoby się powiedzieć. Przecież do podobnych wniosków doprowadziło już śledztwo Instytut Pamięci Narodowej. Jednak prawicowi historycy nie przyjęli tych ustaleń do wiadomości, forsując uporczywie tezę o spisku. Taką sugestię można znaleźć chociażby w drugim tomie pracy pt. „Wokół pogromu kieleckiego” (2008) wydanej przez ten sam IPN, który prowadził śledztwo. Natomiast stronie księgarni IPN przy opisie innej książki „Reflections on the Kielce pogrom”(2006) czytamy, że „zajścia antyżydowskie w Kielcach (1946) były prowokacją sowiecką, zorganizowaną dla odwrócenia uwagi Zachodu od sfałszowanego referendum w Polsce i od niewygodnej dla Rosji debaty nad Katyniem w czasie Procesu Norymberskiego” (swoją drogą akurat w tej książce takich sugestii nie ma). Niedawno o komunistycznej prowokacji mówił również premier Mateusz Morawiecki, podważając ustalenia oficjalnego państwowego urzędu. Premier, jako że studiował historię na Uniwersytecie Wrocławskim, powinien znać pierwszą monografię pogromu wydaną w 1998 roku przez wrocławską historyczkę Bożenę Szaynok, która również nie znalazła dowodów na ubecką prowokację wydarzeń kieleckich.

Tokarska-Bakir definitywnie odrzuca spiskowe pseudo-wyjaśnienia, przekonująco dowodzi że w źródłach nie ma żadnego śladu rzekomego planu bezpieki. Antropolożka, zainspirowana analizami Diany Vaughan, która badała katastrofę promu kosmicznego Challenger, argumentuje, że pogrom to efekt splotu bardzo różnych czynników: niekompetencji władz, niechęci do interwencji ze strony Kościoła i Urzędu Bezpieczeństwa, tradycyjnego ludowego antysemityzmu (znajdującego wyraz w fantazjach o Żydach porywających chrześcijańskie dzieci na macę), łatwego do mobilizacji zasobu doświadczenia, jakim było wojenne mordowanie Żydów, strachu przed powrotem właścicieli przejętych „pożydowskich” kamienic, a także obawy przed „panoszeniem się Żydów”. Autorka szczegółowo omawia  w jakim stopniu poszczególni aktorzy podzielali te doświadczenia, przekonania i emocje. Jeżeli szukać formuły wyjaśniającej okoliczności przyczyny pogromu, to nie byłaby to teoria spiskowa, lecz raczej – jak argumentuje autorka – „teoria chaosu”, która zakładałaby, że nieprzewidziany i niekontrolowany ciągu zdarzeń może prowadzić do nieoczekiwanych konsekwencji.

Autorka kreśli znacznie bardziej złożony obraz niż prosta dychotomia, którą często można spotkać w pracach prawicowych historyków i wydawnictwach IPN: „dobre” niepodległościowe podziemie popierane przez polskie społeczeństwo versus „zły” i obcy komunistyczny aparat władzy. Uwypukla znaczenie sieci znajomości, pokrewieństwa, wzajemności, które często przecinały  się z politycznymi sympatiami, a nawet łączyły ludzi z przeciwnych obozów politycznych. Społeczność Kielc przypominała społeczeństwo sycylijskie rządzone przez mafię: relacje oparte na bezpośrednich więzach, sieciach klientystycznych koncentrowały się wokół ludzi, którzy mieli dostęp do różnych zasobów, zwłaszcza mienia pożydowskiego („sukcesorskiego”). Szczególnie interesujące jest opisanie sposobu funkcjonowania aparatu przymusu, zwłaszcza trudniącej się szabrem Milicji Obywatelskiej, która odegrała kluczową rolę w zainicjowaniu pogromu, uwiarygodniając plotkę o porwaniu.

Milicjanci, jak również żołnierze WP, brali czynny udział w pogromie, natomiast ubecy i  Rosjanie początkowo nie próbowali przeciwdziałać mordom. Ten fakt w połączeniu z poleganiem na wygodnym schemacie, wystarczył prawicowym historykom i publicystom do uznania, że w grę musi wchodzić celowe i zaplanowane działanie „czerwonych” władz. Nie przyszło im  do głowy że władza centralna w niewielkim stopniu kontrolowała prowincję, zwłaszcza lokalną milicję. Nikt również nie sprawdził dokładnie, kim byli pracownicy kieleckiego aparatu przymusu. Badania Tokarskiej-Bakir uwidoczniły natomiast, że w milicji pracowało wielu ludzi związanych z przedwojennymi organizacjami nacjonalistycznymi, np. Obóz Narodowo Radykalny, a także partyzantów z Narodowych Sił Zbrojnych  (ale również  Batalionów Chłopskich, Armii Krajowej i Armii Ludowej), którzy mieli już na sumieniu zabijanie Żydów. Nic dziwnego, że milicjanci nie tylko nie próbowali zapobiec pogromowi, lecz sami przyczynili się do jego wybuchu, wręcz palili się do bicia i rabowania Żydów. Ale dlaczego nie reagowali ubecy i Rosjanie? Ubeków było niewielu, a Rosjanie nie udzieli im wsparcia, ponieważ bali się tłumu i nie chcieli się mieszać w polskie sprawy.

Książka pokazuje, wbrew patriotycznym czytankom, że za pogromem nie stała wszechmoc komunistycznego aparatu przymusu. Przeciwnie: w chwili kryzysu ten aparat okazał się wyjątkowo słaby, a decydująca okazała się spontaniczna reakcja tłumu na, jakbyśmy dziś powiedzieli, fake news, który trafił na podatny antysemicki grunt. Zdumiewa jak wielu ludzi, z różnych warstw społecznych, uwierzyło w absurdalną opowieść o „bejlisach”, jak niekiedy nazywano Żydów, (np. Z. Broński „Uskok”, Pamiętniki, IPN, Warszawa 2004, s.225). Do dziś zresztą w bajki o Żydach-krwiopijcach wierzy ponad 20% Polaków

Spór o Grossa

Nie ma chyba naukowca w Polsce, który wywoływałby większe emocje i długotrwałe dyskusje niż Jan Tomasz Gross. Paweł Dobrosielski w książce pt „Spory o Grossa. Polskie problemy z pamięcią o Żydach” (Instytut Badań Literackich, Warszawa 2017) postanowił przyjrzeć się recepcji pism autora Sąsiadów. Przedmiotem jego analizy są wypowiedzi elit symbolicznych (dziennikarzy, naukowców, polityków, duchownych itd.): teksty naukowe i publicystyczne, zapisy spotkań otwartych, wywiady radiowe i telewizyjne, listy otwarte – funkcjonujące w ogólnopolskim obiegu komunikacyjnym. W duchu Michela Foucaulta bada swoistą logikę wytwarzania sensownych tekstów na temat Grossa.

dobros

Dobrosielskiego zatem interesuje nie tyle dokładna rekonstrukcja tego, co powiedziano  Grossie, ile krytyczne studium warunków możliwości mówienia i reguł wytwarzania dyskursu holokaustowego w Polsce. Na podstawie analizy tego co mówiono o autorze Strachu, stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i po co to powiedziano, dlaczego sformułowano to w ten a nie inny sposób, jakie jawne bądź ukryte motywy kryją się za wyborem takiej, a nie innej figury retorycznej. Książka nie traktuje zatem o Grossie, ani tym bardziej o przeszłości, sprawcach i ofiarach Zagłady: nie dowiemy się z niej jak to naprawdę było z „Polakami” i „Żydami” w czasie II wojny światowej. Daje natomiast wgląd w użycia i nadużycia współczesnego dyskursu dotyczącego obrzeży Zagłady. Trzeba od razu dodać, że to wgląd bardzo przekonujący. Dobrosielski pisze bardzo klarownie, wnikliwie i logicznie.

Dyskusję na temat książek Grossa autor problematyzuje wyróżniając cztery spory dotyczące odpowiednio: liczb, kategorii, metod i postaw. I tak, zgodnie z przyjętą metodologią, Dobrosielski nie próbuje ustalić kto ma rację, zrekonstruować faktyczną liczbę sprawców i ofiar, lecz docieka jakie funkcje pełnią różne retoryczne strategie powoływania się na statystykę. Na przykład: za nawoływaniem do „aptekarskiego” precyzyjnego liczenia ofiar, któremu paradoksalnie niekiedy towarzyszy przekonanie, że nigdy nie poznamy dokładnej liczby, kryje się dążenie do dezawuacji Grossa i pomniejszenia znaczenia polskich zbrodni na Żydach. Z kolei często przywoływana kategoria „niektórzy” powoduje rozmycie tematu oferując pozorne rozumienie, pozwala uciec od trudnych pytań: raz bywa tak, raz inaczej, w każdym społeczeństwie niektórzy są „źli”, inni „dobrzy”, więc w sumie nie ma o czym rozmawiać.

Podobnie autor postępuje z trzema pozostałymi tematami (kategoriami, metodami, postawami). Nie będę jednak streszczał książki: nie wiem zresztą czy potrafiłbym tak przejrzyście przedstawić jej problematykę jak sam autor. Chciałem jedynie zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, uderza brak refleksyjności w debacie wokół Grosa jeżeli chodzi o stosowanie społecznych kategorii, zwłaszcza etnicznych i narodowych. Jak przekonująco dowodzi Dobrosielski niemal wszyscy komentatorzy, a także sam Gross posługują się kategoriami w sposób bardzo dowolny i mało spójny, w dodatku naiwnie zakładając, że kryją się za nimi łatwe do odróżnienia, posiadające wyraźne granice grupy społeczne. W debacie zupełnie zignorowano dorobek współczesnych studiów nad nacjonalizmem, które wiele zrobiły, aby podważyć potoczne przekonania co do oczywistości narodowych i etnicznych identyfikacji. Po drugie, chociaż historycy komentujący Grossa podzieli się na jego zwolenników i przeciwników, to wszystkich łączy brak zrozumienia metodologicznych założeń pisarstwa Grossa. Dobrosielski zdaje się potwierdzać to o czym sam pisałem śledząc reakcje historyków na Strach, aczkolwiek jego analizy są bardziej dociekliwe i systematyczne: dominuje tutaj myślenie o historiografii przez pryzmat jeszcze dziewiętnastowiecznego modelu erudycyjno-genetycznego (czy pozytywistycznego jak chce Dobrosielski). Choć omawiając spory metodologiczne mam wrażenie, że autor dość łagodnie obszedł się z Grossem, którego prace pod względem metodologicznym nie są zbyt wyrafinowane, by wspomnieć raczej bezkrytyczne odwoływanie się do koncepcji gęstego opisu.

Jedna z głównych konkluzji książki to pokazani tendencji do polaryzacji debaty: albo jesteś, za Grossem, albo przeciwko. Równocześnie wśród dyskutantów dominuje przekonanie o ograniczonej pojemności pamięci zbiorowej: w tym samym czasie może pomieścić tylko jedną interpretację przeszłości. Autor proponuje wyjście z tego wygodnego dla obu stron klinczu  wychodząc poza dotychczasowe ramy dyskusji, na przykład stawiając nowe pytania np. dotyczące tego jak kategoryzujemy kategorie narodowe i etniczne. Przede wszystkim odwołując się do koncepcji pamięci wielokierunkowej proponuje, aby myśleć o pamięci jako inkluzyjnej, otwartej, dopuszczającej współistnienie różnych interpretacji przeszłości.

Jak trafnie zauważa Dobrosielski spór o Grossa, to właściwe spór o status Polski jako wyobrażonej wspólnoty narodowej. W książce zabrakło mi pogłębienia tego wątku, powiązania sporów o Grossa z polskimi ideologiami tożsamości narodowej, które tym sporom nadają w dużej mierze sens. Trudno na przykład zrozumieć oporu wobec tez Grossa bez odniesienia do martyrologicznej wizji polskości wzmocnionej propagandą historyczną PRL, która koncentrowała się niemal wyłącznie na cierpieniu Polaków (co doskonale pokazują np. książki Marcina Zaremba, „Komunizm, legytimizacja, nacjonalizm” czy Genevieve Zubrzycki, „Krzyże w Auschwitz”). Mówiąc o Grossie, komentujący mówili o narodzie polskim poruszając się w ramach wyznaczonych również przez współczesne polskie nacjonalistyczne dyskursy (przydatna mogłaby tu być kategoria uwikłanej pamięci, „entangled memory„), którym myślę można by poświęci więcej uwagi (autor wspomina jedynie o dominacji etnicznej koncepcji narodu w debacie).

Nie do końca również przekonuje mnie zarysowana implicite w książce koncepcja pamięci zbiorowej (choć być może wynika to z tego, że w kilku miejscach nie potrafiłem odróżnić zdania autora od referowanego stanowiska) jako nazbyt statyczna i hierarchiczna. Autorowi zdarza się reifikowanie pamięci: książka nie analizuje pracy pamięci, a raczej praktyki pamięci wybranych aktorów społecznych. Trudno też zgodzić się, że media ogólnopolskie to pas transmisyjny do mas, takie sformułowanie sugeruje odwołanie do teorii kultury i komunikacji masowej z jej wizją homogenicznego i pasywnego zbioru odbiorców. A określenie wernakularnego obiegu komunikacyjnego jako źródła myślenia magicznego i stereotypów stoi w sprzeczności z analizami samego autora, które przecież pokazują, że wypowiedzi niektórych przedstawicieli elit niekiedy różnią się od komentarzy przysłowiowych internetowych trolli tylko tym, że są pozbawione wulgaryzmów.