Niesocjologiczna socjologia

Mam wrażenie,  że dyskusje wokół wykazu czasopism koncentrują się wokół punktacji polskich periodyków. A mnie zainteresowały topowe socjologiczne czasopisma, które wyceniono na 200 punktów (poniżej ich lista). Przyznam, że o niektórych słyszę pierwszy raz, a wielu innych nigdy nie kojarzyłem z socjologią. Tak na moje oko około połowa czasopism w kategorii 200-punktowców uznanych za socjologiczne ma z tą dyscypliną nauki mało lub bardzo niewiele wspólnego.

Jedna z wad tej reformy to zmuszenie badaczy do myślenia w kategoriach dyscyplin – ale jeżeli już to musimy robić to róbmy to z głową. Co mają na przykład takie pisma jak Agronomy for Sustainable Development czy  Land Degradation & Development wspólnego z socjologią? Albo dlaczego w gronie socjologicznych znalazły się periodyki politologiczne takie jak np. American Journal of Political Science? A jeżeli pisma politologiczne zostały uznane za socjologiczne, to dlaczego pisma socjologiczne nie zostały sklasyfikowane jako politologiczne, skoro problematyka obu dyscyplin się częściowo pokrywa? Widać tutaj brak koordynacji pracy poszczególnych zespołów.

Inkluzywna lista czasopism przypisanych do socjologii (czy każdej innej dyscypliny) miałaby sens, jeżeli zostałby utrzymany przepis o limicie dopuszczającym zgłoszenie do ewaluacji w danej dyscyplinie maksymalnie 20% artykułów naukowych opublikowanych w czasopismach, którym w wykazie czasopism przypisano inną dyscyplinę niż ewaluowana. Jednak tego przepisu nie ma w ostatecznej wersji rozporządzenia. Można zgłosić artykuł opublikowany w czasopiśmie z jakiejkolwiek innej dyscypliny, pod warunkiem, że ma związek z badaniami prowadzonymi w ewaluowanej dyscyplinie (choć trzeba przyznać, że nie jest to zbyt precyzyjne sformułowanie).

Rzecz jasna w wielu niesocjologicznych czasopismach, które znalazły się wśród topowych 200-punktowych socjologicznych czasopism można spotkać socjologiczne artykuły. W wielu przypadkach zresztą trudno wytyczyć granicę między dyscyplinami. Ale jak pisałem, to stanowi problemu, ponieważ jeżeli artykuł ma związek z badaniami socjologicznymi można go zgłosić do ewaluacji w socjologii bez względu na przynależność dyscyplinarną czasopisma. Natomiast włączenie wielu (socjolodzy okazali się tutaj wyjątkowo inkluzywni) pism spoza dyscypliny „zaburzyło” punktację i hierarchię pism stricte socjologicznych. Na przykład czymś dziwacznym wydaje mi się, że na liście czasopism socjologicznych British Journal of Political Science ma 200 punktów, natomiast British Journal of Sociology – 140 czy że Tesol Quaterly ma 200 punktów, a European Sociological Review – 140 punktów itd. Te dwa ostatnie mają przecież dla socjologii znacznie większe znaczenie. Takich przykładów jest znacznie więcej. Słowem, mam wrażenie, że lista topowych socjologicznych czasopism to jakiś mało strawny groch z kapustą.

Czasopima przypisane do socjologii, którym przyznano 200 punktów:

  1. ADMINISTRATIVE SCIENCE QUARTERLY
  2. Agronomy for Sustainable Development
  3. AMERICAN JOURNAL OF POLITICAL SCIENCE
  4. AMERICAN JOURNAL OF SOCIOLOGY
  5. AMERICAN POLITICAL SCIENCE REVIEW
  6. AMERICAN SOCIOLOGICAL REVIEW
  7. ANNALS OF STATISTICS
  8. Anthropocene Review
  9. ANTIPODE
  10. BRITISH JOURNAL OF POLITICAL SCIENCE
  11. COMPARATIVE POLITICAL STUDIES
  12. CRIMINOLOGY
  13. CULTURAL GEOGRAPHIES
  14. Differences-A Journal of Feminist Cultural Studies
  15. GENDER & SOCIETY
  16. GOVERNANCE-AN INTERNATIONAL JOURNAL OF POLICY ADMINISTRATION AND INSTITUTIONS
  17. HAU-Journal of Ethnographic Theory
  18. History and Anthropology
  19. JOURNAL OF CONFLICT RESOLUTION
  20. JOURNAL OF CONSUMER RESEARCH
  21. JOURNAL OF ORGANIZATIONAL BEHAVIOR
  22. JOURNAL OF PEACE RESEARCH
  23. JOURNAL OF PEASANT STUDIES
  24. JOURNAL OF PERSONALITY AND SOCIAL PSYCHOLOGY
  25. JOURNAL OF PUBLIC ADMINISTRATION RESEARCH AND THEORY
  26. JOURNAL OF QUANTITATIVE CRIMINOLOGY
  27. JOURNAL OF RESEARCH IN CRIME AND DELINQUENCY
  28. JOURNAL OF SERVICE RESEARCH
  29. JOURNAL OF SOCIOLINGUISTICS
  30. Journal of Statistical Software
  31. JOURNAL OF THE AMERICAN STATISTICAL ASSOCIATION
  32. JOURNAL OF THE ROYAL STATISTICAL SOCIETY SERIES B-STATISTICAL METHODOLOGY
  33. Journal of Travel Research
  34. LAND DEGRADATION & DEVELOPMENT
  35. LANDSCAPE AND URBAN PLANNING
  36. LANGUAGE IN SOCIETY
  37. Law & Policy
  38. NATURE
  39. NEW MEDIA & SOCIETY
  40. PARTY POLITICS
  41. PHILOSOPHY & PUBLIC AFFAIRS
  42. POETICS
  43. POLITICAL BEHAVIOR
  44. POST-SOVIET AFFAIRS
  45. Probability Surveys
  46. PUBLIC ADMINISTRATION REVIEW
  47. PUBLIC OPINION QUARTERLY
  48. Regulation & Governance
  49. Research in Social Stratification and Mobility
  50. SCIENCE
  51. SCIENCE EDUCATION
  52. Signs and Society
  53. SOCIAL FORCES
  54. Social Issues and Policy Review
  55. SOCIAL NETWORKS
  56. SOCIOLOGICAL METHODS & RESEARCH
  57. SOCIOLOGICAL THEORY
  58. SOCIOLOGY OF EDUCATION
  59. SOCIOLOGY OF RELIGION
  60. Studies in Science Education
  61. Survey Methodology
  62. SYNTHESE
  63. TESOL QUARTERLY
  64. THEORY AND SOCIETY
  65. WORLD POLITICS
  66. Annales
  67. Annual Review of Sociology
  68. Annual Review of Statistics and Its Application
  69. Crime and Justice
Reklamy

Antarktyczny patrol: ocal biały kontynent

Cynthia Miller-Idriss, The Extreme Gone Mainstream. Commercialization and Far Right Youth Culture in Germany, Princeton University Press, Princeton and Oxford 2017, ss. 278.

Skrajnie prawicowa i neo-nazistowska młodzież może się kojarzyć subkulturą skinheadów i ze sceną muzyczną Rock Against Communism (RAC): osobnikami z ogolonymi głowami, ciężkimi wysokimi butami, wojskowymi kurtkami i podwiniętymi nogawkami jeansów. Cynthia Miller-Idriss w swojej nowej książce przygląda się przeobrażeniom skrajnie prawicowej kultury młodzieżowej w Niemczech, pokazując, że ten obraz ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. Autorka skupia się na niemieckich firmach odzieżowych (np. na powstałym w 2002 roku Thor Steinar), które oferując modną i dobrej jakości odzież promującą równocześnie radykalnie nacjonalistyczną i rasistowską ideologię. Dzięki zerwaniu ze skinowską estetyką i rezygnacji z otwartej pochwały nazizmu firmy w trakcie ostatnich kilkunastu lat wkroczyły do mainstreamu i stały się atrakcyjne dla młodzieży, która nie identyfikuje się i nie chce być postrzegana przez pryzmat radykalnej subkultury. Wykorzystując bogate archiwum zdjęć nazistowskiej i neonazistowskiej ikonografii, a także odwołując się do 62 wywiadów z niemieckim uczniami oraz nauczycielami ze szkół zawodowych Cynthia Miller-Idriss analizuje specyfikę nowego typu skrajnie prawicowej symboliki, przyczyny popularności prawicowych marek wśród młodzieży, a także funkcje i konsekwencje noszenia odzieży z radykalnym przekazem.

Książka koncentruje się na pięciu kwestiach. W pierwszej kolejności autorka analizuje różnego rodzaju kody i zawoalowane przekazy. Niektóre są stosunkowe proste do rozszyfrowania (na przykład 88 oznaczające dwie ósme litery alfabetu, co stanowi skrót od Heil Hitler czy oparty podobonej logice kod 18) inne są zupełnie nieczytelne dla osób, które nie znają historii III Rzeszy. Niektóre przekazy wyglądają zupełnie niewinnie i na pierwszy rzut nie mają radykalnie politycznego wydźwięku. Na przykład koszulka Antarktyczny patrol może się kojarzyć z ochroną środowiska, jednak kontekst (inne koszulki tej marki, sama marka) sugeruje, że przekaz ma rasistowski charakter.

ocal bialy kontynent

Druga kwestia analizowana przez autorkę to motywy z nordyckiej i germańskiej mitologii pojawiające się często na odzieży prawicowych marek. Te mitologiczne wątki nawiązują do mitu pochodzenia Niemców od starożytnych Germanów i Skandynawów, tym ostatnim z kolei przypisuje się aryjskie początki. W ten sposób prawicowe marki promują rasistowskie idee bez uciekania się do explicite rasistowskich haseł. Trzeci problem to obrazy przemocy i śmierci obecne na nacjonalistycznej odzieży, które pełnią podwójną funkcję: sygnalizują gotowość ich nosicieli do użycia przemocy, a także komunikują wrogość do grup postrzeganych jako obce i wrogie, na przykład do imigrantów czy mniejszości seksualne. Czwarty temat to transnarodowy wymiar symboliki nacjonalistycznej odzieży. Logika maksymalizacji zysku prowadzi firmy odzieżowe do poszukiwania nowych rynków zbytu. Aby dotrzeć do odbiorców z innych krajów firmy wykorzystują również ekstremistyczne symbole spoza niemieckiego kontekstu. Ostatnia kwestia to wizerunek męskości promowany przez firmy odzieżowy. Jak pokazuje autorka dominują tutaj obrazy hipermęskości (np. muskularnych nordyckich bogów), co związane jest z kultem siły i przemocy. Jak sugeruje autorka młodzieży z klasy robotniczej często niedostępne są inne wyznaczniki sukcesu w społeczeństwie, więc kompensują je sobie przesadnie podkreślaną męskością.

Autorka pokazuje, że popularność tego typu odzieży wynika przede wszystkim z dwóch przyczyn. Po pierwsze, odzież zaspokajania potrzebę przynależności do grupy i ekspresji tożsamości. Równocześnie jednak noszenie tego typu odzież kształtuje tożsamość młodzieży, pozwala na eksperymentowanie i „wypróbowywanie” jednej z opcji tożsamościowych, zwłaszcza, że jej noszenie nie spotyka się ze społeczną niechęcią. W przeciwieństwie do „munduru” skinheadów nowy typ odzieży nie rzuca się w oczy, jej przekaz jej zrozumiały jedynie dla wtajemniczonych, hasła nie są ostentacyjnie rasistowskie czy nazistowskie. Jednak noszenie odzieży skrajnie prawicowych marek z ich radykalnymi hasłami  normalizuje rasizm, przemoc, ksenofobię i może stanowić pierwszy krok do radykalizacji i przystąpienia do ekstremistycznych grup politycznych. Po drugie, autorka sugeruje, że rasistowska odzież cieszy się popularnością, zwłaszcza wśród młodzieży z klasy robotniczej, która czuje się marginalizowana i pozbawiana możliwości awansu społecznego. Dla tych młodych ludzi noszenie rasistowskiej odzieży to sposób na wyrażenie swojej frustracji, gniewu i sprzeciwu wobec mainstreamowych instytucji społecznych, a także środek prowokowania ludzi, którzy mają nad nimi władzę.

Podsumowując, książka stanowi interesujący wkład w studia nad ekstremizmem, które zbyt często koncentrują się analizie oficjalnych ideologii lub poparcia wyborczego. Cyntia Miller-Idriss pokazuje natomiast znaczenie kulturowego wymiaru ekstremizmu oraz jego emocjonalny oddźwięk. Słusznie również argumentuje, że zwalczanie ekstremizmu wśród młodzieży nie może polegać tylko na propagowaniu wiedzy i krytyce skrajnych ideologii, lecz również musi brać pod uwagę emocjonalne potrzeby tej grupy. Pewna słabość książki to dość wąski zakres, tj. koncentracja na odzieży, a przecież radykalne idee wyrażana są na przykład także przez muzykę, tatuaże czy różnego gadżety, czego zresztą autorka zdaje sobie sprawę i postuluje dalsze badania. Cynthia Miller-Idriss ma również ambicje teoretyczne, np. argumentuje, że trzeba spojrzeć na towary z nowej perspektywy: że są one nie tylko częścią systemu ekonomicznego, który produkuje i reprodukuje społeczne nierówności, lecz również niosą ze sobą kulturowe znaczenia, emocje i wartości. Jednak trudno te teoretyczne wnioski uznać za jakoś szczególnie odkrywcze. Wielu badaczy wskazywało na podobne mechanizmy pisząc o związkach kultury i ekonomii, konsumpcji znaczeń kulturowych czy markach jako symbolach stylu życia. Chociaż teoretyczna część książki wydaje się raczej słaba, to praca jako studium przypadku warta jest uwagi.

Demokratyczna rewolta?

Roger Eatwell, Matthew Goodwin, National Populism. The Revolt Against Liberal Democracy, London: Pelican 2018, ss. 344.

Eatwell i Goodwin postawili sobie ambitny cel wyjaśnienia przyczyn rosnącej popularności w świecie zachodnim partii typu Zjednoczenie Narodowe, Alternatywa dla Niemiec, Fidesz, Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, polityków pokroju Donalda Trumpa czy niechęci do UE (Brexit). Autorzy łączą ze sobą dość różne partie, polityków i zjawiska określając je wspólnym mianem narodowego-populizmu, który trzeba odróżnić od faszyzmu i neofaszyzmu czy skrajnej prawicy. Nie zgadzają się z katastroficznym tonem niektórych komentatorów piszących o odrodzeniu faszyzmu. Dość przekonująco wykazują szereg różnic między faszyzmem (neofaszyzmem) a narodowym populizmem. Na przykład przypominają, że narodowo-populistyczni ideolodzy nie odwołują się do kultu wodza czy idei imperialnej ekspansji. Nie można również – podkreślają Eatwell i Goodwin – utożsamiać analizowanego zjawiska ze skrajną prawicą, ponieważ narodowi populiści zrezygnowali z antysemityzmu i rasistowskiej retoryki. Jednak autorzy bagatelizują kwestię niechęci wobec muzułmanów. Rzecz charakterystyczna, że w ogóle nie poświęcają uwagi islamofobii (samo pojęcie pojawia się tylko raz w ich książce), a przecież piszą o partiach mobilizujących swoje poparcie odwołując się do retoryki strachu i zagrożenia ze strony muzułmanów. Ignorują także w zasadzie dyskusję na temat zmieniającej się natury rasizmu, który z biologicznego przekształcił się w mniej oczywisty i widoczny subtelny, banalny czy kulturowy i selektywny rasizm.

populism 1

 

Szukając odrębności narodowego-populizmu Eatwell i Goodwin zwracają uwagę na połączenie antyestablishmentowej („my” prości ludzie versus „oni” skorumpowane elity) i nacjonalistycznej retoryki (obrona interesów i kultury narodowej), które łączą się ze specyficznym rozumieniem demokracji. Otóż autorzy przekonują, że narodowi populiści nie odrzucają demokracji, lecz jedynie występują przeciwko jej liberalnej wersji. Narodowi populiści atakują demokratyczne instytucje przedstawicielskie i koncentrację władzy w rękach elit dążąc – zdaniem autorów książki – do pogłębienia demokraci bezpośredniej dającej więcej władzy woli ludu. O ile faktycznie tego typu partie odwołują się do woli powszechnej (a raczej do woli narodu), to jednak nie zawsze rozumieją ją w sposób demokratyczny. Można wspomnieć chociażby Prawo i Sprawiedliwości z jego polityką konsolidacji i centralizacji władzy, ograniczania społeczeństwa obywatelskiego i marginalizacji opozycji. Polityce PiS nie towarzyszy żadne wzmacnianie instytucji demokracji bezpośredniej na modłę szwajcarską. Trump również nie doszedł do władzy pod hasłami umacniana demokracji bezpośredniej, a zwolennicy Brexitu chociaż wspominają o pewnych reformach (np. likwidacji Izby Lordów) równocześnie nie chcą drugiego referendum, ponieważ przeczyłoby to… zasadom demokracji. Trudno pogodzić z tezą o pogłębianiu demokracji retorykę prawa i zagrożenia porządku dającą priorytet bezpieczeństwu kosztem praw obywatelskich. Narażone na łamanie są zwłaszcza prawa mniejszości imigranckich (czasem również seksualnych), które są podejrzewane i oskarżane o brak lojalności wobec państwa i wrogość wobec narodowej tradycji. Autorzy biorą demokratyczną retorykę narodowych populistów za dobrą monetę nie próbując krytycznie zastanowić się co się za nią kryje: czy kreowanie atmosfery zagrożenia, ograniczenie praw obywatelskich, demontaż konstytucyjnej kontroli nie może przerodzić się łatwo w autorytarne rządy sprawowane rzekomo w imię woli powszechnej?

Główna część książki dotyczy próby wyjaśnienia przyczyn poparcia dla narodowych populistów: kto i dlaczego głosuje na tego typu partie i polityków.  Wbrew popularnej opinii autorzy dowodzą, że nie można redukować poparcia dla narodowych populistów do białej klasy robotniczej czy grup ekonomicznie wykluczonych. Chociaż te grupy stanowią ważną część elektoratu narodowych populistów, to jednak nie jedyną i nie one decydują o ich sile wyborczej. Na przykład za Emily Ekins autorzy National Populism przypominają, że na Trumpa głosowało kilka typów wyborców: 1) Staunch Conservatists (zagorzali konserwatyści) – moralni tradycjonaliści, lojalni Republikanie, często należący do klasy średniej, umiarkowanie wykształceni, 2) Free Marketeers (wolnorynkowcy) –  członkowie klasy średniej, posiadający własne domy i wysokie dochody. W sumie te dwie grupy dały Trumpowi ponad połowę głosów. Kolejne kategorie wyborców to: 3) Preservationists (zachowawczy wyborcy) – cechują się niskimi dochodami (poniżej 50 tys. $ na gospodarstwo) i na ogół brakiem wyższego wykształcenia, 4) Anti-Elites (antyelitarni wyborcy) – mają wyższe dochody niż poprzednia kategoria ale są niezadowoleni ze swojego statusu, 5) Disengaged (niezaangażowani) – niewielka grupa, mało wiedząca o polityce i o mało wyraźnych preferencjach. Podobnie ma się rzecz z narodowymi populistami w Europie, na których głosują bardzo różnorodni wyborcy – nie da się zredukować do jednego typu.

Autorzy dość przekonująco argumentują, że nie można wyjaśnić poparcia dla narodowo-populistycznych partii w kategoriach głosów protestu czy reakcji na kryzys ekonomiczny w 2008 roku. Jedna ze słabości dyskusji nad przyczynami poparcia – piszą – to koncentrowanie się na ostatnich niedawnych wydarzeniach. Jak sugerują wynika to z naiwnej wiary, że wraz z polepszającą się sytuacją ekonomiczną poparcie dla partii narodowo-populistycznych spadnie i sytuacja wróci do status quo ante. A przecież jak trafnie zauważają ludzie nie tylko wąsko rozumianą ekonomiczną racjonalnością, lecz biorą również pod uwagę kwestii tożsamościowe czy kulturowe. Jeżeli spojrzymy z dłuższej perspektywy czasowej – argumentują Eatwell i Goodwin – to dostrzeżemy 4 De, czyli cztery „prawomocne niepokoje” stojące u źródeł głosowania na narodowych populistów: distrust (brak zaufania), destruction (zniszczenie), deprivation (deprywacja), dealignment (osłabienie identyfikacji jednostek z partiami politycznymi). I tak autorzy pokazują malejący od dziesięcioleci poziom zaufania do polityków i demokratycznych instytucji mający swoje uzasadnienie w rosnącym wyobcowaniu polityków ze społeczeństwa pod względem dochodów, wykształcenia czy zawodu (na przykład w 2014 roku połowa kongresmanów, po równo Demokraci i Republikanie, to milionerzy). Do wzrostu nieufności – argumentują Eatwell i Goodwin – przyczynił się również proces integracji europejskiej, który miał odgórny i mało przejrzysty charakter prowadząc do powstania ponadnarodowych instytucji odległych od zwykłego obywatela. Pojęcia zniszczenia autorzy używają w kontekście rosnącej proporcji imigrantów w zachodni społeczeństwach, która wywołuje ich zdaniem uzasadnione obawy o przetrwanie narodowych i kulturowych tożsamości. Natomiast deprywacja odnosi się do rosnących nierówności społecznych, spadku dochodów niższych grup społecznych, a także do coraz większego braku bezpieczeństwa pracy do czego przyczynia się automatyzacja i globalizacja. Nie chodzi jednak tylko o same nierówności, lecz również o utratę wiarę w przyszłość przez różne grupy społeczne, a także o przekonanie, że pewnym grupom powodzi się niezasłużenie lepiej niż innym, zwłaszcza imigrantom i różnego rodzaju mniejszościom, których państwo wspiera ignorując potrzeby większości obywateli. Następuje również osłabienie więzi jednostek z partiami politycznymi, co częściowo wynika ze zmian w strukturze społecznej, np. kurczenia się klasy robotniczej, a częściowo również z ignorowania przez tradycyjne partie wspomnianych wcześniej społecznych trosk. Rośnie liczba niezdecydowanych wyborców, którzy coraz częściej głosują na narodowych populistów umiejętnie wpisujących się w społeczne oczekiwania.

Eatwell i Goodwin dużo wysiłku wkładają w to, aby przekonać, że obawy wyborców mają realne podstawy. Jednak niekiedy niezbyt wyraźnie rozróżniają dwie kwestie: społeczną percepcję zachodzących zmian czy różnych polityk, a analizę samych zmian czy polityk. Na przykład analiza postrzegania procesu integracji europejskiej jako oderwanego od życia obywateli przeradza się w krytykę samej integracji. Jednak autorzy nie zauważają, że integracja europejska wiązała się z presją na decentralizację i regionalizację wielu państw członkowskich i powstanie instytucji bliżej obywateli (warunek korzystynia ze środków ramach polityki spójności). Podobnie na przykład jeżeli chodzi o obawy przed imigrantami, co trzeba przyznać zauważają niekiedy sami autorzy, które wywołane są nie przez rzeczywistą politykę imigrancką (państwa kontrolują imigrację i co więcej w rosnącym stopniu traktują imigrantów w kategoriach zagrożenia bezpieczeństwa) czy faktyczną liczbą imigrantów, lecz mają także swoje źródło w zupełnie wymyślonych lękach (czego przykładem może być reakcja polskiej prawicy na tzw. kryzys migracyjny). Autorzy analizują, by tak powiedzieć stronę popytową popularności narodowych populistów pokazując, że poparcie dla nich stanowi odzwierciedlenie autentycznych społecznych trosk. Nie zauważają jednak, że sami narodowi populiści, a także politycy z innych opcji politycznych, media produkują niektóre z tych trosk, czego przykładem może być wspólne chyba niemal wszystkim mainstreamowym partiom patrzenie na migrantów przez pryzmat bezpieczeństwa narodowego. Co więcej sami autorzy posługują się czasem językiem, który legitymizuje narodowo-populistyczny ogląd świata pisząc chociażby „nielegalnych imigrantach”, „kryzysie uchodźczym” itd. (czy reprodukując bezwiednie przekonanie, że Zjednoczone Królestwo to nie jest Europa). To właśnie taka retoryka – obecna w mediach, przemówieniach polityków czy publicystyce nie tyle odzwierciedla, ile kształtuje wyobrażenia sprzyjające na przykład kryminalizacji migrantów i postrzegania ich w kategoriach kłopotu czy zagrożenia.

Chociaż niektóre kwestie, zwłaszcza migracji autorzy nadmiernie uprościli, to jednak ich główną tezę warto potraktować poważnie. Otóż przekonują oni, że sukcesy partii narodowo-populistycznych to nie chwilowa aberracja, lecz zjawisko, które ma głębokie i długotrwałe społeczne podłoże. Nie można się spodziewać, że narodowi populiści szybko znikną ze sceny politycznej, ponieważ za ich poparciem stoją rzeczywiste i realne problemy, którymi nie radzą sobie liberalne demokracje. Wydaje się mało prawdopodobne, aby te problemy zniknęły same z siebie wraz z poprawą koniunktury ekonomicznej. Słowem, jeżeli liberalne demokracje nie zrobią nic z rosnącymi nierównościami, alienacją klasy politycznej i brakiem zaufania do polityków to może się spełnić znacznie czarniejszy scenariusz niż przewidują autorzy National Populism.

Produktywność, efektywność i produktywizacja badaczy

Ukazał się nowy numer Niezbędnika Akademickiego z moim krótkim komentarzem na temat raportu prof. Emanuela Kulczyckiego. W zasadzie raport to tylko pretekst, żeby zastanowić się nad językiem używanym coraz częściej do opisu akademickiej rzeczywistości, czy raczej konstruowania redukcjonistycznego i wąskiego obrazu tej rzeczywistości. Inaczej mówiąc, nie chodzi mi o ten konkretny raport tylko o bardziej rozpowszechnioną tendencję przedstawiana działalności naukowej za pomocą metaforyki produkcji. Rzecz jasna nie chodzi tylko o sam sposób mówienia o nauce, lecz o fakt, że on kształtuje i odzwierciedla instytucjonalne praktyki zarządzania nauką.

Jednym z przejawów tego redukcjonizmu jest koncentrowanie się na ostatnim i najbardziej wymiernym elemencie procesu badawczego, mianowicie na publikacjach w dodatku na ogół rozumianych dość tradycyjnie: artykuł lub monografia, a najlepiej artykuł w czasopiśmie ujętym w odpowiedniej bazie danych. Jednak zauważmy niektórych subdyscyplinach (np. antropologia wizualna) wyniki badań prezentuje się również w innej formie niż tekst pisany – np. w postaci filmu etnograficznego. W Polsce nie jest to zbyt rozpowszechniona praktyka, ale warto o niej wspomnieć i zastanowić się jak uwzględniać tego typu działalność badawczą w ankietach dorobku.

Trzeba również podkreślić, że badania to nie tylko analiza danych i przedstawienie swoich analiz w postaci publikacji. Upraszczając i nie wchodząc w szczegóły, praca naukowa to także konceptualizacja problematyki badań, opracowanie metodologii, dotarcie do badanych i zbieranie danych. Wyrwane z tego kontekstu badawczego skupianie się na publikacjach niewiele mówi o produktywności, ponieważ pomija te inne etapy procesu badawczego. Takie mechaniczne zestawienia ignorują nie tylko odmienności między dziedzinami i dyscyplinami, ile zróżnicowanie między poszczególnymi typami badań nawet w tej samej dyscyplinie. Dyscypliny społeczne i humanistyczne są bowiem wieloparadygmatyczne, czy raczej jak sugerował Thomas Kuhn przed-paradygmatyczne i cechują się dużym wewnętrznym zróżnicowaniem przejawiającym się w sporach dotyczących tak fundamentalnych kwestii jak natura rzeczywistości społecznej czy szeroko rozumiana metoda badań, by wspomnieć różne wcielenia dyskusji wokół problemu verstehen versus erklären. Nawet w tej samej dyscyplinie proces badawczy rozumiany jako całość może cechować się, w zależności od subdyscypliny czy problematyki, bardzo różną intensywnością na różnych etapach badań, czego nie oddaje skupianie się na samych publikacjach. Można w tym kontekście wspomnieć chociażby o socjologii, w której prowadzi się zarówno intensywne etnograficzne badania terenowe, niekiedy trwające wiele lat (np. szeroko dyskutowana książka Alice Goffman pt „On the Run. Fugitive Life in an American City, Chicago University Press, 2014 to efekt sześciu lat obserwacji uczetniczącej), jak i ilościowe analizy łatwo dostępnych danych zastanych.

Co jednak ważniejsze, sama metafora produkcji w odniesieniu do działalności badawczej budzi wątpliwości. Jak uczył George Lakoff i Mark Johnson metafory to tyle językowe ozdobniki, ile konceptualne ramy, które organizują nasze widzenie rzeczywistości i przetwarzanie informacji. Metaforyka produkcji utrwala i upowszechnia specyficzny sposób mówienia i pisania o nauce, którego początki mają swoje źródło poza światem akademickim. Często mowa w tym kontekście o kulturze audytu, która kolonizuje świat akademicki wciskając go w konceptualne ramy charakterystyczne dla biznesowych korporacji z ich nastawieniem na mierzalne i kwantyfikowalne wyniki. Z tej perspektywy badacz to nie tyle ciekawy świata i bezinteresowny poszukiwacz, ile „producent”, którego rozlicza się z konkretnego i mierzalnego „research output”.

To redukowanie działalność badawczej tylko do jednego jej etapu i to dość specyficznie rozumianego ma szereg negatywnych konsekwencji, o których moim zdaniem za mało się mówi. Wspomijmy chociażby o tendencji do myślenia w kategoriach publikowalności i przewidywalności, co może skłaniać do podejmowania mało ryzykownych badań. Inaczej mówiąc, skoro naukowiec ma być produktywny i efektywny, musi się wykazać w określonym czasie określoną liczbą publikacji o określonej wadze punktowej, to po co podejmować trudne przełomowe badania, które mogą zakończyć się niepowodzeniem i są obarczone ryzykiem, że nie przyniosą publikacji? Podobnie jest z grantami, których formularze są niekiedy tak szczegółowe, że trzeba wpisywać cała masę informacji, których przed przystąpieniem do badań często nie sposób jeszcze wiedzieć. W zasadzie, żeby zaprojektować tak szczegółowo badania grantowe… trzeba by już je wcześniej przeprowadzić. Wspomiana wcześniej Goffman w trakcie swoich sześcioletnich badań kilka razy zmieniała tematykę i problemy badawcze – jednak obawiam się, że taka elastyczność, nie wspominając o długości badań, stanie się luksusem dostęnym bardzo nielicznym. Większość poddana presji „produktywizacji” zmuszona będzie „produkować” niewiele wnoszące przyczynki. Słowem, metafora produkcji i produkcyjności wciska w naukę w bardzo sztywny gorset, w którym pozostaje niewiele miejsca na nieprzewidywalność, niepowodzenie, „nieproduktywne” myślenie, „niewydajne” czytanie prac spoza swojej specjalizacji, podejmowanie trudnych i ryzykownych tematów, eksperymentowanie i wyobraźnię. Słowem…. na twórcze myślenie, któremu z reżimem produktywności i efektywności nie zawsze po drodze.

Moje uwagi mogą się wydać zbyt jednostronne, ale też nie jest to artykuł naukowy więc pozwalam sobie na pewną retoryczną przesadę, żeby zwrócić uwagę na konieczność głębszej i krytycznej refleksji nad znaczeniem takich kategorii jako „produktywność”, „efektywność” czy „jakość” w kontekście działalności naukowej. Zdaje sobie sprawę z z potrzeby jakiejś formy „mierzenia” czy oceny działalności badaczy choćby ze względu na wymogi polityki naukowej i dystrybucji środków finansowych. Ale nie można poświęcać wolności i bezinteresowności naukowych dociekań na rzecz urzędniczej logiki i potrzeb ministerstwa.

Iluzja liberalnego nacjonalizmu

Yeal Tamir, Why Nationalism, Princeton University Press, Princeton and Oxford 2019, ss.205.

Liberalni komentatorzy z niepokojem piszą o erupcji populizmu, rasizmu i ksenofobii w zachodnich demokracjach. Niektórzy z przerażeniem snują historyczne analogie do lat 30. XX wieku nawołując do mobilizacji progresywnych ruchów, aby zatrzymać pochód irracjonalizmu i uchronić świat przed ponowną katastrofą. Yeal Tamir sugeruje, że liberalni analitycy niepotrzebnie panikują. Jej zdaniem renesans nacjonalizmu – bo z tym w istocie mamy to czynienia – to nie tyle irracjonalny atak na demokrację, ile racjonalna obrona swoich interesów przez „bezbronne” czy „bezradne” klasy społeczne. Autorka argumentuje, że rosnąca fala nacjonalizmu to wyraz sprzeciwu tych klas wobec oderwanych od problemu zwykłych ludzi elit i ich programu globalizacji. Proces globalizacji zaszedł bowiem zbyt daleko prowadząc do atrofii więzi społecznych, alienacji, skrajnego indywidualizmu i pauperyzacji niższych klas. Główna teza książki brzmi, że to liberałowie, społeczni demokraci i wszyscy postępowcy chcąc ratować demokrację nie powinni widzieć wroga w nacjonalizmie, a raczej sprzymierzeńca: muszą przejąć i oswoić nacjonalizm i wykorzystać go do liberalnych i demokratycznych celów. Słowem, potrzebujemy liberalnego nacjonalizmu.

why
Pojęcie liberalnego nacjonalizmu może wydawać się oksymoronem, zwłaszcza w języku polskim. Autorka odwołuje się tutaj do ugruntowanego we współczesnej socjologii narodu rozumienia nacjonalizmu jako poczucia tożsamości narodowej stanowiącego podstawę organizacji życia politycznego. Za takimi autorami jak Liah Greenfeld, Ernest Gellner czy Benedict Anderson pokazuje w jaki sposób państwo narodowe stało się główną instytucją polityczną nowoczesności. Tamir przypomina dobrze znany z literatury historycznej i socjologicznej obraz podkreślając przede wszystkim pozytywne funkcje państwa narodowego. Chociaż nie zapomina o paskudnym obliczu nacjonalizmu, na przykład wspominając, że stanowił ważny element faszyzmu i nazizmu, to koncentruje się głównie na jego jasnych stronach. Podkreśla, że państwo narodowe radykalnie zmieniło relacje między rządzonymi a rządzącymi: poddani stali się obywatelami dysponującymi politycznymi, a z czasem również społecznymi prawami. Zbyt często się zapomina – pisze Tamir – że demokracja liberalna – powstała jako państwo narodowe, które stanowiło główną instytucję odpowiedzialną za redystrybucję dóbr i zmniejszanie nierówności społecznych.

Liberalizm i nacjonalizm uzupełniały się: ten drugi dawał jednostkom poczucie wspólnotowości, wyznaczał granicę wspólnoty i uzasadniał ponadklasową solidarności i poświecenie na rzecz dobra wspólnego. Nacjonalizm dostarczał jednostkom silnej tożsamości kulturowej, która nadawała sens ich wyborom. Jednak miejscami obrona nacjonalizmu przez autorkę idzie zbyt daleko i jest mało zrozumiała nie tylko w świetle liberalnych założeń, ale i współczesnej socjologii narodu. Na przykład ilustrując znaczenie kontekstu narodowego Tamir przytacza znaną wypowiedź Josepha de Maistre: „Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan etc.; wiem nawet, dzięki Monteskiuszowi, że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu; jeśli istnieje, to nic o tym nie wiem” (s.43). Jednak „Włoch” czy „Francuz” jest podobną abstrakcją jak „człowiek” w świetle koncepcji przywoływanych przez autorkę w książce, np. teorii społecznej tożsamości. De Maistre po prostu bezrefleksyjnie uznał kategoryzację ludzi ze względu na przynależność narodową za ważniejszą niż inne kategoryzacje na przykład uniwersalne czy odmienne partykularne kategoryzacje. W tym cytacie sprawiającym wrażenie prostej obserwacji nie ma nic oczywistego. Inaczej mówiąc, w książce brakuje wyjaśnienia dlaczego to kontekst narodowy, w przeciwieństwie do innych społecznych kontekstów, powinien mieć nadrzędny charakter jako wyznaczający sens ludzkiemu życiu.

Tamir wyjaśnia, że sojusz między liberalizmem a nacjonalizmem w ostatnich dziesięcioleciach uległ osłabieniu za sprawą globalizacji. Nie jest jednak jasne kogo autorka wini za ten stan rzeczy: raz pisze o liberałach, innym razem o elitach czy neoliberalizmie. Niekiedy zdaje się przejmować prosty populistyczny schemat przeciwstawiając zwykłych ludzi bliżej nieokreślonym globalistom. Jedno jest natomiast pewne: zdaniem autorki globalizacja doprowadziła do powstania asymetrycznej sytuacji, z której korzystają głównie wąskie bogate elity cieszące się możliwościami jakie daje świat bez granic. Elity nie ponoszą żadnych kosztów globalizacji przerzucając je na niższe klasy społeczne, które nie mają środków żeby przenosić się z miejsca na miejsce. Niemobilne klasy społeczne doświadczają bezrobocia, bo zakłady bankrutują lub przenoszą się tam, gdzie koszty pracy są niższe. Muszą radzić sobie z niepewnością i ryzykiem utraty statusu. Zmagają się z kryzysem tożsamości narodowych spowodowanym coraz większą liczbą kulturowo odmiennych imigrantów. Nieuprzywilejowane klasy – argumentuje dalej Tamir – borykają się z rosnącą marginalizacją, ponieważ państwa w ramach polityki wyrównywania szans więcej uwagi poświęcają „the line jumpers” (s.169): kobietom, imigrantom, tubylcom. Nic dziwnego, że w tej sytuacji biali mężczyźni z klasy robotniczej – bo to oni zdaniem autorki są głównymi ofiarami globalizacji – popierają polityków odwołujących się do nacjonalistycznej retoryki. Głosowanie na partie obiecujące wzmocnienie państwa narodowego – to zdaniem Tamir – całkiem racjonalna opcja wynikająca z rzeczywistych problemów, które liberałowie powinni potraktować poważnie.

Gwoli ścisłość trzeba dodać, że autorka wyróżnia jeszcze jeden nacjonalizm, mianowicie separatyzm charakterystyczny dla obecnego okresu kryzysu państwa narodowego. W przeciwieństwie jednak do nacjonalizmu bezbronnych ten typ nie cieszy się jej sympatią. Odwołując się głównie do przykładu Katalonii Tamir argumentuje, że separatyzm to ruch bogatych, którzy uznali, że secesja im się ekonomicznie opłaca. Słowem, separatyzm to przejaw braku społecznej solidarności z innymi mniej zasobnymi regionami państwa. Jednak autorka upraszcza sprawę redukując przyczyny separatyzmu do ekonomicznej kalkulacji, a zaniedbując na przykład tak podkreśloną przez siebie w innych miejscach potrzebę uznania, sensu czy kontroli zbiorowego losu. Poza tym nie wszystkie ruchy secesjonistyczne rozwijają się w bogatszych regionach, by wspomnieć Bretanię czy nawet Szkocję. Trzeba również dodać, że na przykład szkoccy nacjonalistyczni liderzy mają nadzieję, że secesja pozwoli na prowadzenie bardziej społecznie progresywnej polityki niż jest to możliwe obecnie, gdy Szkocja stanowi część Wielkiej Brytanii. W Szkocji bowiem Partia Konserwatywna cieszy się znacznie mniejszą popularnością niż w Anglii. Znowu mamy więc uproszczenie: trudno zarzucać szkockim nacjonalistom brak solidarności, przeciwnie, uważają, że rząd powinien prowadzić bardziej aktywną politykę społeczną, a Szkocja powinna zostać w Unii Europejskiej.

Główny problem z książką Tamir to liczne i zbyt daleko posunięte uproszczenia. Miejscami, jak już wspominałem, język autorki nie przypomina analizy, lecz retorykę nacjonalistycznych partii, które przedstawiają się jako reprezentanci wykluczonych choć de facto przyciągają wyborów z różnych grup społecznych. Na przykład autorka pisze o tym, że imigranci w Europie Zachodniej się nie integrują, choć badania pokazują tendencję do kulturowej integracji. Krytykuje politykę otwartych granic, jednak żadne chyba państwo na świecie takiej polityki nie prowadzi. Przeciwnie, jeszcze nigdy na świecie nie zbudowano tylu murów granicznych. Zarówno zachodnie partie prawicowe, jak i mainstreamowa lewica prowadzą politykę sekurytyzacji i kryminalizacji migracji, która uderza głównie w migrantów z mniej uprzywilejowanych grup i krajów. Autorka pisze o uzasadnionych obawach przed imigrantami, ignorując przypadki anty-imigranckiej paniki takie jak na przykład w Polsce. W tym jednym z najbardziej homogenicznych krajów UE perspektywa przyjęcia kilku tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu wywołała zupełnie niewspółmierne reakcje: mainstreamowi politycy mówili o końcu europejskiej cywilizacji, muzułmańskiej inwazji i zagrożeniu istnienia narodu polskiego.

Nie jest jasne na czym miało by polegać przejęcie nacjonalizmu przez liberałów czy społecznych demokratów. Abstrahując już od tego, że lewica nigdy nie będzie w grze o naród tak autentyczna jak nacjonaliści, to apoteoza państwa narodowego w obliczu globalnych problemów nie wydaje się sensowna. Redystrybucja w skali państwa nie zlikwiduje ogromnych różnic między globalną Północą a Południem. Państwa narodowe nie rozwiążą w pojedynkę problemu globalnego ocieplenia i jego skutków, na przykład w postaci klimatycznych uchodźców. Prowadzona polityka ochrony narodowych granic w imię bezpieczeństwa narodowego wpycha migrantów w ręce przemytników i naraża na niebezpieczeństwo (w Morzu Śródziemnym ginie rocznie kilka tysięcy migrantów), prowadzi do powstania podklasy nieudokumentowanych pozbawionych praw pracowników. Na czym miałaby polegać liberalna odpowiedź? Jeszcze większej kontroli? Trzeba nie tyle powrotu do nacjonalizmu, jakiegoś złotego okresu państwa narodowego, ile wypracowania nowych transnarodowych i globalnych form solidarności, nie tyle zastępujących, ile istniejących obok narodowych.

Podsumowując, Tamir zupełnie mnie nie przekonała, zarówno jeżeli chodzi o diagnozę sytuacji, jak i proponowane rozwiązania. Co więcej, moim zdaniem książka zawiera tyle uproszczeń i jest tak słabo udokumentowana, że dziwię, że przeszła proces recenzyjny w renomowanym wydawnictwie. Lektura nieobowiązkowa

Konstytucja dla Nauki: reforma inna niż wszystkie?

Moim skromnym zdaniem ogłoszona 18 stycznia 2019 roku lista wydawnictw to groch z kapustą, przypomina puzzle układane z zamkniętymi oczami. Wbrew zapowiedziom ministerstwa wykaz wydawnictw ma niewiele wspólnego z promowaniem jakości, nie wspominając o umiędzynarodowieniu. I nie przekonują mnie argumenty, że każda lista będzie miała braki i nigdy nie zadowoli wszystkich. W ten sposób można usprawiedliwić każdą fuszerkę. Chirurg mógłby przeprowadzać na przykład operację wycięcia wyrostka robaczkowego w kanale ściekowym, bo przecież – broniłby się – nie mamy możliwości zapewnienia stuprocentowej sterylności, więc co za różnica czy będzie to ściek czy szpital. Inaczej mówiąc, to że każda lista będzie niedoskonała, nie znaczy, że ta konkretna lista nie jest zbyt niedoskonała i że nie może być lepsza. A lista, na której obok solidnych międzynarodowych i polskich wydawnictw znajdują się sklepy z dewocjonaliami, całkowicie lokalne wydawnictwa czy wydawnictwa publikujące pseudonaukowe prace nie jest dobra: przeczy deklaracjom ministerstwa, założeniom reformy i generalnie ma anty-jakościowy charakter.

Ale mniejsza o wykaz wydawnictw. Trudno, jest jaki jest. Jednak ministerstwo ad nauseam podkreślało, że Konstytucja dla Nauki to reforma inna niż wszystkie inne: szeroko konsultowana ze środowiskiem, procedowana w duchu otwartości, przejrzystości i dialogu z przedstawicielami świata nauki. To może przynajmniej lista odwołuje się do jasnych i przejrzystych kryteriów oraz została sporządzona w transparentny sposób? Jako że oficjalne dokumenty były dość enigmatyczne i ogólnikowe, wystąpiłem do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z kilkoma wnioskami o udostępnienie informacji publicznej. Niestety wyjaśnienia niewiele wyjaśniały, ale dowiedziałem się m.in. dwóch rzeczy.

Po pierwsze, że na poziomie 2 (monografie za 200 punktów lub za 300 punktów w zależności od dziedziny) mogły znaleźć się tylko takie wydawnictwa, które na Publication Forum (tzw. lista fińska) były klasyfikowane na Poziomie 2 lub 3 lub były klasyfikowane w Norwegian Register for Scientific Journals, Series and Publishers (tzw. lista norweska) na Poziomie 2.  Łatwo sprawdzić, że znalezienie się na poziomie 2 lub 3 na liście fińskiej lub na poziomie 2 na liście norweskiej nie było warunkiem wystarczającym, aby wydawnictwo zostało umieszczone na poziome 2 na liście polskiej, np. Polity Press: lista fińska – 3, lista norweska – 2, polska lista – 1, Berghahn Books: lista fińska – 2, lista norweska – 2, polska lista – 1, Hart Publishing: lista fińska – 2, lista norweska – 2, polska lista – 1. Ale już na przykład Taylor and Francis: lista fińska – 2, lista norweska – 1, polska lista – 2. Podobnych przykładów można podać więcej: nie widzę w tym umieszczaniu wydawnictw na poziomie 2 listy polskiej większej logiki. Jakie jeszcze zatem kryteria zdecydowały o umieszczeniu wydawnictwa na poziome 2 polskiej listy?

Po drugie, z przesłanej odpowiedzi na mój wniosek o udzielenie informacji publicznej wynikało, że minister nauki dopisał bliżej nieokreśloną liczbę wydawnictw po konsultacjach z jakimiś niezidentyfikowanymi przedstawicielami środowiska naukowego do listy przygotowanej przez Zespół ds. wydawnictw. Jakie wydawnictwa zatem dopisał minister, jakimi kryteriami się kierował i z jakimi przedstawicielami środowiska naukowego się konsultował? W środowisku akademickim krążą różne plotki z trzeciej i czwartej ręki o jakie wydawnictwa chodzi i o jakich przedstawicieli, ale nie ma sensu powtarzać niesprawdzonych informacji.

Wyjaśnienia ministerstwa generowały więc tylko nowe pytania. Wystąpiłem zatem z trzema kolejnymi wnioskami o udzielenie informacji publicznej, aby uzyskać dane, na postawie których mógłbym sobie wyrobić zdanie jak tworzono wykaz wydawnictw. Poprosiłem o informacje dotyczące: 1) protokołów posiedzeń Zespołu ds. wydawnictw, 2) pierwszego projektu listy wydawnictw przygotowanej przez Zespół ds. wydawnictw, 3) przedstawicieli środowiska naukowego, z którymi konsultował się minister uzupełniając początkowy wykaz wydawnictw. We wszystkich trzech przypadkach odpowiedź ministra brzmiała tak samo: dane, o które wnioskuję nie stanowią informacji publicznej w rozumieniu ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej. Nie jestem prawnikiem, więc mogę się mylić, ale pytania, zwłaszcza 1) i 2) jak najbardziej dotyczą informacji o charakterze publicznym (zresztą inne ministerstwa tego rządu udostępniają protokoły z posiedzeń zespołów doradczych – a taki charakter miał Zespół ds. wydawnictw).

I tak w praktyce wyglądają ministerialne deklaracje o transparentności prac nad Konstytucją dla Nauki: konsultacje tylko z wybranymi, niejasne zasady, arbitralność i niechęć do udzielania informacji. W zasadzie, przyglądając się sposobowi przygotowywania i wdrażania tej tzw. reformy, nie powinno mnie to dziwić.

 

Polityka kryzysu migracyjnego w Polsce

Tym razem będzie nietypowo, ponieważ piszę o swojej własnej książce pt. The Everyday Politics of Migration Crisis in Poland. Between Nationalism, Fear and Empathy, która ukazała się właśnie w wydawnictwie Palgrave Macmillan. Nie mam zamiaru recenzować sam siebie. Spróbuję natomiast przybliżyć główne tezy książki, żeby potencjalny czytelnik mniej więcej wiedział czego się po niej spodziewać. Może post skłoni kogoś do sięgnięcia po książkę, a może wręcz przeciwnie odwiedzie od tego zamiaru i dzięki temu zaoszczędzi nieco czasu i pieniędzy, bo praca niestety do tanich nie należy (chociaż paskudni rosyjscy piraci w imię chorej idei otwartej nauki już zadbali, by każdy miał do niej wolny dostęp). Siłą rzeczy obraz książki w krótkiej notce mogę zarysować jedynie bardzo grubą kreską, nie wchodząc w szczegóły i niuanse mojej argumentacji, ani nie pokazując jak wiele zawdzięczam studiom innych badaczy (zainteresowanych odsyłam do wstępu, a także do spisu literatury w książce).

pal k
Moje studium ma charakter jakościowy: nie odwołuje się do analiz opartych na losowej próbie, które można uogólnić na całe polskie społeczeństwo. Chociaż próba jak na badania ilościowe jest duża (pierwotne plany zakładały przeprowadzenie kilku studiów przypadku), to ze względu na nielosowy dobór nie ma charakteru reprezentatywnego. Zwolennicy badań ilościowych mogą książkę potraktować jako materiał przydatny do formułowania hipotez, które następnie dają się testować za pomocą metod kwantytawnych. Jednak przyjmuję, podobnie jak wielu innych badaczy, że analizy jakościowe mają samoistną wartość: dają bowiem głęboki wgląd w to, jak sami badani interpretują rzeczywistość społeczną. Upraszczając można powiedzieć, że o ile badania ilościowe sprowadzają zachowania (czy sposób myślenia) do relacji kilku wyrażonych w postaci liczbowej zmiennych, o tyle badania jakościowe oferują bogaty w detale opis tego, jak sami ludzie nadają sens swoim zachowaniom i otaczającemu ich światu.

Odwołując się do wywiadów częściowo ustrukturyzowanych moja książka ma na celu analizę jak ludzie w Polsce nadawali sens kryzysowi migracyjnemu. Uznałem jednak, że trudno rozpatrywać tę kwestię abstrahując od szerszego kontekstu, a więc od samego kryzysu migracyjnego i dyskursu politycznego i medialnego. Rekonstruując ten kontekst w książce argumentuję, że nie było żadnego kryzysu migracyjnego, mieliśmy natomiast do czynienia z kryzysem ochrony praw uchodźców. Do tego kryzysu ochrony praw uchodźców przyczyniła się sama UE swoją mało zdecydowanymi i niespójnymi działaniami. Wbrew obiegowym opiniom polityka unijna wcale nie polegała na otwarciu drzwi na uchodźców i migrantów. Przeciwnie, od kilkudziesięciu lat UE prowadzi działania, których istotę dobrze ujmuje określenie „twierdza Europa” (fortress Europe). Przejawem tej polityki jest na przykład outsourcing i offshoring kontroli granicznej, a także blokowanie uchodźcom możliwości legalnego wjazdu do EU, co wpycha ich w ręce przemytników oferujących nielegalną i niebezpieczną podróż przez Morze Śródziemne (obecnie to najbardziej śmiertelna granica na świecie). W odpowiedzi na tzw. kryzys migracyjny UE, o czym z dumą mówił Donald Tusk, zacieśniła również współpracę z autorytarnymi krajami takimi jak na przykład Turcja czy Libia, które łamią prawa człowieka.

Jednak równocześnie UE zaproponowała program relokacji tych uchodźców, którzy w Europie już się znaleźli, aby odciążyć przede wszystkim Grecję i Włochy. Wbrew obecnej retoryce PiS nie było początkowo większych różnić między dwoma największymi polskim partiami. Rząd Ewy Kopacz z ociąganiem i niechęcią zgodził się na jednorazową relokację. PiS natomiast sugerował, że będzie respektować zobowiązania poprzedniego rządu. Z czasem retoryka PiS uległa radykalizacji: w książce pokazuję jak ta partia ewokowała antyislamskie (mające znamiona kulturowego rasizmu, a niekiedy biologicznego) oraz antyniemieckie wątki w celu mobilizacji poparcia i konsolidacji swojej władzy. Szczególnie zadowolony z tych analiz powinien być minister Jarosław Gowin. Nie tylko przybliżam światu sytuację w Polsce, ale również wspominam o nim samym: jak dzielnie własną piersią chciał bronić polskie niemowlęta przed hordami barbarzyńskich uchodźców.

Większa część książki dotyczy analizy wywiadów pod kątem stosunku do uchodźców oraz planu relokacji. Punkt wyjścia to opisanie rozumienia polskości, co stanowi ważne tło poglądów na temat uchodźców. W książce rozróżniam różne typy rozumienia polskości, pokazując tendencję do wykluczającego rozumienia narodu polskiego (odwołującego się nie tyle do etniczności, ile specyficznego rozumienia kultury), dającego się łatwo zmobilizować przeciwko różnym obcym postrzeganym jako kulturowo odmienni. W świetle badań sondażowych (zob. np. CBOS) nie dziwi, że w wielu wywiadach uchodźcy (utożsamiani z Syryjczykami, Arabami, muzułmanami) pojawiają się przede wszystkim jako zagrożenie dla polskiego narodu czy wręcz dla jego istnienia. W książce przyglądam się dokładnie różnym wymiarom tego zagrożenia, śledząc rozmaite sposoby esencjalizowania i naturalizowania różnic kulturowych/religijnych, które przybierają formę kulturowego i biologicznego rasizmu (islamofobii) – rzadko jednak otwarcie deklarowanego. O ile wcześniejsze studia pokazywały podobieństwa między islamofobią a antysemityzmem, argumentuję, że równie istotne, a może ważniejsze, są również analogie z anty-cyganizmem.

Oprócz wrogości wobec uchodźców wyróżniam również postawy przychylne i ambiwalentne. Postawy przychylne (welcomers) przybierały trzy postacie, które określam mianem: dyskursu otwartych granic (mówiąc w skrócie: każdy powinien mieć swobodę przemieszczania się) dyskursu wielokulturowości (Polsce dobrze zrobi nieco więcej kulturowej różnorodności) i dyskursu humanitarnego (trzeba pomóc ludziom w potrzebie). Nie było głosów opowiadających się za przyjęciem uchodźców, które odwoływały się do nakazów religijnych. Jeżeli w wywiadach pojawia się kwestia katolicyzmu, to w kontekście wyznacznika polskości, a przede wszystkim jako element zagrożonej polskości przez obcych. Nie pojawił się również argument pragmatyczny, np. przyjmijmy uchodźców, ponieważ jako państwo zobowiązaliśmy się prawnie do tego. W pewnym sensie niektórzy welcomers przypominali przeciwników przyjmowania uchodźców, tj. wiązali z uchodźcami wizję daleko idących zmian społecznych (np. Polska stanie się wielokulturowa). Mianem postaw ambiwalentnych określiłem głosy ludzi wahających się, nie mających zdania lub zgadzających się na przyjazd uchodźców pod pewnymi warunkami, które w dużej mierze pokazywały, że patrzyli na muzułmanów głównie przez pryzmat zagrożenia. Jednym w warunków akceptacji uchodźców była bliskość religijna (chrześcijanie), praca (człowiek wartościowy to taki, który pracuje), a także normalność – bliżej nieokreślona, a więc zawsze podatna na zakwestionowanie.

Podsumowując, jak pisałem wcześniej, to bardzo rudymentarne streszczenie pomijające z jednej strony wiele szczegółów, a z drugiej wiele moich interpretacji. A wartość książki – myślę – leży przede wszystkim w szczegółach, na przykład wiwysekcji wypowiedzi o anty-islamskim charakterze, których nie można redukować tylko do biernej reprodukcji prawicowego politycznego dyskursu (duże znaczenie mały teź źródła transnarodowe – negatywne stereotypy krążące w sieciach migracyjnych). W przeciwieństwie do badań w Miastku, nie znalazłem większych (cokolwiek to znaczy w tym kontekście) różnic klasowych: bardzo różne dyskursy pojawiały się w wypowiedziach ludzi o rozmaitym statusie i odmiennej sytuacji ekonomicznej. Jedyne, co rzuca się w oczy: welcomers to na ogół ludzie z wyższym wykształceniem (biorąc pod uwagę nielosową próbę nie wspominałbym o tym, ale o podobnej zależności mówią inne badania, np. sondaże CBOSu). Moja książka sugeruje raczej, że kluczowe znaczenie dla stosunku wobec muzułmańskich uchodźców ma kwestia postrzegania różnic kulturowych, która w dużym stopniu jest niezależna od statusu społeczno-ekonomicznego. Sposób postrzegania różnic kulturowych wiąże się natomiast ze sposobem rozumienia narodu polskiego i szerszym strukturalnym kontekstem państwa narodowego z jego logiką symbolicznego i materialnego dzielenia ludzi na „nas” i „onych”.