Demokratyczna rewolta?

Roger Eatwell, Matthew Goodwin, National Populism. The Revolt Against Liberal Democracy, London: Pelican 2018, ss. 344.

Eatwell i Goodwin postawili sobie ambitny cel wyjaśnienia przyczyn rosnącej popularności w świecie zachodnim partii typu Zjednoczenie Narodowe, Alternatywa dla Niemiec, Fidesz, Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, polityków pokroju Donalda Trumpa czy niechęci do UE (Brexit). Autorzy łączą ze sobą dość różne partie, polityków i zjawiska określając je wspólnym mianem narodowego-populizmu, który trzeba odróżnić od faszyzmu i neofaszyzmu czy skrajnej prawicy. Nie zgadzają się z katastroficznym tonem niektórych komentatorów piszących o odrodzeniu faszyzmu. Dość przekonująco wykazują szereg różnic między faszyzmem (neofaszyzmem) a narodowym populizmem. Na przykład przypominają, że narodowo-populistyczni ideolodzy nie odwołują się do kultu wodza czy idei imperialnej ekspansji. Nie można również – podkreślają Eatwell i Goodwin – utożsamiać analizowanego zjawiska ze skrajną prawicą, ponieważ narodowi populiści zrezygnowali z antysemityzmu i rasistowskiej retoryki. Jednak autorzy bagatelizują kwestię niechęci wobec muzułmanów. Rzecz charakterystyczna, że w ogóle nie poświęcają uwagi islamofobii (samo pojęcie pojawia się tylko raz w ich książce), a przecież piszą o partiach mobilizujących swoje poparcie odwołując się do retoryki strachu i zagrożenia ze strony muzułmanów. Ignorują także w zasadzie dyskusję na temat zmieniającej się natury rasizmu, który z biologicznego przekształcił się w mniej oczywisty i widoczny subtelny, banalny czy kulturowy i selektywny rasizm.

populism 1

 

Szukając odrębności narodowego-populizmu Eatwell i Goodwin zwracają uwagę na połączenie antyestablishmentowej („my” prości ludzie versus „oni” skorumpowane elity) i nacjonalistycznej retoryki (obrona interesów i kultury narodowej), które łączą się ze specyficznym rozumieniem demokracji. Otóż autorzy przekonują, że narodowi populiści nie odrzucają demokracji, lecz jedynie występują przeciwko jej liberalnej wersji. Narodowi populiści atakują demokratyczne instytucje przedstawicielskie i koncentrację władzy w rękach elit dążąc – zdaniem autorów książki – do pogłębienia demokraci bezpośredniej dającej więcej władzy woli ludu. O ile faktycznie tego typu partie odwołują się do woli powszechnej (a raczej do woli narodu), to jednak nie zawsze rozumieją ją w sposób demokratyczny. Można wspomnieć chociażby Prawo i Sprawiedliwości z jego polityką konsolidacji i centralizacji władzy, ograniczania społeczeństwa obywatelskiego i marginalizacji opozycji. Polityce PiS nie towarzyszy żadne wzmacnianie instytucji demokracji bezpośredniej na modłę szwajcarską. Trump również nie doszedł do władzy pod hasłami umacniana demokracji bezpośredniej, a zwolennicy Brexitu chociaż wspominają o pewnych reformach (np. likwidacji Izby Lordów) równocześnie nie chcą drugiego referendum, ponieważ przeczyłoby to… zasadom demokracji. Trudno pogodzić z tezą o pogłębianiu demokracji retorykę prawa i zagrożenia porządku dającą priorytet bezpieczeństwu kosztem praw obywatelskich. Narażone na łamanie są zwłaszcza prawa mniejszości imigranckich (czasem również seksualnych), które są podejrzewane i oskarżane o brak lojalności wobec państwa i wrogość wobec narodowej tradycji. Autorzy biorą demokratyczną retorykę narodowych populistów za dobrą monetę nie próbując krytycznie zastanowić się co się za nią kryje: czy kreowanie atmosfery zagrożenia, ograniczenie praw obywatelskich, demontaż konstytucyjnej kontroli nie może przerodzić się łatwo w autorytarne rządy sprawowane rzekomo w imię woli powszechnej?

Główna część książki dotyczy próby wyjaśnienia przyczyn poparcia dla narodowych populistów: kto i dlaczego głosuje na tego typu partie i polityków.  Wbrew popularnej opinii autorzy dowodzą, że nie można redukować poparcia dla narodowych populistów do białej klasy robotniczej czy grup ekonomicznie wykluczonych. Chociaż te grupy stanowią ważną część elektoratu narodowych populistów, to jednak nie jedyną i nie one decydują o ich sile wyborczej. Na przykład za Emily Ekins autorzy National Populism przypominają, że na Trumpa głosowało kilka typów wyborców: 1) Staunch Conservatists (zagorzali konserwatyści) – moralni tradycjonaliści, lojalni Republikanie, często należący do klasy średniej, umiarkowanie wykształceni, 2) Free Marketeers (wolnorynkowcy) –  członkowie klasy średniej, posiadający własne domy i wysokie dochody. W sumie te dwie grupy dały Trumpowi ponad połowę głosów. Kolejne kategorie wyborców to: 3) Preservationists (zachowawczy wyborcy) – cechują się niskimi dochodami (poniżej 50 tys. $ na gospodarstwo) i na ogół brakiem wyższego wykształcenia, 4) Anti-Elites (antyelitarni wyborcy) – mają wyższe dochody niż poprzednia kategoria ale są niezadowoleni ze swojego statusu, 5) Disengaged (niezaangażowani) – niewielka grupa, mało wiedząca o polityce i o mało wyraźnych preferencjach. Podobnie ma się rzecz z narodowymi populistami w Europie, na których głosują bardzo różnorodni wyborcy – nie da się zredukować do jednego typu.

Autorzy dość przekonująco argumentują, że nie można wyjaśnić poparcia dla narodowo-populistycznych partii w kategoriach głosów protestu czy reakcji na kryzys ekonomiczny w 2008 roku. Jedna ze słabości dyskusji nad przyczynami poparcia – piszą – to koncentrowanie się na ostatnich niedawnych wydarzeniach. Jak sugerują wynika to z naiwnej wiary, że wraz z polepszającą się sytuacją ekonomiczną poparcie dla partii narodowo-populistycznych spadnie i sytuacja wróci do status quo ante. A przecież jak trafnie zauważają ludzie nie tylko wąsko rozumianą ekonomiczną racjonalnością, lecz biorą również pod uwagę kwestii tożsamościowe czy kulturowe. Jeżeli spojrzymy z dłuższej perspektywy czasowej – argumentują Eatwell i Goodwin – to dostrzeżemy 4 De, czyli cztery „prawomocne niepokoje” stojące u źródeł głosowania na narodowych populistów: distrust (brak zaufania), destruction (zniszczenie), deprivation (deprywacja), dealignment (osłabienie identyfikacji jednostek z partiami politycznymi). I tak autorzy pokazują malejący od dziesięcioleci poziom zaufania do polityków i demokratycznych instytucji mający swoje uzasadnienie w rosnącym wyobcowaniu polityków ze społeczeństwa pod względem dochodów, wykształcenia czy zawodu (na przykład w 2014 roku połowa kongresmanów, po równo Demokraci i Republikanie, to milionerzy). Do wzrostu nieufności – argumentują Eatwell i Goodwin – przyczynił się również proces integracji europejskiej, który miał odgórny i mało przejrzysty charakter prowadząc do powstania ponadnarodowych instytucji odległych od zwykłego obywatela. Pojęcia zniszczenia autorzy używają w kontekście rosnącej proporcji imigrantów w zachodni społeczeństwach, która wywołuje ich zdaniem uzasadnione obawy o przetrwanie narodowych i kulturowych tożsamości. Natomiast deprywacja odnosi się do rosnących nierówności społecznych, spadku dochodów niższych grup społecznych, a także do coraz większego braku bezpieczeństwa pracy do czego przyczynia się automatyzacja i globalizacja. Nie chodzi jednak tylko o same nierówności, lecz również o utratę wiarę w przyszłość przez różne grupy społeczne, a także o przekonanie, że pewnym grupom powodzi się niezasłużenie lepiej niż innym, zwłaszcza imigrantom i różnego rodzaju mniejszościom, których państwo wspiera ignorując potrzeby większości obywateli. Następuje również osłabienie więzi jednostek z partiami politycznymi, co częściowo wynika ze zmian w strukturze społecznej, np. kurczenia się klasy robotniczej, a częściowo również z ignorowania przez tradycyjne partie wspomnianych wcześniej społecznych trosk. Rośnie liczba niezdecydowanych wyborców, którzy coraz częściej głosują na narodowych populistów umiejętnie wpisujących się w społeczne oczekiwania.

Eatwell i Goodwin dużo wysiłku wkładają w to, aby przekonać, że obawy wyborców mają realne podstawy. Jednak niekiedy niezbyt wyraźnie rozróżniają dwie kwestie: społeczną percepcję zachodzących zmian czy różnych polityk, a analizę samych zmian czy polityk. Na przykład analiza postrzegania procesu integracji europejskiej jako oderwanego od życia obywateli przeradza się w krytykę samej integracji. Jednak autorzy nie zauważają, że integracja europejska wiązała się z presją na decentralizację i regionalizację wielu państw członkowskich i powstanie instytucji bliżej obywateli (warunek korzystynia ze środków ramach polityki spójności). Podobnie na przykład jeżeli chodzi o obawy przed imigrantami, co trzeba przyznać zauważają niekiedy sami autorzy, które wywołane są nie przez rzeczywistą politykę imigrancką (państwa kontrolują imigrację i co więcej w rosnącym stopniu traktują imigrantów w kategoriach zagrożenia bezpieczeństwa) czy faktyczną liczbą imigrantów, lecz mają także swoje źródło w zupełnie wymyślonych lękach (czego przykładem może być reakcja polskiej prawicy na tzw. kryzys migracyjny). Autorzy analizują, by tak powiedzieć stronę popytową popularności narodowych populistów pokazując, że poparcie dla nich stanowi odzwierciedlenie autentycznych społecznych trosk. Nie zauważają jednak, że sami narodowi populiści, a także politycy z innych opcji politycznych, media produkują niektóre z tych trosk, czego przykładem może być wspólne chyba niemal wszystkim mainstreamowym partiom patrzenie na migrantów przez pryzmat bezpieczeństwa narodowego. Co więcej sami autorzy posługują się czasem językiem, który legitymizuje narodowo-populistyczny ogląd świata pisząc chociażby „nielegalnych imigrantach”, „kryzysie uchodźczym” itd. (czy reprodukując bezwiednie przekonanie, że Zjednoczone Królestwo to nie jest Europa). To właśnie taka retoryka – obecna w mediach, przemówieniach polityków czy publicystyce nie tyle odzwierciedla, ile kształtuje wyobrażenia sprzyjające na przykład kryminalizacji migrantów i postrzegania ich w kategoriach kłopotu czy zagrożenia.

Chociaż niektóre kwestie, zwłaszcza migracji autorzy nadmiernie uprościli, to jednak ich główną tezę warto potraktować poważnie. Otóż przekonują oni, że sukcesy partii narodowo-populistycznych to nie chwilowa aberracja, lecz zjawisko, które ma głębokie i długotrwałe społeczne podłoże. Nie można się spodziewać, że narodowi populiści szybko znikną ze sceny politycznej, ponieważ za ich poparciem stoją rzeczywiste i realne problemy, którymi nie radzą sobie liberalne demokracje. Wydaje się mało prawdopodobne, aby te problemy zniknęły same z siebie wraz z poprawą koniunktury ekonomicznej. Słowem, jeżeli liberalne demokracje nie zrobią nic z rosnącymi nierównościami, alienacją klasy politycznej i brakiem zaufania do polityków to może się spełnić znacznie czarniejszy scenariusz niż przewidują autorzy National Populism.

Reklamy

Produktywność, efektywność i produktywizacja badaczy

Ukazał się nowy numer Niezbędnika Akademickiego z moim krótkim komentarzem na temat raportu prof. Emanuela Kulczyckiego. W zasadzie raport to tylko pretekst, żeby zastanowić się nad językiem używanym coraz częściej do opisu akademickiej rzeczywistości, czy raczej konstruowania redukcjonistycznego i wąskiego obrazu tej rzeczywistości. Inaczej mówiąc, nie chodzi mi o ten konkretny raport tylko o bardziej rozpowszechnioną tendencję przedstawiana działalności naukowej za pomocą metaforyki produkcji. Rzecz jasna nie chodzi tylko o sam sposób mówienia o nauce, lecz o fakt, że on kształtuje i odzwierciedla instytucjonalne praktyki zarządzania nauką.

Jednym z przejawów tego redukcjonizmu jest koncentrowanie się na ostatnim i najbardziej wymiernym elemencie procesu badawczego, mianowicie na publikacjach w dodatku na ogół rozumianych dość tradycyjnie: artykuł lub monografia, a najlepiej artykuł w czasopiśmie ujętym w odpowiedniej bazie danych. Jednak zauważmy niektórych subdyscyplinach (np. antropologia wizualna) wyniki badań prezentuje się również w innej formie niż tekst pisany – np. w postaci filmu etnograficznego. W Polsce nie jest to zbyt rozpowszechniona praktyka, ale warto o niej wspomnieć i zastanowić się jak uwzględniać tego typu działalność badawczą w ankietach dorobku.

Trzeba również podkreślić, że badania to nie tylko analiza danych i przedstawienie swoich analiz w postaci publikacji. Upraszczając i nie wchodząc w szczegóły, praca naukowa to także konceptualizacja problematyki badań, opracowanie metodologii, dotarcie do badanych i zbieranie danych. Wyrwane z tego kontekstu badawczego skupianie się na publikacjach niewiele mówi o produktywności, ponieważ pomija te inne etapy procesu badawczego. Takie mechaniczne zestawienia ignorują nie tylko odmienności między dziedzinami i dyscyplinami, ile zróżnicowanie między poszczególnymi typami badań nawet w tej samej dyscyplinie. Dyscypliny społeczne i humanistyczne są bowiem wieloparadygmatyczne, czy raczej jak sugerował Thomas Kuhn przed-paradygmatyczne i cechują się dużym wewnętrznym zróżnicowaniem przejawiającym się w sporach dotyczących tak fundamentalnych kwestii jak natura rzeczywistości społecznej czy szeroko rozumiana metoda badań, by wspomnieć różne wcielenia dyskusji wokół problemu verstehen versus erklären. Nawet w tej samej dyscyplinie proces badawczy rozumiany jako całość może cechować się, w zależności od subdyscypliny czy problematyki, bardzo różną intensywnością na różnych etapach badań, czego nie oddaje skupianie się na samych publikacjach. Można w tym kontekście wspomnieć chociażby o socjologii, w której prowadzi się zarówno intensywne etnograficzne badania terenowe, niekiedy trwające wiele lat (np. szeroko dyskutowana książka Alice Goffman pt „On the Run. Fugitive Life in an American City, Chicago University Press, 2014 to efekt sześciu lat obserwacji uczetniczącej), jak i ilościowe analizy łatwo dostępnych danych zastanych.

Co jednak ważniejsze, sama metafora produkcji w odniesieniu do działalności badawczej budzi wątpliwości. Jak uczył George Lakoff i Mark Johnson metafory to tyle językowe ozdobniki, ile konceptualne ramy, które organizują nasze widzenie rzeczywistości i przetwarzanie informacji. Metaforyka produkcji utrwala i upowszechnia specyficzny sposób mówienia i pisania o nauce, którego początki mają swoje źródło poza światem akademickim. Często mowa w tym kontekście o kulturze audytu, która kolonizuje świat akademicki wciskając go w konceptualne ramy charakterystyczne dla biznesowych korporacji z ich nastawieniem na mierzalne i kwantyfikowalne wyniki. Z tej perspektywy badacz to nie tyle ciekawy świata i bezinteresowny poszukiwacz, ile „producent”, którego rozlicza się z konkretnego i mierzalnego „research output”.

To redukowanie działalność badawczej tylko do jednego jej etapu i to dość specyficznie rozumianego ma szereg negatywnych konsekwencji, o których moim zdaniem za mało się mówi. Wspomijmy chociażby o tendencji do myślenia w kategoriach publikowalności i przewidywalności, co może skłaniać do podejmowania mało ryzykownych badań. Inaczej mówiąc, skoro naukowiec ma być produktywny i efektywny, musi się wykazać w określonym czasie określoną liczbą publikacji o określonej wadze punktowej, to po co podejmować trudne przełomowe badania, które mogą zakończyć się niepowodzeniem i są obarczone ryzykiem, że nie przyniosą publikacji? Podobnie jest z grantami, których formularze są niekiedy tak szczegółowe, że trzeba wpisywać cała masę informacji, których przed przystąpieniem do badań często nie sposób jeszcze wiedzieć. W zasadzie, żeby zaprojektować tak szczegółowo badania grantowe… trzeba by już je wcześniej przeprowadzić. Wspomiana wcześniej Goffman w trakcie swoich sześcioletnich badań kilka razy zmieniała tematykę i problemy badawcze – jednak obawiam się, że taka elastyczność, nie wspominając o długości badań, stanie się luksusem dostęnym bardzo nielicznym. Większość poddana presji „produktywizacji” zmuszona będzie „produkować” niewiele wnoszące przyczynki. Słowem, metafora produkcji i produkcyjności wciska w naukę w bardzo sztywny gorset, w którym pozostaje niewiele miejsca na nieprzewidywalność, niepowodzenie, „nieproduktywne” myślenie, „niewydajne” czytanie prac spoza swojej specjalizacji, podejmowanie trudnych i ryzykownych tematów, eksperymentowanie i wyobraźnię. Słowem…. na twórcze myślenie, któremu z reżimem produktywności i efektywności nie zawsze po drodze.

Moje uwagi mogą się wydać zbyt jednostronne, ale też nie jest to artykuł naukowy więc pozwalam sobie na pewną retoryczną przesadę, żeby zwrócić uwagę na konieczność głębszej i krytycznej refleksji nad znaczeniem takich kategorii jako „produktywność”, „efektywność” czy „jakość” w kontekście działalności naukowej. Zdaje sobie sprawę z z potrzeby jakiejś formy „mierzenia” czy oceny działalności badaczy choćby ze względu na wymogi polityki naukowej i dystrybucji środków finansowych. Ale nie można poświęcać wolności i bezinteresowności naukowych dociekań na rzecz urzędniczej logiki i potrzeb ministerstwa.

Iluzja liberalnego nacjonalizmu

Yeal Tamir, Why Nationalism, Princeton University Press, Princeton and Oxford 2019, ss.205.

Liberalni komentatorzy z niepokojem piszą o erupcji populizmu, rasizmu i ksenofobii w zachodnich demokracjach. Niektórzy z przerażeniem snują historyczne analogie do lat 30. XX wieku nawołując do mobilizacji progresywnych ruchów, aby zatrzymać pochód irracjonalizmu i uchronić świat przed ponowną katastrofą. Yeal Tamir sugeruje, że liberalni analitycy niepotrzebnie panikują. Jej zdaniem renesans nacjonalizmu – bo z tym w istocie mamy to czynienia – to nie tyle irracjonalny atak na demokrację, ile racjonalna obrona swoich interesów przez „bezbronne” czy „bezradne” klasy społeczne. Autorka argumentuje, że rosnąca fala nacjonalizmu to wyraz sprzeciwu tych klas wobec oderwanych od problemu zwykłych ludzi elit i ich programu globalizacji. Proces globalizacji zaszedł bowiem zbyt daleko prowadząc do atrofii więzi społecznych, alienacji, skrajnego indywidualizmu i pauperyzacji niższych klas. Główna teza książki brzmi, że to liberałowie, społeczni demokraci i wszyscy postępowcy chcąc ratować demokrację nie powinni widzieć wroga w nacjonalizmie, a raczej sprzymierzeńca: muszą przejąć i oswoić nacjonalizm i wykorzystać go do liberalnych i demokratycznych celów. Słowem, potrzebujemy liberalnego nacjonalizmu.

why
Pojęcie liberalnego nacjonalizmu może wydawać się oksymoronem, zwłaszcza w języku polskim. Autorka odwołuje się tutaj do ugruntowanego we współczesnej socjologii narodu rozumienia nacjonalizmu jako poczucia tożsamości narodowej stanowiącego podstawę organizacji życia politycznego. Za takimi autorami jak Liah Greenfeld, Ernest Gellner czy Benedict Anderson pokazuje w jaki sposób państwo narodowe stało się główną instytucją polityczną nowoczesności. Tamir przypomina dobrze znany z literatury historycznej i socjologicznej obraz podkreślając przede wszystkim pozytywne funkcje państwa narodowego. Chociaż nie zapomina o paskudnym obliczu nacjonalizmu, na przykład wspominając, że stanowił ważny element faszyzmu i nazizmu, to koncentruje się głównie na jego jasnych stronach. Podkreśla, że państwo narodowe radykalnie zmieniło relacje między rządzonymi a rządzącymi: poddani stali się obywatelami dysponującymi politycznymi, a z czasem również społecznymi prawami. Zbyt często się zapomina – pisze Tamir – że demokracja liberalna – powstała jako państwo narodowe, które stanowiło główną instytucję odpowiedzialną za redystrybucję dóbr i zmniejszanie nierówności społecznych.

Liberalizm i nacjonalizm uzupełniały się: ten drugi dawał jednostkom poczucie wspólnotowości, wyznaczał granicę wspólnoty i uzasadniał ponadklasową solidarności i poświecenie na rzecz dobra wspólnego. Nacjonalizm dostarczał jednostkom silnej tożsamości kulturowej, która nadawała sens ich wyborom. Jednak miejscami obrona nacjonalizmu przez autorkę idzie zbyt daleko i jest mało zrozumiała nie tylko w świetle liberalnych założeń, ale i współczesnej socjologii narodu. Na przykład ilustrując znaczenie kontekstu narodowego Tamir przytacza znaną wypowiedź Josepha de Maistre: „Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan etc.; wiem nawet, dzięki Monteskiuszowi, że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu; jeśli istnieje, to nic o tym nie wiem” (s.43). Jednak „Włoch” czy „Francuz” jest podobną abstrakcją jak „człowiek” w świetle koncepcji przywoływanych przez autorkę w książce, np. teorii społecznej tożsamości. De Maistre po prostu bezrefleksyjnie uznał kategoryzację ludzi ze względu na przynależność narodową za ważniejszą niż inne kategoryzacje na przykład uniwersalne czy odmienne partykularne kategoryzacje. W tym cytacie sprawiającym wrażenie prostej obserwacji nie ma nic oczywistego. Inaczej mówiąc, w książce brakuje wyjaśnienia dlaczego to kontekst narodowy, w przeciwieństwie do innych społecznych kontekstów, powinien mieć nadrzędny charakter jako wyznaczający sens ludzkiemu życiu.

Tamir wyjaśnia, że sojusz między liberalizmem a nacjonalizmem w ostatnich dziesięcioleciach uległ osłabieniu za sprawą globalizacji. Nie jest jednak jasne kogo autorka wini za ten stan rzeczy: raz pisze o liberałach, innym razem o elitach czy neoliberalizmie. Niekiedy zdaje się przejmować prosty populistyczny schemat przeciwstawiając zwykłych ludzi bliżej nieokreślonym globalistom. Jedno jest natomiast pewne: zdaniem autorki globalizacja doprowadziła do powstania asymetrycznej sytuacji, z której korzystają głównie wąskie bogate elity cieszące się możliwościami jakie daje świat bez granic. Elity nie ponoszą żadnych kosztów globalizacji przerzucając je na niższe klasy społeczne, które nie mają środków żeby przenosić się z miejsca na miejsce. Niemobilne klasy społeczne doświadczają bezrobocia, bo zakłady bankrutują lub przenoszą się tam, gdzie koszty pracy są niższe. Muszą radzić sobie z niepewnością i ryzykiem utraty statusu. Zmagają się z kryzysem tożsamości narodowych spowodowanym coraz większą liczbą kulturowo odmiennych imigrantów. Nieuprzywilejowane klasy – argumentuje dalej Tamir – borykają się z rosnącą marginalizacją, ponieważ państwa w ramach polityki wyrównywania szans więcej uwagi poświęcają „the line jumpers” (s.169): kobietom, imigrantom, tubylcom. Nic dziwnego, że w tej sytuacji biali mężczyźni z klasy robotniczej – bo to oni zdaniem autorki są głównymi ofiarami globalizacji – popierają polityków odwołujących się do nacjonalistycznej retoryki. Głosowanie na partie obiecujące wzmocnienie państwa narodowego – to zdaniem Tamir – całkiem racjonalna opcja wynikająca z rzeczywistych problemów, które liberałowie powinni potraktować poważnie.

Gwoli ścisłość trzeba dodać, że autorka wyróżnia jeszcze jeden nacjonalizm, mianowicie separatyzm charakterystyczny dla obecnego okresu kryzysu państwa narodowego. W przeciwieństwie jednak do nacjonalizmu bezbronnych ten typ nie cieszy się jej sympatią. Odwołując się głównie do przykładu Katalonii Tamir argumentuje, że separatyzm to ruch bogatych, którzy uznali, że secesja im się ekonomicznie opłaca. Słowem, separatyzm to przejaw braku społecznej solidarności z innymi mniej zasobnymi regionami państwa. Jednak autorka upraszcza sprawę redukując przyczyny separatyzmu do ekonomicznej kalkulacji, a zaniedbując na przykład tak podkreśloną przez siebie w innych miejscach potrzebę uznania, sensu czy kontroli zbiorowego losu. Poza tym nie wszystkie ruchy secesjonistyczne rozwijają się w bogatszych regionach, by wspomnieć Bretanię czy nawet Szkocję. Trzeba również dodać, że na przykład szkoccy nacjonalistyczni liderzy mają nadzieję, że secesja pozwoli na prowadzenie bardziej społecznie progresywnej polityki niż jest to możliwe obecnie, gdy Szkocja stanowi część Wielkiej Brytanii. W Szkocji bowiem Partia Konserwatywna cieszy się znacznie mniejszą popularnością niż w Anglii. Znowu mamy więc uproszczenie: trudno zarzucać szkockim nacjonalistom brak solidarności, przeciwnie, uważają, że rząd powinien prowadzić bardziej aktywną politykę społeczną, a Szkocja powinna zostać w Unii Europejskiej.

Główny problem z książką Tamir to liczne i zbyt daleko posunięte uproszczenia. Miejscami, jak już wspominałem, język autorki nie przypomina analizy, lecz retorykę nacjonalistycznych partii, które przedstawiają się jako reprezentanci wykluczonych choć de facto przyciągają wyborów z różnych grup społecznych. Na przykład autorka pisze o tym, że imigranci w Europie Zachodniej się nie integrują, choć badania pokazują tendencję do kulturowej integracji. Krytykuje politykę otwartych granic, jednak żadne chyba państwo na świecie takiej polityki nie prowadzi. Przeciwnie, jeszcze nigdy na świecie nie zbudowano tylu murów granicznych. Zarówno zachodnie partie prawicowe, jak i mainstreamowa lewica prowadzą politykę sekurytyzacji i kryminalizacji migracji, która uderza głównie w migrantów z mniej uprzywilejowanych grup i krajów. Autorka pisze o uzasadnionych obawach przed imigrantami, ignorując przypadki anty-imigranckiej paniki takie jak na przykład w Polsce. W tym jednym z najbardziej homogenicznych krajów UE perspektywa przyjęcia kilku tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu wywołała zupełnie niewspółmierne reakcje: mainstreamowi politycy mówili o końcu europejskiej cywilizacji, muzułmańskiej inwazji i zagrożeniu istnienia narodu polskiego.

Nie jest jasne na czym miało by polegać przejęcie nacjonalizmu przez liberałów czy społecznych demokratów. Abstrahując już od tego, że lewica nigdy nie będzie w grze o naród tak autentyczna jak nacjonaliści, to apoteoza państwa narodowego w obliczu globalnych problemów nie wydaje się sensowna. Redystrybucja w skali państwa nie zlikwiduje ogromnych różnic między globalną Północą a Południem. Państwa narodowe nie rozwiążą w pojedynkę problemu globalnego ocieplenia i jego skutków, na przykład w postaci klimatycznych uchodźców. Prowadzona polityka ochrony narodowych granic w imię bezpieczeństwa narodowego wpycha migrantów w ręce przemytników i naraża na niebezpieczeństwo (w Morzu Śródziemnym ginie rocznie kilka tysięcy migrantów), prowadzi do powstania podklasy nieudokumentowanych pozbawionych praw pracowników. Na czym miałaby polegać liberalna odpowiedź? Jeszcze większej kontroli? Trzeba nie tyle powrotu do nacjonalizmu, jakiegoś złotego okresu państwa narodowego, ile wypracowania nowych transnarodowych i globalnych form solidarności, nie tyle zastępujących, ile istniejących obok narodowych.

Podsumowując, Tamir zupełnie mnie nie przekonała, zarówno jeżeli chodzi o diagnozę sytuacji, jak i proponowane rozwiązania. Co więcej, moim zdaniem książka zawiera tyle uproszczeń i jest tak słabo udokumentowana, że dziwię, że przeszła proces recenzyjny w renomowanym wydawnictwie. Lektura nieobowiązkowa

Konstytucja dla Nauki: reforma inna niż wszystkie?

Moim skromnym zdaniem ogłoszona 18 stycznia 2019 roku lista wydawnictw to groch z kapustą, przypomina puzzle układane z zamkniętymi oczami. Wbrew zapowiedziom ministerstwa wykaz wydawnictw ma niewiele wspólnego z promowaniem jakości, nie wspominając o umiędzynarodowieniu. I nie przekonują mnie argumenty, że każda lista będzie miała braki i nigdy nie zadowoli wszystkich. W ten sposób można usprawiedliwić każdą fuszerkę. Chirurg mógłby przeprowadzać na przykład operację wycięcia wyrostka robaczkowego w kanale ściekowym, bo przecież – broniłby się – nie mamy możliwości zapewnienia stuprocentowej sterylności, więc co za różnica czy będzie to ściek czy szpital. Inaczej mówiąc, to że każda lista będzie niedoskonała, nie znaczy, że ta konkretna lista nie jest zbyt niedoskonała i że nie może być lepsza. A lista, na której obok solidnych międzynarodowych i polskich wydawnictw znajdują się sklepy z dewocjonaliami, całkowicie lokalne wydawnictwa czy wydawnictwa publikujące pseudonaukowe prace nie jest dobra: przeczy deklaracjom ministerstwa, założeniom reformy i generalnie ma anty-jakościowy charakter.

Ale mniejsza o wykaz wydawnictw. Trudno, jest jaki jest. Jednak ministerstwo ad nauseam podkreślało, że Konstytucja dla Nauki to reforma inna niż wszystkie inne: szeroko konsultowana ze środowiskiem, procedowana w duchu otwartości, przejrzystości i dialogu z przedstawicielami świata nauki. To może przynajmniej lista odwołuje się do jasnych i przejrzystych kryteriów oraz została sporządzona w transparentny sposób? Jako że oficjalne dokumenty były dość enigmatyczne i ogólnikowe, wystąpiłem do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z kilkoma wnioskami o udostępnienie informacji publicznej. Niestety wyjaśnienia niewiele wyjaśniały, ale dowiedziałem się m.in. dwóch rzeczy.

Po pierwsze, że na poziomie 2 (monografie za 200 punktów lub za 300 punktów w zależności od dziedziny) mogły znaleźć się tylko takie wydawnictwa, które na Publication Forum (tzw. lista fińska) były klasyfikowane na Poziomie 2 lub 3 lub były klasyfikowane w Norwegian Register for Scientific Journals, Series and Publishers (tzw. lista norweska) na Poziomie 2.  Łatwo sprawdzić, że znalezienie się na poziomie 2 lub 3 na liście fińskiej lub na poziomie 2 na liście norweskiej nie było warunkiem wystarczającym, aby wydawnictwo zostało umieszczone na poziome 2 na liście polskiej, np. Polity Press: lista fińska – 3, lista norweska – 2, polska lista – 1, Berghahn Books: lista fińska – 2, lista norweska – 2, polska lista – 1, Hart Publishing: lista fińska – 2, lista norweska – 2, polska lista – 1. Ale już na przykład Taylor and Francis: lista fińska – 2, lista norweska – 1, polska lista – 2. Podobnych przykładów można podać więcej: nie widzę w tym umieszczaniu wydawnictw na poziomie 2 listy polskiej większej logiki. Jakie jeszcze zatem kryteria zdecydowały o umieszczeniu wydawnictwa na poziome 2 polskiej listy?

Po drugie, z przesłanej odpowiedzi na mój wniosek o udzielenie informacji publicznej wynikało, że minister nauki dopisał bliżej nieokreśloną liczbę wydawnictw po konsultacjach z jakimiś niezidentyfikowanymi przedstawicielami środowiska naukowego do listy przygotowanej przez Zespół ds. wydawnictw. Jakie wydawnictwa zatem dopisał minister, jakimi kryteriami się kierował i z jakimi przedstawicielami środowiska naukowego się konsultował? W środowisku akademickim krążą różne plotki z trzeciej i czwartej ręki o jakie wydawnictwa chodzi i o jakich przedstawicieli, ale nie ma sensu powtarzać niesprawdzonych informacji.

Wyjaśnienia ministerstwa generowały więc tylko nowe pytania. Wystąpiłem zatem z trzema kolejnymi wnioskami o udzielenie informacji publicznej, aby uzyskać dane, na postawie których mógłbym sobie wyrobić zdanie jak tworzono wykaz wydawnictw. Poprosiłem o informacje dotyczące: 1) protokołów posiedzeń Zespołu ds. wydawnictw, 2) pierwszego projektu listy wydawnictw przygotowanej przez Zespół ds. wydawnictw, 3) przedstawicieli środowiska naukowego, z którymi konsultował się minister uzupełniając początkowy wykaz wydawnictw. We wszystkich trzech przypadkach odpowiedź ministra brzmiała tak samo: dane, o które wnioskuję nie stanowią informacji publicznej w rozumieniu ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej. Nie jestem prawnikiem, więc mogę się mylić, ale pytania, zwłaszcza 1) i 2) jak najbardziej dotyczą informacji o charakterze publicznym (zresztą inne ministerstwa tego rządu udostępniają protokoły z posiedzeń zespołów doradczych – a taki charakter miał Zespół ds. wydawnictw).

I tak w praktyce wyglądają ministerialne deklaracje o transparentności prac nad Konstytucją dla Nauki: konsultacje tylko z wybranymi, niejasne zasady, arbitralność i niechęć do udzielania informacji. W zasadzie, przyglądając się sposobowi przygotowywania i wdrażania tej tzw. reformy, nie powinno mnie to dziwić.

 

Polityka kryzysu migracyjnego w Polsce

Tym razem będzie nietypowo, ponieważ piszę o swojej własnej książce pt. The Everyday Politics of Migration Crisis in Poland. Between Nationalism, Fear and Empathy, która ukazała się właśnie w wydawnictwie Palgrave Macmillan. Nie mam zamiaru recenzować sam siebie. Spróbuję natomiast przybliżyć główne tezy książki, żeby potencjalny czytelnik mniej więcej wiedział czego się po niej spodziewać. Może post skłoni kogoś do sięgnięcia po książkę, a może wręcz przeciwnie odwiedzie od tego zamiaru i dzięki temu zaoszczędzi nieco czasu i pieniędzy, bo praca niestety do tanich nie należy (chociaż paskudni rosyjscy piraci w imię chorej idei otwartej nauki już zadbali, by każdy miał do niej wolny dostęp). Siłą rzeczy obraz książki w krótkiej notce mogę zarysować jedynie bardzo grubą kreską, nie wchodząc w szczegóły i niuanse mojej argumentacji, ani nie pokazując jak wiele zawdzięczam studiom innych badaczy (zainteresowanych odsyłam do wstępu, a także do spisu literatury w książce).

pal k
Moje studium ma charakter jakościowy: nie odwołuje się do analiz opartych na losowej próbie, które można uogólnić na całe polskie społeczeństwo. Chociaż próba jak na badania ilościowe jest duża (pierwotne plany zakładały przeprowadzenie kilku studiów przypadku), to ze względu na nielosowy dobór nie ma charakteru reprezentatywnego. Zwolennicy badań ilościowych mogą książkę potraktować jako materiał przydatny do formułowania hipotez, które następnie dają się testować za pomocą metod kwantytawnych. Jednak przyjmuję, podobnie jak wielu innych badaczy, że analizy jakościowe mają samoistną wartość: dają bowiem głęboki wgląd w to, jak sami badani interpretują rzeczywistość społeczną. Upraszczając można powiedzieć, że o ile badania ilościowe sprowadzają zachowania (czy sposób myślenia) do relacji kilku wyrażonych w postaci liczbowej zmiennych, o tyle badania jakościowe oferują bogaty w detale opis tego, jak sami ludzie nadają sens swoim zachowaniom i otaczającemu ich światu.

Odwołując się do wywiadów częściowo ustrukturyzowanych moja książka ma na celu analizę jak ludzie w Polsce nadawali sens kryzysowi migracyjnemu. Uznałem jednak, że trudno rozpatrywać tę kwestię abstrahując od szerszego kontekstu, a więc od samego kryzysu migracyjnego i dyskursu politycznego i medialnego. Rekonstruując ten kontekst w książce argumentuję, że nie było żadnego kryzysu migracyjnego, mieliśmy natomiast do czynienia z kryzysem ochrony praw uchodźców. Do tego kryzysu ochrony praw uchodźców przyczyniła się sama UE swoją mało zdecydowanymi i niespójnymi działaniami. Wbrew obiegowym opiniom polityka unijna wcale nie polegała na otwarciu drzwi na uchodźców i migrantów. Przeciwnie, od kilkudziesięciu lat UE prowadzi działania, których istotę dobrze ujmuje określenie „twierdza Europa” (fortress Europe). Przejawem tej polityki jest na przykład outsourcing i offshoring kontroli granicznej, a także blokowanie uchodźcom możliwości legalnego wjazdu do EU, co wpycha ich w ręce przemytników oferujących nielegalną i niebezpieczną podróż przez Morze Śródziemne (obecnie to najbardziej śmiertelna granica na świecie). W odpowiedzi na tzw. kryzys migracyjny UE, o czym z dumą mówił Donald Tusk, zacieśniła również współpracę z autorytarnymi krajami takimi jak na przykład Turcja czy Libia, które łamią prawa człowieka.

Jednak równocześnie UE zaproponowała program relokacji tych uchodźców, którzy w Europie już się znaleźli, aby odciążyć przede wszystkim Grecję i Włochy. Wbrew obecnej retoryce PiS nie było początkowo większych różnić między dwoma największymi polskim partiami. Rząd Ewy Kopacz z ociąganiem i niechęcią zgodził się na jednorazową relokację. PiS natomiast sugerował, że będzie respektować zobowiązania poprzedniego rządu. Z czasem retoryka PiS uległa radykalizacji: w książce pokazuję jak ta partia ewokowała antyislamskie (mające znamiona kulturowego rasizmu, a niekiedy biologicznego) oraz antyniemieckie wątki w celu mobilizacji poparcia i konsolidacji swojej władzy. Szczególnie zadowolony z tych analiz powinien być minister Jarosław Gowin. Nie tylko przybliżam światu sytuację w Polsce, ale również wspominam o nim samym: jak dzielnie własną piersią chciał bronić polskie niemowlęta przed hordami barbarzyńskich uchodźców.

Większa część książki dotyczy analizy wywiadów pod kątem stosunku do uchodźców oraz planu relokacji. Punkt wyjścia to opisanie rozumienia polskości, co stanowi ważne tło poglądów na temat uchodźców. W książce rozróżniam różne typy rozumienia polskości, pokazując tendencję do wykluczającego rozumienia narodu polskiego (odwołującego się nie tyle do etniczności, ile specyficznego rozumienia kultury), dającego się łatwo zmobilizować przeciwko różnym obcym postrzeganym jako kulturowo odmienni. W świetle badań sondażowych (zob. np. CBOS) nie dziwi, że w wielu wywiadach uchodźcy (utożsamiani z Syryjczykami, Arabami, muzułmanami) pojawiają się przede wszystkim jako zagrożenie dla polskiego narodu czy wręcz dla jego istnienia. W książce przyglądam się dokładnie różnym wymiarom tego zagrożenia, śledząc rozmaite sposoby esencjalizowania i naturalizowania różnic kulturowych/religijnych, które przybierają formę kulturowego i biologicznego rasizmu (islamofobii) – rzadko jednak otwarcie deklarowanego. O ile wcześniejsze studia pokazywały podobieństwa między islamofobią a antysemityzmem, argumentuję, że równie istotne, a może ważniejsze, są również analogie z anty-cyganizmem.

Oprócz wrogości wobec uchodźców wyróżniam również postawy przychylne i ambiwalentne. Postawy przychylne (welcomers) przybierały trzy postacie, które określam mianem: dyskursu otwartych granic (mówiąc w skrócie: każdy powinien mieć swobodę przemieszczania się) dyskursu wielokulturowości (Polsce dobrze zrobi nieco więcej kulturowej różnorodności) i dyskursu humanitarnego (trzeba pomóc ludziom w potrzebie). Nie było głosów opowiadających się za przyjęciem uchodźców, które odwoływały się do nakazów religijnych. Jeżeli w wywiadach pojawia się kwestia katolicyzmu, to w kontekście wyznacznika polskości, a przede wszystkim jako element zagrożonej polskości przez obcych. Nie pojawił się również argument pragmatyczny, np. przyjmijmy uchodźców, ponieważ jako państwo zobowiązaliśmy się prawnie do tego. W pewnym sensie niektórzy welcomers przypominali przeciwników przyjmowania uchodźców, tj. wiązali z uchodźcami wizję daleko idących zmian społecznych (np. Polska stanie się wielokulturowa). Mianem postaw ambiwalentnych określiłem głosy ludzi wahających się, nie mających zdania lub zgadzających się na przyjazd uchodźców pod pewnymi warunkami, które w dużej mierze pokazywały, że patrzyli na muzułmanów głównie przez pryzmat zagrożenia. Jednym w warunków akceptacji uchodźców była bliskość religijna (chrześcijanie), praca (człowiek wartościowy to taki, który pracuje), a także normalność – bliżej nieokreślona, a więc zawsze podatna na zakwestionowanie.

Podsumowując, jak pisałem wcześniej, to bardzo rudymentarne streszczenie pomijające z jednej strony wiele szczegółów, a z drugiej wiele moich interpretacji. A wartość książki – myślę – leży przede wszystkim w szczegółach, na przykład wiwysekcji wypowiedzi o anty-islamskim charakterze, których nie można redukować tylko do biernej reprodukcji prawicowego politycznego dyskursu (duże znaczenie mały teź źródła transnarodowe – negatywne stereotypy krążące w sieciach migracyjnych). W przeciwieństwie do badań w Miastku, nie znalazłem większych (cokolwiek to znaczy w tym kontekście) różnic klasowych: bardzo różne dyskursy pojawiały się w wypowiedziach ludzi o rozmaitym statusie i odmiennej sytuacji ekonomicznej. Jedyne, co rzuca się w oczy: welcomers to na ogół ludzie z wyższym wykształceniem (biorąc pod uwagę nielosową próbę nie wspominałbym o tym, ale o podobnej zależności mówią inne badania, np. sondaże CBOSu). Moja książka sugeruje raczej, że kluczowe znaczenie dla stosunku wobec muzułmańskich uchodźców ma kwestia postrzegania różnic kulturowych, która w dużym stopniu jest niezależna od statusu społeczno-ekonomicznego. Sposób postrzegania różnic kulturowych wiąże się natomiast ze sposobem rozumienia narodu polskiego i szerszym strukturalnym kontekstem państwa narodowego z jego logiką symbolicznego i materialnego dzielenia ludzi na „nas” i „onych”.

Średnio nowe spojrzenie na „odrodzenie” Polski

Jochen Böhler, Wojna domowa. Nowe spojrzenie na odrodzenie Polski, przekład Robert Sudół, Znak, Kraków 2018, ss. 397.

W swojej ostatniej książce niemiecki historyk postanowił się przyjrzeć jak powstawała II Rzeczpospolita. Chociaż na ten temat budowy powstały już setki prac, Böhler argumentuje, że dominuje w nich wyidealizowana opowieść o bohaterskich czynach zjednoczonego narodu polskiego. Znamy tę lukrowaną narrację więc nie ma sensu jej tutaj w całości powtarzać. Oczywiście wielu badaczy pisało już bardziej sceptycznie o wydarzeniach z lat 1918 – 1921, jednak – jak zauważa trafnie Böhler – ich studia są rozproszone i znane głównie specjalistom. Krytyczne prace ani nie zmieniły znacząco syntetycznego obrazu budowy II RP, ani nie miały większego wpływu na wyobraźnię społeczną. Częściowo wynika to z faktu, że nie dostarczały jakiejś alternatywnej całościowej narracji. Böhler obiecuje, że jego książka naprawi to niedopatrzenie

Niestety nie do końca ten zamiar mu się udał: „Wojna domowa” nie tyle oferuje nowatorskie spojrzenie, ile miesza świeże interpretacje z miejscami bezrefleksyjną i tradycyjną historiografią. Zacznijmy jednak od rzeczy stosunkowo interesujących, podważających wspomnianą wcześniej patriotyczną opowieść o heroizmie Polaków, którzy o niczym innym nie marzyli jak tylko o niepodległości. W tym kontekście trzeba podkreślić pięć kwestii.

Po pierwsze, Böhler nie zakłada, że tożsamość narodowa to rzecz naturalna i oczywista: że każdy ma jasno określoną przynależność narodową, a narody to realne grupy społeczne o wyraźnych granicach, łatwo odróżnialne i niejako z natury zdolne do zbiorowego działania. Poważnie podszedł do ustaleń współczesnej socjologii narodu, która uczy, że naród to dynamiczny proces społecznej konstrukcji, a nie statyczny demograficzny fakt. Dzięki tej teoretycznej świadomości unika snucia schematycznej opowiastki o starciach między narodami, lecz pokazuje, że konflikty toczyły się również o kryteria przynależności narodowej, które dalekie były od jednoznaczności. Po drugie, nie ma w książce bezrefleksyjnego założenia, że państwo narodowe to rzecz godna pochwały i z definicji lepsza (cokolwiek to znaczy) od poprzedzających je imperiów. Pozwala to autorowi dostrzec skalę przemocy towarzyszącej procesowi powstawania państwa polskiego, której nie usprawiedliwia i nie lekceważy jak wielu historyków ślepo wpatrzonych w rzekomo wyższe narodowe racje niepodległościowych działaczy. Po trzecie, Böhler bardzo krytycznie podchodzi do kwestii społecznego zasięgu polskiej tożsamości narodowej. Przypomina, że większość potencjalnych Polaków stanowili chłopi, którzy generalnie nie myśleli w kategoriach narodowych. W efekcie polskie władze miały problem z mobilizacją chłopskiej populacji do walki o granice. Nawet sytuacja zagrożenie istnienia państwa nie wywołała w chłopach patriotycznego entuzjazmu. Po czwarte, książka pokazuje, że wojny o granice nie przypominały konwencjonalnych starć regularnych armii. Narzuca się raczej skojarzenie z Hobbesowskim stanem natury, wojny wszystkich ze wszystkimi. Dużą rolą odgrywały oddziały paramilitarne, które wsławiły się rabunkami i mordami na cywilach (chociaż dzielnie dotrzymywało im kroku polskie wojsko, np. terroryzując Żydów). Po piąte, z książki wyłania się obraz braku jedności, sprzecznych celów i interesów różnych polskich ośrodków władzy i stronnictw, które niekiedy z większą energią zwalczały siebie nawzajem niż zaborców. Konflikty między stronnictwami przekładały się również na konflikty w tworzonym polskim wojsku. Sytuacja niejednokrotnie – jak przekonuje autor – groziła wybuchem wewnętrznych walk. Nawet w obliczu bolszewickiego zagrożenia Polacy nie potrafili ze sobą sprawnie współpracować.

Narrację spaja pojęcie środkoweuropejskiej wojny domowej – i tutaj zaczynają się moje wątpliwości. Powiedziałbym raczej, że opisywane konflikty miały różny charakter: jedne przypominały regularną wojnę, inne walki partyzanckie, powstanie czy wojnę domową. Nie widzę sensu szukania jakiejś jednej etykiety zacierającej różnice między konfliktami, w dodatku odwołując się do słabo uzasadnionej w tym kontekście kategorii „środkowoeuropejskiej” (pod tym względem w książce panuje chaos: raz mowa o Europie Środkowo-Wschodniej, czasem o Europie Środkowej, a w indeksie pojawia się jeszcze Europa Centralna – jak są jednak definiowane, tego nie wiemy). A charakterystyczny dla opisywanych konfliktów udział organizacji paramilitarnych to zjawisko znacznie szersze, nie ograniczone do Europy Środkowej.

Co ważniejsze, autor dość tradycyjnie podchodzi do historii Polski podkreślając przede wszystkim jej ciągłość. Pisze rutynowo o utracie przez Polskę niepodległości w konsekwencji zaborów czy o ponad stuletniej nieobecności na mapie Europy. Nie zastania się nad kwestią kontynuacji w kontekście różnic między rzeczpospolitą szlachecką a polskim państwem narodowym czy nad historycznym sensem pojęcia niepodległość. W dodatku autor posługuje się niekiedy nieco archaicznym. Na przykład w książce napotykamy biologiczne metafory, określenia sugerujące niezmienność czy podkreślające polski punkt widzenia: narodzenie się świadomości narodowej, odtworzenie narodu, Kresy Wschodnie czy tytułowe odrodzenie Polski (choć to ostatnie określenie to zasługa tłumacza, który tak przełożył słowo „reconstruction”). Dziwi również dlaczego Böhler, który przecież z taką energią argumentuje, że wojny o granice to w istocie wojna domowa, uparcie nazywa konflikty na Górnym Śląsku „powstaniami” (nawet niektórzy polscy historycy używają tutaj określenia wojna domowa). Trzeba również skorygować pomyłkę: autorem klasycznego już w polskiej socjologii narodu rozróżnienia ojczyzna prywatna/ojczyzna ideologiczna nie jest Jan Molenda, lecz Stanisław Ossowski, a samo rozróżnienie to raczej typologia, a nie schemat rozwojowy.

Podsumowując, spodziewałem się większego krytycyzmu. Niemniej książka zdecydowanie warta przeczytania. Zawodowi historycy pewnie będą kręcić nosem: nie znajdą w pracy raczej nowych faktów, Böhler rzadko bowiem sięga do niezbadanych wcześniej źródeł, co nie znaczy, że nie mogą odnieść z pracy pożytku. Nowe (choćby i połowicznie) interpretacje mówią często więcej o rzeczywistości (i wymagają większej wiedzy, pomysłowości i zdolności analitycznych) niż płynące z głównym nurtem kolejne analizy kolejnych źródeł przynoszące kolejne szczegółowe uzupełnienia znanego wszystkim obrazu, który jedynie odzwierciedla potoczne i zdroworozsądkowe przekonania.

Setna rocznica uzyskania niepodległości

Co roku jedenastego listopada do znudzenia słyszę, że Polska po 123 latach niewoli odzyskała niepodległość w 1918 roku. Określenie „Polska odzyskała” na dobre zadomowiło się również w historiografii. Mało kto zastanawia się nad jego sensem, który jest dyskusyjny z dwóch przynajmniej względów.

Po pierwsze, sugeruje, że Polacy własnym, zbiorowym wysiłkiem zdobyli niepodległość. Choć trudno ignorować starania polskiego ruchu niepodległościowego, to nie miał on jednak charakteru powszechnego. Wychowani na patriotycznych czytankach często zapominamy albo nie wiemy, że większość społeczeństwa polskiego, którą stanowili chłopi, do niepodległości podchodziła bardzo sceptycznie lub wręcz jej nie chciała. Znacznie większy wpływ na powstanie II Rzeczpospolitej miała korzystna sytuacja geopolityczna: mocarstwa rozbiorowe przegrały wojnę lub początkowo pogrążyły się w rewolucyjnym chaosie, co stworzyło przestrzeń dla powołania polskich niezależnych instytucji.

Po drugie i co ważniejsze, określenie „Polska odzyskała” zakłada ahistoryczne wyobrażenie przeszłości: istnienie niezmiennego podmiotu dziejów – narodu polskiego, który niegdyś stracił niepodległość (nota bene ta ostatnie pojęcie również rozumiane jest ahistorycznie, a przecież jego znacznie zmieniało się na przestrzeni wieków), a potem ją odzyskał. Jednak niepodległość utraciła nie Polska, lecz Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie. I nie tylko o różne nazwy chodzi, lecz przede wszystkim o to, co się kryje za tymi nazwami. Nowożytne państwo stanowiło coś w rodzaju „federacji folwarków”. Rządziła nim wieloetniczna szlachta, którą definiował status prawny i społeczny, a nie przynależność etniczna. Szlachta uważała, że ma inne pochodzenie i inną kulturę niż – jak dziś byśmy powiedzieli – „etnicznie polscy”, chłopi. Twierdziła, że podbiła „obcych” chłopów, żeby na nią pracowali. Nie próbowała narzucać chłopom wspólnej narodowej kultury, przeciwnie: upowszechnianie się wspólnej kultury (np. naśladowanie przez chłopów szlachty) uważała za zagrożenie swojej pozycji. Inne różnice między nowożytną a współczesną Polską pokazuje inwokacja z „Pana Tadeusza”. Mickiewicz, który odwołując się jeszcze do nowożytnych kategorii, pisał w języku polskim o Litwie, miał na myśli terytoria, które należą obecnie do Białorusi.

Sami chłopi nie uważali się za Polaków, lecz myśleli o sobie głównie kategoriach „tutejszości”. Jeszcze na początku XX wieku wielu z nich nie chciało niepodległości, ponieważ bali się, że Polacy przywrócą pańszczyznę. Proces unarodowienia chłopów zakończył się dopiero wraz z początkiem II wojny światowej. Dopiero okupacyjna polityka III Rzeszy spowodowała, że wszyscy chłopi chcąc nie chcąc poczuli wagę narodowych identyfikacji. Co prawda niektórzy historycy lubią pisać o polskiej świadomości narodowej już w średniowieczu. Jednak źródła historyczne, na które mogą się powołać, zostały wytworzone przez bardzo wąskie grupy społeczne i trudno na ich podstawie orzekać, co myślała w przeważającej mierze chłopska i niepiśmienna populacja. A jeszcze na początku XX wieku na przykład w Królestwie Polskim 70% ludności nie potrafiło czytać i pisać! Badania historyków społecznych i antropologów kulturowych dotyczące okresu, w którym zaczynają się pojawiać masowe źródła, pokazują, że dla chłopów naród przez długi czas pozostawał abstrakcją, odległą od zwykłych, codziennych doświadczeń.

Dziś natomiast bezwiednie zakłada się ciągłość polityczną między nowożytną polsko-litewską szlachecką Rzeczpospolitą a współczesnym polskim państwem narodowym. Jednocześnie pomija się inną możliwą ciągłość: zapomina się o Księstwie Warszawskim, czy o pierwszym w zasadzie nowoczesnym państwie polskim – Królestwie Polskim. Słowem: nie było ani 123 lata niewoli, ani „odzyskania” niepodległości. Polska raczej uzyskała niepodległość oraz zbiorowym wysiłkiem, choć nie tak powszechnym, jak zakładają opowieści pisane w duchu polityki historycznej, zdołała ją do 1939 roku utrzymać. Ale to już trochę inna historia…

Do poczytania na setną rocznicę niepodległości:

Kamusella, T. The Un-Polish Poland, 1989 and the Illusion of Regained Historical Continuity (2017).
Kizwalter, T. O nowoczesności narodu. Przypadek Polski (1999)
Łuczewski, M. Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej (2012)
Mażewski, L. Rzeczpospolita jeden i pół. O narodzinach, istnieniu i upadku państwa polskiego w latach 1806-1831 (2012).
Snyder, T. Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999 (2006).
Stomma, L. Antropologia kultury wsi polskiej w XIX w. (1986).
Zajączkowski, A. Szlachta polska. Kultura i struktura (1993).